Tomasz Chyła Quintet "It's Not a Fake, It's a Replica": Jazzrockowy gruz [RECENZJA]
Tomasz Chyła nie skorzystał na okładce nowego albumu swojego kwintetu ze standardowego dla jazzu zapisu nazwy w formacie nazwisko lidera plus rozmiar składu. Zamiast tego widnieje na niej skrót TCQ i należy go potraktować jako próbę odcięcia się od ciężaru licznych stereotypów. "It's Not a Fake, It's a Replica" choć - podobnie jak wcześniejsze albumy zespołu - wyrasta z jazzowego korzenia, rozpiętością swojej bujnej korony obejmuje znacznie szerszy zakres muzyki.

Link do albumu trafił do mnie z krótkim komentarzem: "Sypiemy jazzrockowy gruz". Celnym, bo są tutaj momenty zahaczające wręcz o metal, ale niekompletnym, bo można w tych siedmiu kompozycjach znaleźć znacznie więcej niż tylko pędzenie forte na złamanie karku.
"Gruzu" faktycznie wysypało się więcej niż na poprzednich wydawnictwach Kwintetu, co musiało być zadaniem o tyle trudniejszym, że lider gra na skrzypcach - instrumencie o brzmieniu raczej ciepłym i jasnym, skonstruowanym w innych celach (jak twierdził lutnik Andrea Amati, miały przenosić w "krainę uczuć"). Chyła wspominał zresztą w jednym z wywiadów, że nie wybrał ich z własnej woli. Zostały mu narzucone w szkole, więc chociaż w sercu grało mu Rage Against the Machine, uczył się, jak nad nimi zapanować i jak je pokochać. Na pewno nie mógł znaleźć przy tym tak licznych nieklasycznych wzorców, jak trębacze, saksofoniści, perkusiści czy gitarzyści, ale było kilku szalonych improwizatorów posługujących się tym samym narzędziem i można doszukać się pewnych cech wspólnych łączących ich z gdańskim muzykiem. Dotyczących przede wszystkim sposobu myślenia o muzyce.
Swoistym rewolucjonistą był w tej dziedzinie Jean-Luc Ponty. Przeobraził spojrzenie na skrzypce w jazzrockowym kontekście, przyjmując za wzór Milesa Davisa, a nie któregokolwiek z poprzedzających go kolegów po fachu. Stosował bebopowe frazowanie zamiast przyjaznych uchu melodii, ograniczał wibrato do minimum i pozostawał na stabilnym kursie ku poszukiwaniu czegoś nowego. U Chyły obecny jest głównie ostatni z tych elementów. Przełamuje dzięki niemu stereotypy, które prawie pół wieku po premierze słynnego "Cosmic Messenger" Ponty'ego, wciąż nie chcą się od skrzypiec odkleić.
Analogie stricte muzyczne nasuwać się mogą z kolei w trakcie odsłuchiwania albumów King Crimson z okresu współpracy z Davidem Crossem (zwłaszcza "Larks' Tongues in Aspic"). O ile u Ponty'ego wszystkie inne instrumenty grały "pod nim", o tyle tutaj panuje całkowite równouprawnienie. A że przez perkusję, gitarę elektryczną, trąbkę i nawet elektryczny bas przebić się skrzypkowi nie jest łatwo, poza umiejętnością wspólnego grania, niezbędne jest także słuchanie siebie nawzajem. Trójmiejski zespół jest w tym biegły. Można to uznać za kolejny powód, dla którego skrócenie nazwy do TCQ jest zasadne - mimo zdefiniowania, kto jest liderem i głównym kompozytorem, nikt tutaj nie gra roli drugoplanowej.
Stan ogólny muzyki w drugiej połowie trzeciej dekady XXI wieku jest taki, że czegokolwiek by nie słuchać, nie sposób uniknąć bezwiednie pojawiających się różnego rodzaju skojarzeń. Nie inaczej jest w tym przypadku. Początkowe trzy takty utworu tytułowego mogą brzmieć bliźniaczo podobnie do początkowych trzech taktów utworu tytułowego z debiutu Black Sabbath. "Stoner" - zgodnie z sugestią zawartą w tytule - może przywodzić na myśl SubRosę, najbardziej rozpoznawalny stoner-rockowy zespół ze skrzypcami w składzie (choć pełniącymi kompletnie inną rolę - grającymi ponure harmonie budujące mroczną aurę). Końcówka "Evil In Broad Daylight", gdzie skrzypce mierzą się z wyraźnym, postpunkowym groovem, wykazuje z kolei pokrewieństwo z "Sunglasses" Black Country, New Road. Obszar inspiracji można zakreślić pomiędzy proto-metalem i rockiem progresywnym z lat 70. oraz ich współczesnymi, nieodtwórczymi kontynuacjami a jazzową improwizacją. Zanim jednak zdąży się zidentyfikować i ponazywać, co skąd mogło zostać pożyczone, zespół zmierza już w zupełnie innym kierunku. To nie jest - wbrew tytułowi albumu - replikowanie czegokolwiek ani nawet fuzja stylów, które wyraźnie dałoby się rozgraniczyć. To dyfuzja, w której przeróżne wpływy swobodnie się przenikają w całkowicie autorskich konfiguracjach.
Wyliczenie akurat takich nazw pokrewnych i zapowiedź "sypania gruzu" mogę brzmieć odstraszająco dla osób, które zasłuchiwały się przede wszystkim w łagodniejszych, lirycznych utworach Tomasz Chyła Quintet. Już otwierający "Jiga" wprowadza jednak równowagę. Zaczyna się od osamotnionej partii basowej Konrada Żołnierka. Krótkiej i zapętlonej, stanowiącej swoistą oś, wokół której orbitują pozostałe, stopniowo dochodzące instrumenty. Pierwszym jest perkusja - Sławek Koryzno gęsto śle uderzenia w ride, ale z na tyle lekką ręką, że nie ściąga na siebie całej uwagi. Chwilę później dodatkową przeciwwagę, za pomocą pojedynczych pociągnięć za struny gitary elektrycznej, wprowadza gitarzysta Krzysztof Hadrych i na tak przygotowany grunt wkraczają skrzypce. Snują melodię, którą aż chciałoby się zaśpiewać. Zupełnie jakby posługiwały się nikomu nieznanym ludzkim językiem. Ani ten, ani późniejsze utwory nie są jednak zniewolone w jednym trybie. Do zwrotów dynamicznych dochodzi często, w wypadku tego utworu od momentów bardziej rockowych, czy nawet noise'owych (kiedy Hadrych zaczyna odgrywać hałaśliwe solo), po wyciszenie, na przykład kiedy osamotnione skrzypce grają na gitarowym echu albo kiedy Emil Miszk niespodziewania wplata w już ciasno zapisaną partyturę kilka taktów na trąbce.
Prosty podział na "szybkie" i "wolne" kawałki nie ma tutaj zastosowania. Wszystkie zróżnicowane są nie tyle względem siebie, co wewnętrznie, w poszczególnych partiach. Skoki dynamiczne potrafią być przy tym drastyczne. Jak w końcówce utworu tytułowego albo w środku "Hyperflux", gdzie niedługo po gorączkowym solo gitarowym zostajemy sam na sam ze studzącą nastrój trąbką, albo jak w środku "Evil In Broad Daylight", gdzie po zejściu niemal do poziomu ciszy, następuje wolta przekierowująca w bardziej nieregularne rejony spomiędzy "Conquistador!" Cecila Taylora i "Baselines" Billa Laswella. Pierwsza podróż przez te wszystkie niuanse jest jak safari, które, chociaż zachwyca, daje tylko bardzo ogólne wyobrażenie o obserwowanym środowisku. Żeby poznać prawdziwą naturę "It's Not a Fake, It's a Replica", trzeba do niego wracać wielokrotnie.
Blisko godzinny album to jak na dzisiejsze standardy i tak sporo, ale ze względu na to, jak wiele się tutaj dzieje, całe to doświadczenie zdaje się trwać znacznie dłużej. Kto w intensywnej współczesności nie jest w stanie wygospodarować czasu na zanurzenie się w tak zróżnicowane i zawierające tak wiele informacji muzycznych wydawnictwo, pewnie szybko się od niego odbije. Komu jednak potrzeba właśnie czegoś autentycznego, na rozgryzienie czego sztuczna inteligencja potrzebowałaby całych dostępnych zasobów RAM-u, spędzi przy "It's Not a Fake, It's a Replica" znacznie więcej niż tę jedną, długą godzinę.
Największym mankamentem albumu może być to, że najprawdopodobniej zostanie przyćmiony przez jego sceniczne wykonanie. TCQ na żywo to studyjny TCQ podniesiony do dziesiątej potęgi. Okazja, by się o tym przekonać nadarzy się lada moment, bo już dzień po wydaniu "It's Not a Fake, It's a Replica" (28 marca) odbędzie się jego huczna koncertowa premiera na gdańskim Festiwalu Jazz Jantar.
Tomasz Chyła Quintet "It's Not a Fake, It's a Replica", Alpaka Records
9/10










