Czy powinno odpowiadać się na pytanie z leadu już na wstępie? Nie wiem, ale odpowiem w nieco zaokrąglony sposób - "Latarnie wszędzie dawno zgasły" to kontynuacja, której sensu nie trzeba na siłę usprawiedliwiać. Taco Hemingway, otwiera się w nowym oknie daje tu spojrzeć na historię z "Trójkąta warszawskiego" z dystansu. A ten potrafi przybrać postać zarówno innej perspektywy czasowej, jak i osobowej, choć pod tym kątem nie ucieka również do repetycji.
Czy - parafrazując Łonę - literacko to się jakoś broni? Choć na papierze "Latarnie wszędzie dawno zgasły" to wręcz wzorowy przykład fan service'u, to rzucam się ochoczo na myśl, że to w zasadzie najlepiej wyreżyserowany album Taco Hemingwaya od czasu… "Trójkąta warszawskiego". Historia jest spójna, z jasno określonym powodem powrotu do historii sprzed lat, przekazaniem głosu i perspektywy Rudej - jak ochrzczono obiekt uczuć głównego bohatera "Trójkąta warszawskiego". Tym samym pozwala sobie na rewizję zdarzeń, co z kolei pozwala spojrzeć nieco inaczej na historię z albumu sprzed 11 lat i opowieść snutą przez głównego bohatera, czyniąc z niego nad wyraz niewiarygodnego narratora (!). A nawet daje sposobność ukrócenia jednowymiarowego spojrzenia na postać głównego antagonisty "Trójkąta", Piotra-Łotra. I to - w szczególności zaś skuteczne zawieszanie kilku strzelb Czechowa, które okazują się solidnie nabite - pokazuje wysoką sprawność literacką Taco Hemingwaya, której obecność w jego twórczości w ostatnich latach nie była tak namacalna.
Owszem, można przyczepić się, że historia "Trójkąta warszawskiego" była bardziej zwięzła, że na "Latarniach…" zdarzają się dłużyzny służące osadzeniu słuchacza w otoczeniu historii aniżeli samej narracji. Jednak koniec końców jej śledzenie, odkrywanie, co skrywają poszczególne akty i jaka w zasadzie jest ich rola, stanowią dla słuchacza zadanie, jeżeli nie satysfakcjonujące, to przynajmniej intrygujące. I to zdecydowanie warto docenić.
Tylko to wszystko, o czym tu napisałem, mógłbym w zasadzie równie dobrze odwołać do "Latarni…" gdyby te były powieścią, dramatem, sztuką teatralną, filmem czy jakimkolwiek innym tekstem kultury, będącym nośnikiem historii. A tak się zdarzyło, że mamy do czynienia z albumem muzycznym - rapowym zresztą, o czym dobitnie mówi sam tytuł nawiązujący do wersu Asha z utworu grupy Grammatik "Nie ma czasu pomyśleć". Swoją drogą to dość zabawne, iż Taco w historii na wskroś warszawskiej na linijkę patronacką wybrał dzieło konińskiego "nabytku" warszawskiej grupy, który w stołecznym zespole zagościł na stałe wyłącznie na jedną płytę. Ale abstrahując od tego offtopu, to czy "Latarnie wszędzie dawno zgasły" sprawdzają się jako dzieło muzyczne?
Tu już sytuacja jest nieco bardziej złożona - i to zdecydowanie bardziej niż historia na tej płycie. Zaczynając od pozytywów, to przebojowość "Zakochałem się pod apteką" jest rzeczą niezaprzeczalną, którą z miejsca obwołuję jednym z najlepszych utworów w całej dyskografii Taco Hemingwaya. Melancholijny house'owy bit Rumaka skąpany w oniryzmie napotyka się tu na świetną formę liryczną i rapową gospodarza płyty, choć ten numer z pewnością nie miałby takiej siły, gdyby nie obecność aksamitnego wokalu Livki.
Autorka albumu "Z papieru" z 2024 roku pojawia się zresztą na krążku kilkukrotnie, wcielając się w rolę Rudej. W tym wcieleniu pokazuje inną perspektywę zarówno na przeszłe wydarzenia, znane z "Trójkąta warszawskiego", jak i obecny - dekadę późniejszy - stan rzeczy. Przy okazji Livka ujawnia się nie tylko jako sprawna wokalistka, ale również raperka. Najbardziej imponuje natomiast w zdominowanym przez siebie "Bez stresu", będącym lustrzanym odbiciem "Wszystko jedno" z "Trójkąta warszawskiego". Do stopnia, w którym ochoczo imituje drobne maniery we flow Taco Hemingwaya - oczywiście nikt nie kryje tutaj, że to raper pisał tekst, ale nadal wejście w ten świat wydaje się przez artystkę niesamowicie organiczne.
Ale co z formą Taco? W początkowych partiach płyty ochoczo pcha się na bardziej klasyczne hip-hopowe bity. Takie z okolic 90 bpm, z mocnymi werblami, co dopełniane jest skreczami w wykonaniu DJ-a Chwiała z duetu The Returners. Niestety, to właśnie w tych momentach ujawnia się najbardziej sztywność flow Fifiego, którą sam raper uwypukla jeszcze mocnym akcentowaniem podwójnych rymów. Może to kwestia tych kilku dobrych lat brania na tapet bitów umiejscowionych w bardziej trapowych podziałkach? Bo w tych niewątpliwie słucha się go aktualnie dużo lepiej (a pamiętam, jak było z tym w czasach "Szprycera"), nawet jeżeli trudno na "Latarniach…" liczyć na "beast mode", który uruchomił na "Makarena Freestyle" z "1-800 OŚWIECENIE".
Czym innym jest umiejętność prowadzenia historii i o niej wspominałem wcześniej, ale dobry raper powinien też pisać linijki godne zapamiętywania. A tych tu na szczęście nie brakuje: "Gdy patrzę w twe oczy, tak zmęczone małpką/Myślę, że Polska to jedna wielka izba wytrzeźwień" rzuca Taco socjologicznie w "Fotomodelkach" czy wieloznaczne "Nawet na geometrii nie widziałeś tylu kantów" w "Odtrutce". Jeżeli coś działa w kontekście oderwania od utworu, to tylko pokazuje, że raper naprawdę się tu postarał.
Szkoda, że bity są tak bardzo nierówne. Zeppy Zep w "Pustoszeją sale kinowe" rzuca ciętym samplem, klasyczną rapową perkusją, ale to jednocześnie rzecz zaskakująco pozbawiona groove'u, która nie zrobiłaby wrażenia nawet w czasach powszechności tego typu brzmień. Na szczęście odkopuje się minimalistycznym w środkach "Frascati". Atutowy w jazzujących "Tramwajach" wykorzystuje wokal Andrzeja Zauchy z "Byłaś serca biciem" i - o dziwo - nie jest to refren, co na skalę polskiego rapu jest wręcz ewenementem. Jednak "Ratunku" wydaje się zbyt przezroczyste jak na imponujące dokonania producenta z Dąbrowy Górniczej. I to zasadniczo jest zarzut, którą można odnieść do warstwy muzycznej znacznej części płyty - bity służą tu raczej za tło niż są elementem, który faktycznie zwraca uwagę słuchacza.
Może dlatego wspomniane "Zakochałem się pod apteką" nadwornego producenta Taco, Rumaka, robi tak ogromne wrażenie - aranż służy Taco i Livce, stanowiąc dla nich emocjonalną prowadnicę, zamiast ustępować im miejsca. To rzecz, w której nawet skromna solówka na klawiszu na sam koniec podkreśla wydźwięk emocjonalny. Warto pochylić się również na nad redefinicją "Wszystko jedno" w "Bez stresu", które przy bezpośrednim porównaniu pozwala naocznie dostrzec progres, jaki dokonał się w warsztacie tego producenta.
Więc w zasadzie to tak, "Latarnie wszędzie dawno zgasły" to album Taco Hemingwaya, który mimo swoich wad przysporzył mi najwięcej radości ze słuchania Fifiego od bardzo dawna. Udowadnia, że rapera stać jeszcze na pozycję, która będzie spójna, pamiętana w całości, co nie zawsze było tak oczywiste.
Taco Hemingway, "Latarnie wszędzie dawno zgasły", 2020
7/10










