Recenzja Małe Miasta "KOŃ": Największe nieszczęście na świecie na końskim leży grzbiecie

"KOŃ" Małych Miast jest jak podróbka Kinder Niespodzianki - czekoladopodobny wierzch i pusty środek. Brzmi pretensjonalnie i nieśmiesznie, nieprawdaż? Nic nie szkodzi, skoro album też tak brzmi.

Małe Miasta na okładce płyty "KOŃ"

Albo Inaczej odbiło się szerokim echem w naszym kraju. Mówiąc wprost: przeszło jak burza przez mainstreamowe media i pozwoliło Alkopoligamii ostatecznie zerwać z łatką labelu skoncentrowanego tylko na słuchaczach rapu. Posiadanie w katalogu takiego duetu jak Małe Miasta może więc przynieść same profity. W końcu mówimy o tandemie, którego muzyka jawnie drwi z rapowych prawideł, jednocześnie sporo z nich czerpiąc, a do tego jest na tyle nośna, że bez trudu trafi do szerokiego odbiorcy. Problem tylko w tym, że druga płyta MM to wyjątkowo nieudany pastisz.

Reklama

Klubokawiarniany album. Myślę, że taką właśnie metkę powinno się przyczepić wydawnictwu Małych Miast. Jeśli komuś przyszedł na myśl Taco Hemingway - dobry trop, ale wyłącznie w sferze tekstów i wyłącznie na zasadzie opozycji. Można nie lubić warszawskiego rapera, ale trzeba mu oddać, że potrafi operować słowami i poprowadzić temat. Duet niestety nie umie ani jednego, ani drugiego lub też skrzętnie kamufluje te ważne umiejętności. Pustosłowie, pustosłowie, pustosłowie. Rzut oka na tracklistę to spoglądanie na zmarnowane koncepcje, które utonęły albo w banale, albo w mało wyrafinowanym śmiechu. "Piątek" byłby zapewne ciekawym kawałkiem o odpoczynku od roboty/upadlaniu się na tzw. mieście, gdyby nie padały żenujące porównania w stylu "burger czy banger". "Średnie cele" powiedziałyby sporo o tych, którym nie chce się przebijać sufitu, gdyby nie wstawki pokroju "zjedz snickersa, mordo". "Grosik" mógłby wypunktować patologie systemu, który płaci drobne za odsłuchy w serwisach streamingowych, gdyby nie koślawy storytelling... I tak dalej, i tak dalej. Nie pomoże świadomy, specyficzny flow, nie pomogą zmanierowane wokale ani też porządne bity, gdy podstawy nie są opanowane. Słówkiem wyjaśnienia: do podstaw można zaliczyć posługiwanie się follow-upem, który nie ma być watą, lecz wartością dodaną. A tu? Najbardziej oczywiste wykorzystania "beka z typa" i "beka, stypa", a także "nie dałbym rad" i "nie dałbym rady". Tak można bawić się w podziemiu podziemia, w którym odbiór materiału sprowadza się do stu odsłuchów utworu na YouTubie, a nie w głównym nurcie. Szanujmy się, wszystkim wyjdzie to na zdrowie.

Warstwa muzyczna prezentuje się okazalej. Istniało ryzyko, że duo pójdzie w mięciutką, bezjajeczną elektronikę, która lepiej sprawdzi się jako dźwiękowa podprogówka w podrzędnym butiku niż coś, co wrzucilibyśmy na słuchawki, ale długimi partiami tak nie jest. W zasadzie w niemal każdym kawałku można znaleźć coś, co go wyróżnia (są m.in. clapy, spięcia, gitara elektryczna, perka w slow mo, 8-bit), a już takie "Postaranie" sensownie łączy disco, indie i funky. Co ciekawe, goście też czują, że coś więcej da się zrobić na tych podkładach, więc taki Ras wjeżdża na totalnym wyluzowaniu jak za czasów "Dużych Rzeczy", Abel harata bit jak zły, a Gural zaskakuje normalnością w rozbujanej nawijce.

Zgoda, mało w naszym kraju tak charakterystycznych (bez wartościowania) projektów jak ten, ale niech to nie przesłoni nam prawdy o albumie. "KOŃ" jaki jest - każdy słyszy i nie jest to bynajmniej komplement.

Małe Miasta "KOŃ", Alkopoligamia.com

3/10

Dowiedz się więcej na temat: Małe Miasta

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje