Recenzja Kendrick Lamar "untitled unmastered.": Król jest tylko jeden

34 minuty. Tylko tyle potrzebował Kendrick Lamar, by na nowo potwierdzić swoją supremację w światowym rapie. Po "untitled unmastered." ręce same składają się do oklasków.

Okładka płyty "untitled unmastered."

Przyszło nam żyć w bardzo ciekawych czasach dla rapu. Trochę jak w piłce nożnej - korespondencyjny pojedynek, już od wielu lat, toczą między sobą Leo Messi i Cristiano Ronaldo, za to w świecie rymów i bitów wszystkie oczy patrzą na Kendricka Lamara i Kanye Westa. Pikanterii tej niepisanej rywalizacji niewątpliwie dodaje fakt, że nowe krążki obydwu tytanów wyszły w dość podobnym czasie. "The Life of Pablo" tego drugiego wiało butą i nudą, za to "untitled unmastered." hipnotyzuje od pierwszego odsłuchu, zawstydzając pieczołowicie komponowane i odpowiednio wypolerowane albumy artystów-biznesmenów.

Reklama

Gdyby inny raper puścił znienacka krążek z ośmioma nieobrobionymi utworami i minimalistyczną - żeby nie powiedzieć: zrobioną na odczepnego - okładką, a potem zrobił z niego dystrybuowany album, doczekałby się srogich batów na forach i łatki koniunkturalisty, grającego jak mu rynek zagra. Ale to Kendrick. Facet, który każdym słowem i gestem udowadnia, że muzyka to dla niego coś więcej niż utrzymywanie uwagi słuchacza przez wydawanie materiałów co sezon, sposób na wdarcie się na salony i wykalkulowany w Excelu napad na bank. Amerykanin to nawijacz, którego kawałków łakną odbiorcy - nie dość, że jest zaangażowanym wizjonerem z piekielnie rozwiniętym warsztatem patentów, to jeszcze ma szacunek do własnych korzeni i chętnie się do nich odwołuje.

O "untitled unmastered." będzie się mówiło latami, ale nie tylko dlatego, że K-Dot nigdy nie wychodzi z formy i można polegać na nim jak na Zawiszy. Przede wszystkim każdy ma świadomość, że kompozycje, które znalazły się na wydawnictwie, to wycinki z sesji nagraniowej epokowego "To Pimp a Butterfly" i parę dodatków. A jeśli skrawki, pierwotnie odrzucone, oraz wstawki wyglądają tak okazale, to strach pomyśleć, gdzie w przypadku tego rapera znajduje się artystyczny sufit. W niewiele ponad pół godziny Lamar prezentuje wszystko to, za co go cenimy: merytoryczną i świadomą troskę społeczną, mieniący się feeriami barw wachlarz sposobów, by okiełznać produkcje oraz nieuchwytne, bardzo intuicyjne czucie muzyki, cechujące tylko największych. Nad utworami unosi się jednak mgiełka spontaniczności i mixtape'owości. Instrumenty nie płyną w jednym kierunku, tylko wylewają to na prawo, to na lewo, zupełnie jak przy jamowaniu w małej, zadymionej knajpie. W tym rozszalałym morzu pomysłów gospodarz wraz ze znakomitymi gośćmi czuje się znakomicie i nie toną ani przez chwilę, za to ciepły prąd niesie w rejony, o których odwiedzanie byśmy ich nie podejrzewali. Dyskretnie seksualny "otwieracz", niedaleko padająca od tracku "King Kunta" trzecia pozycja na playliście czy hybrydowa, discofunkowa "ósemka"... Nie dziwią, gdy dyskografię K.L. mamy w małym palcu. Kto jednak spodziewał się, że szósty kawałek będzie brzmiał jak czarna, rapowa interpretacja latynoskiego vibe'u i temperamentu, po której wypadałoby sięgnąć raz jeszcze do "The Latin Bit" Granta Greena? No właśnie.

Trzeba mieć naprawdę monstrualną pewność siebie, by część produkcji w najdłuższym utworze - siódmym - powierzyć... pięciolatkowi (Egypt Daoud Dean, syn producenta Swizz Beatza i Alicii Keys). I nawet ten fragment nie jest tylko ciekawostką rodzajową, lecz pełnoprawną, dobrą robotą. Reprezentantowi Compton wychodzi wszystko. Niech ten złoty dotyk trwa ku uciesze słuchaczy.

Kendrick Lamar "untitled unmastered.", Universal Music

9/10

Zobacz, jak syn Alicii Keys pracował nad utworem dla Kendricka Lamara:

Dowiedz się więcej na temat: Kendrick Lamar

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje