Recenzja Charlie Puth "Whatever's Clever!": Muzyka sitcomowa z lat 80. [RECENZJA]
"Whatsever's Clever" to dowód na to, że nawet najciekawszy pomysł na produkcję muzyczną może potykać się o własne nogi, gdy brakuje mu dobrych piosenek.

Odnoszę wrażenie, że od dłuższego czasu Charlie Puth jest bardziej kojarzony jako influencer obdarzony słuchem absolutnym aniżeli pełnoprawny artysta. Jasne, nie jest postacią anonimową - współprodukowane i zaśpiewane przez niego "See You Again" promujące siódmą część "Szybkich i wściekłych" to do dziś jeden z najczęściej odtwarzanych utworów oraz teledysków w historii YouTube'a. "Attention" czy "We Don't Talk Anymore" z Seleną Gomez słyszała pewnie większa część globu. A jednak mimo ogromnej fali, która go niosła, to właśnie kontekst mediów społecznościowych jest tym, w którym twórcę najczęściej da się dostrzec w ostatnich latach. "Whatever's Clever!" zdecydowanie jest powodem, by wrócić na kanwy dyskusji czysto muzycznej.
Jak Charlie Puth poradził sobie na "Whatever's Clever!"
Chciałbym powiedzieć wam z miejsca, że oto mamy niesamowite popowe objawienie, nowego pełnoprawnego króla popu i lecimy z tematem. Ale nie - w gruncie rzeczy "Whatever's Clever!" jest albumem dość rozczarowującym, z którego zapamiętuje się o wiele mniej niż początkowo mogłoby się wydawać. I to mimo faktu, że Charlie Puth proponuje pozycję, która ma na siebie bardzo charakterystyczny pomysł.
Widać to już w całej oprawie graficznej towarzyszącej płycie oraz teledysku promującym płytę do utworu "Changes". Jeżeli lubicie wizualny styl późnych lat osiemdziesiątych - w szczególności "Dużego" z Tomem Hanksem w roli głównej oraz wczesnych sezonów "Seinfelda" to odnajdziecie się tutaj idealnie. To, co cieszy mnie jeszcze bardziej, to fakt, że nie jest to tylko wydmuszka. Brzmieniowo postanowiono autentycznie nawiązać do brzmienia lat 80. - miejscami zbyt nasączonego pogłosami i przekompresowanego jak na współczesne standardy, napędzanego przez plastikowe, acz bardzo specyficzne brzmienia syntezatorów cyfrowych Yamaha DX-7 i KORG M1, które wyznaczały standard dla epoki.
Propozycje rzucane przez Charliego Putha na "Whatever's Clever!" nie są jednak próbą epigonistycznego tworzenia przebojów, których doświadczylibyście na co dzień w stacjach radiowych tamtych czasów. Twórca postanowił wziąć bardzo specyficzny wycinek, który określiłbym najchętniej mianem… muzyki sitcomowej. Poważnie - aż zastanawiałem się czy na potrzeby tej recenzji nie wziąć kilka takich openingów seriali z późnych lat osiemdziesiątych i zastąpić oryginalną warstwę dźwiękową piosenkami z tej płyty.
Jest w tym nieco kampowości. W końcu ta solówka na saksofonie w "Cry" to wręcz jakaś paralela otwarcia "Mody na sukces". Partie basowe natomiast są wyraźnie wysunięte do przodu jak wówczas, gdy w blasku chwały piosenki przechodziły z ery disco do klasyczniej pojmowanego popu. I ten pomysł na brzmienie koniec końców sprawia, że "Whatever's Clever!" jest urocze. Nawet jeżeli nie jest albumem wybitnym albo nawet bardzo dobrym.
Jasne, Charlie zdecydowanie dojrzał - śpiewa o stawaniu się rodzicem, o stabilizacji życiowej czy o przezwyciężaniu swoich słabości oraz walce o to, co jest najważniejsze. Rozlicza się z przeszłością, ale z uśmiechem patrzy w przeszłość. To w połączeniu z brzmieniem rodzi otoczkę krążka bardzo ciepłego, wręcz przytulającego. Ale nie jest to też nic, czego byśmy nie słyszeli wcześniej. Ba, posunę się nawet do stwierdzenia, że gdyby odrzeć ten album z warstwy produkcyjnej to otrzymalibyśmy do bólu standardowy popowy krążek, o którym nie pamiętałoby się chwilę po przesłuchaniu. Szczególnie że same wokale Charliego Putha prowadzone są zdecydowanie na współczesną modłę i nie mają wiele wspólnego z tym, jak prowadzono frazy w czasach, do których chce nawiązywać.
Prawdę mówiąc poza bardzo zgrabnym "I Used to Be Cringe", "Cry", stanowiącym dziwne połączenie estetyki twórczości The Weeknd i Ricky'ego Martina "Sideways" oraz "Don't Meet Your Heroes" (które również brzmi jak zaginiony utwór The Weeknda) brakuje tu momentów, które mogłyby działać bardziej niż tło codziennych czynności.
Więc mam z tym albumem skomplikowaną relację. Owszem, bezkrytycznie kocham pomysł, jaki stał za jego brzmieniem, bo to sprawia, że nawet na tle retrospekcyjnych krążków mocno się wyróżnia. Marzyłoby mi się jednak, by piosenki dorównywały temu pomysłowi. A te - jak się okazuje - są najsłabszym elementem płyty.
Charlie Puth, "Whatever's Clever!", Warner Music Poland
6/10








