Recenzja Brian Wilson "No Pier Pressure": Między tradycją a nowoczesnością

Rafał Samborski

Brian Wilson przy okazji swojego najnowszego albumu nie miał ambicji nagrać drugiego "SMiLE". Z jednej strony to dobrze, bo na "No Pier Pressure" nie trzeba było czekać czterdzieści lat. Z drugiej, aż trudno uwierzyć, że autorem płyty jest ten sam perfekcjonista, który kilka dekad temu stworzenie dzieła życia przepłacił chorobą psychiczną.

Na "No Pier Pressure" pojawiają się przebłyski dawnego geniuszu Briana Wilsona
Na "No Pier Pressure" pojawiają się przebłyski dawnego geniuszu Briana Wilsona

Zapowiedzi "No Pier Pressure" były co najmniej intrygujące, chociażby z powodu planowanego udziału w nagraniach plejady gwiazd muzyki z Laną Del Rey, Frankiem Oceanem i Jeffem Beckiem na czele. Szereg komplikacji spowodował znaczne uszczuplenie listy gości. Z braku słyszalnych owoców współpracy trudno stwierdzić, czy to źle dla albumu, jednak łatwo można odnotować inny fakt: Wilson nie był w stanie zdecydować się, czy chce stworzyć album nowoczesny, czy też grać na sentymencie do Beach Boysów.

Bo jak to jest, że funkcję intra pełni krótka ballada "This Beautiful Day", brzmiąca jak skomponowana pod koniec lat sześćdziesiątych, a chwilę później otrzymujemy "Runaway Dancer" - pop-house'owy utwór położony przez syntezatory w refrenie, niebezpiecznie zbliżające się do terenów, okupowanych przez biesiadne odmiany muzyki dyskotekowej. Piosenki nie ratuje nawet klimatyczny mostek po drugim refrenie i śpiew znanego z Capital Cities Sebu Simioniana. Warto też zastanowić się nad słusznością zaproszenia do "Our Special Love" Petera Hollinsa, przywołującego swoim wokalem skojarzenia ze współczesnymi boysbandami. Tylko czego oczekiwać, kiedy ścieżki wokalne samego gospodarza potraktowane są auto-tune'em? I nawet jeżeli obróbka nie jest tu aż tak napastliwa jak w przypadku ostatniego albumu Ringo Starra, wciąż pozostawia lekki niesmak.

Czy to oznacza, że "No Pier Pressure" to naprawdę zły album? Okazuje się, że nie. Spokojne "Whatever Happened" (gościnnie byli koledzy z Beach Boysów, Al Jardine i David Marks) zaskakuje genialnym refrenem. Zaraźliwej lekkości "On the Island" nie ujmuje nawet to, że utwór bardziej niż do gospodarza należy do duetu She & Me, złożonego z Zooey Deschanel i Matthew Warda. Pozbawione pierwszoplanowego wokalu "Half Moon Bay" może i wydawać się wyłącznie romansującym ze smooth jazzem przerywnikiem, ale to jedna z najbardziej klimatycznych kompozycji na całym albumie. Koresponduje w taki sposób z zamykającym album "The Last Song" - wzruszającą, choć popadająca miejscami w zbytni patetyzm balladą, będącą rozliczeniem Briana Wilsona z legendą Beach Boysów. Gorzej, że aby do niej dotrzeć, należy przedrzeć się przez dominujące drugą połowę płyty pozbawione wyrazistości utwory, których absolutnym szczytem jest bezpłciowe "Sail Away".

Mimo to nie da się zaprzeczyć, że na "No Pier Pressure" pojawiają się przebłyski dawnego geniuszu Briana Wilsona. Jeśli jednak "The Last Song" miałoby zostać samospełniającą się przepowiednią, prawdopodobnie to ostatni dobry moment na pożegnanie się z fanami z godnością. Od 73-letniego twórcy, będącego legendą muzyki, powinno oczekiwać się przecież większego zdecydowania.

Brian Wilson "No Pier Pressure", Universal

6/10

INTERIA.PL
Masz sugestie, uwagi albo widzisz błąd na stronie?
Dołącz do nas