Rau Performance "Strefa Dyskomfortu": Między żartem a intymnością [RECENZJA]
Tak, na "Strefie Dyskomfortu" zdarzają się momenty wielkie. Ale tak, Rau znowu tkwi w szpagacie, gdy z jednej strony chce tworzyć dzieło osobiste i intymne, a z drugiej sam wciąga siebie w viralowość i memiarstwo.

Na "Strefie Dyskomfortu" są momenty, w których Rau pokazuje swoją wielką wrażliwość na słowa. Zarówno na kryjące się za nimi znaczenia, jak i na ich melodię. Z jednej strony wynika to pewnie z dużego zasobu kulturowego - w końcu na płycie jego myśli powędrują czasem w stronę dzieł filmowych czy serialowych typu uwielbianych przeze mnie "Aftersun", "Mechanika" (tego z Christianem Bale'em), "Rodziny Soprano", "Siedem", "Rozdzielenia" czy "Podejrzanych". Z drugiej pewnie zwyczajnie z faktu, że to producent o wiele bardziej doświadczony niż sugerowałaby sama dyskografia, przez co ta melodia naturalnie wchodzi mu w słowa. Pewnie stąd potrafi rzucić swobodnie, że "kuśtyka sobie jak Keyser Söze po kajzerkę" i wyjść z tego obronną ręką.
Zresztą, pasowałoby zacząć, że pięć lat po "Mieszanych uczuciach" Rau udowadnia ponownie, że najciekawsze jego oblicze to nie to śmieszkowe, napakowane post-ironią, memami, namedroppingiem, a właśnie to, które uchyla rąbka tajemnicy, iż humor stanowi dla niego mechanizm obronny. Że pod tą warstwą żartów kryje się bardzo wrażliwy facet, któremu miejscami wyrwie się z ust nieco za dużo osobistych myśli, ekshibicjonizmu emocjonalnego i tylko możemy gdybać, czy tego żałuje.
Dlatego myślę o nim, że jest takim naszym rapowym rodzimym odpowiednikiem Chandlera z serialowych "Przyjaciół". I dlatego tak mocno uderza "Zawsze jeszcze troszkę" - porażający dla każdego empaty numer opisujący w zasadzie podręcznikowy przykład depresji (pozdrawiam tu swoją dziewczynę - dyplomowaną psycholożkę - która właśnie tak opisała mi ten numer) z melancholijnym fortepianowym bitem. To numery, przy których bardzo łatwo byłoby wejść w patos, rozklejanie się czy użalanie nad sobą, a Rau na tyle sprawnie potrafi powędrować po tej linie, że kiedy pod koniec drugiej zwrotki rzuca "Alkohol przemywa rany, ale ich nie goi", podskórny ból jest znacznie większy niż początkowo można było przypuszczać.
"Blantydepresanty" kończące płytę to idealny utwór kontrastujący z mrokiem, który pojawia się w międzyczasie. Rau na bicie skomentowanym przez samego siebie na tracku jako "stary polski rap" pokazuje, że wychodzi z mroku depresji, który go opanował. Idealne khatarsis na sam koniec i nie mogę nie docenić pojawienia się podwójnych rymów jak w 2005 roku.
Ale nic dziwnego, że wspomniałem na samym początku recenzji o "momentach". Ponieważ opisane przeze mnie wyżej tracki wieńczą płytę, to też nie mogę pominąć tego, co wydarza się, aby do tych absolutnie bezbłędnych skarbów - które już wpisałem na listę swoich ulubionych kawałków tego roku - dotrzeć. I tu, ku mojemu rozczarowaniu, uczucia mam mieszane.
Czuć jakby Rau obawiał się, że liczba ciężarów w wersach może przytłoczyć słuchacza. Stąd między osobistymi numerami pojawiają się momenty, które mają na celu to zrównoważyć i sprawiają, że łatka rapu komediowego czy też rapowego błazna ostatecznie nie chce się od niego odkleić.
Owszem, rozpoczynający płytę "Cliffhanger" jeszcze tego nie zapowiada, stanowiąc bardzo zachowawczą zapowiedź tematyki, która będzie stanowić kręgosłup płyty. Nie mogę się również odciągnąć od "Mroku", które już dzięki wersowi "To dla zmęczonych umysłów scrollowaniem debilizmów / którym ciężko zebrać myśli przez ciągły overthinking" przeraża autentycznością przeżyć gospodarza i powoduje, że zwyczajnie chciałoby się go przytulić, powiedzieć mu, że nie jest sam. Bardzo lubię też "Tata robi lalala": nawet jeżeli miejscami może wydawać się infantylne, doskonale pokazuje skalę euforii, jaka przychodzi wraz ze staniem się ojcem. A droga do tego łatwa nie była, o czym przypomina powrót do poprzedniej płyty.
Ale nadchodzą te śmieszki i czasem zgrzytam, jak Rau perfidnie wyzbywa się swoich atutów na rzecz memiarstwa. Fakt - "Drillers are coming" autentycznie bawi, buduje napięcie, a za wciągającą zabawną historią kryje się obserwacja efemeryczności postaw tkwiących w subkulturach świata internetowego. Ale kiedy myślę, że mamy tu do czynienia z tą samą linią patrzenia na rzeczywistość, co Afrojax, gospodarz "Strefy Dyskomfortu" potrafi pokazać mi boleśnie, jak się mylę. W "Moim Twoim kumplu" czy "Sony Trynitonie" - niezależnie od tego, jak dobrze są wyprodukowane - za dużo bowiem stażysty-copywritera z warszawskiej agencji marketingowej, który kończy w piątek wcześniej pracę, by przygotować się do całonocnego wiksowania na Jasnej 1, a za mało wglądu i obserwacji stanowiących jego największą siłę. Gdy pisałem o memach, post-ironii, namedroppingu to tam to wszystko właśnie jest.
Gorzej, że z poczuciem estetyki też bywa bardzo różnie. Rozumiem deklarowaną miłość do techno i absolutnie ją podzielam, ale kampowe "Szybko Szybko" to najwyżej materiał na skit, a nie pełnoprawny numer na trzy i pół minuty. A "Przecinki"? Co to w ogóle za biesiadne śpiewanie?!
Nie mówię Rauowi, żeby nagle spoważniał i przestał nawiązywać do przemowy Zbigniewa Stonogi, bo też nie o to chodzi. Bardziej mowa o tym, że na "Strefie Dyskomfortu" tkwi na poziomie, w którym dumne noszenie maski wydaje się nadmiernie zachowawcze. Jako tekściarz potrafi być dojrzały i wnikliwy, a jednocześnie adekwatnie doprawić to żartem.
Gdy jednak Rau co wers karmi mnie nawiązaniem do jakiejś postaci z kultury, do filmu, żartem słownym, to przypominam sobie o filmie "JoJo Rabbit" - w wielu miejscach, owszem, dramatycznym, wzruszającym. Jednak kiedy film wchodzi na rejony dramatyczne, oferuje emocjonalne rozwiązanie, a łzy płyną po policzkach, reżyser i scenarzysta Taika Waititi za wszelką cenę musi przypomnieć o komediowym rodowodzie, jakim naznaczył dzieło na samym początku. I to tym samym obniża jego rangę. Dlatego tak bardzo to zgrzyta. Bo wiem też, że gospodarza "Strefy Dyskomfortu" stać na rzecz naprawdę wielką, tylko ta płyta najwyżej ten potencjał ujawnia. A warto przypomnieć, że w potencjałach zakochują się ludzie o pozabezpiecznych stylach przywiązania.
Rau Performance, "Strefa Dyskomfortu", wyd. własne
6/10









