Reklama

Reklama

Raper do remontu

50 Cent "Before I Self Destruct", Universal

Gadam, że rządzę Nowym Jorkiem i nikt nic nie mówi - chwali się na swojej czwartej płycie raper 50 Cent. Jeśli konkurencja milczy, to nie ze strachu. Raczej z litości. Bo "Before I Self Destruct" ratują jedynie producenci.

Naprawdę chcecie sięgnąć po nową płytę 50 Centa? No dobrze, ale ostrzegam przede ulicznymi mądrościami w rodzaju: "Nie mówię ci, żebyś do kogokolwiek strzelał, ale jeśli ktoś chce cię zastrzelić, to go zastrzel". Wciąż macie ochotę? To może inny fragment. Na przykład ten otwierający kawałek "So Disrespectful": "Twój tatuś zerżnął twoją mamę, potem twoją siostrę / Potem wspiął się do twojego łóżka pobawić się twoim cukiereczkiem". Ręce opadają. Spluwy, policja, dziwki, spluwy, policja, dziwki, prochy. Albo Gucci, Dior, Franck Muller. I tak w kółko.

Reklama

Co się stało z Curtisem Jacksonem? Ano zupełnie nic. Jak zwykle przypomina słabego na umyśle dziesięciolatka, który nie wie czy bardziej chce być Rambo czy Commando (taki dylemat pojawia się na płycie) i ma do dyspozycji zdecydowanie za dużo pieniędzy. Nie ma za to świętości, bo z "Rappers Delight", nagrania Sugarhill Gang cieszącego się (ponoć niesłusznie) sławą pierwszego rapowego numeru, zrobił beznadziejne "Gangsta's Delight".

Niezmiennie charakteryzuje go też ten niechlujny styl rapowania, z leksyką ograniczoną do kilkudziesięciu słów. Fajny na trzy single, potem irytujący swoją rozwlekłością i bylejakością. Dobrał sobie na szczęście sporo dobrych, niemożliwych do zepsucia podkładów. Puśćmy natychmiast w niepamięć "Get It Hot", albowiem brzmi jakby w czasie jego nagrywania studio było akurat odkurzane. Przejdźmy do "Death To My Enemies" - tam zaszalał Dr. Dre. Huczący bas, sponiewierane werble i ten niepokojący instrument strunowy łączą się w idealny prezent dla Jima Jarmuscha, o ile reżyser chciałby nagrać sequel "Ghost Doga".

Wymieńmy jeszcze "Crime Wave", "Strong Enough" czy "I Got Swag", gdzie znajdziemy wokalne sample, ów ferwor i mięsistość za którą kocha się czarną muzykę oraz dynamiczne, niebanalne linie perkusyjne. Do tej listy warto dopisać "Then Days Went By". 50 Cent wyjątkowo popisał się w tym wypadku interesującą retrospekcją. Opisuje w niej jak... został zgwałcony. Miał dwanaście lat, dziewczyna osiem więcej i śmiał się od ucha do ucha. Przynajmniej dopóki nie zobaczył, że własny wuj okrada jego matkę, a do tego pali jego towar.

Niestety najczęściej gospodarz nie umie utrzymać poziomu narracji. Kiedy już ma jakiś pomysł, jak w naszpikowanym komiksowymi superbohaterami "Stretch", czy wydobywa emocje w damsko-męsko-rozliczeniowym "Could've Been You", zastanawiam się jak z pierwszym tematem poradziłby sobie Lupe Fiasco, a z drugim Jay-Z. Curtis błyszczy co najwyżej pojedynczymi linijkami. Raptem raz na parę kawałków rzuca coś na poziomie, jak "Jestem międzynarodowy, nigdy nie ma mnie w domu, nie było mnie tyle, że zmienił mi się akcent" czy - to już prawdziwy bon mot - "zepsutych czarnuchów należy serwisować". Ale kto jemu dokręci śrubki?

4/10

Czytaj recenzje płytowe na stronach INTERIA.PL!

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama