Na szczęście znam Pokusę od samego początku, bo gdybym miał ją poznać dopiero dzisiaj, po przeczytaniu umieszczonego na tyle okładki opisu, być może wcale bym się nie skusił. Stołeczny zespół zestawiono w nim z wrestlerką AJ Lee i jej ubiegłorocznym powrotem do ringu po dekadzie przerwy. Świadoma, jak wiele osób mogło w międzyczasie zapomnieć o jej istnieniu, przy pierwszej okazji przypomniała swój status: "Jeśli o mnie nie słyszeliście, to ja jestem ulubioną wrestlerką waszej ulubionej wrestlerki". Te słowa posłużył do stworzenia paraleli dotyczącej Pokusy i jazzu: "To oni są ulubionymi cool jazzmanami twojego ulubionego cool jazzmana", ale albo jestem na zbyt głębokim poziomie tej rekurencji, albo jest w tym jednak nieco przesady, kiedy opowiada się o tej ekipie jak o niedocenionych bohaterach sprzed lat, którzy raz jeszcze muszą udowodnić swoją wartość.
Porównanie wyświetleń z YouTube'a pokazuje, że Pokusa nie wyśrubowuje wyników na miarę EABS, Kuby Więcka czy Kosmonautów, ale mimo niewielkiej aktywności kanału, znajduje się na podobnym poziomie, co Sneaky Jesus, Tomasz Chyła Quintet albo Klawo. Doczepianie łatki muzyki dla "diggerów" i osób na zaawansowanym poziomie grzebania w polskim jazzie wydaje się więc nieco na wyrost.
Rzadko się też zdarza, by kogoś interesował i jazz, i wrestling, ale tak się akurat złożyło, że obydwa są mi bliskie (choć zdecydowanie wolę AEW od WWE). Stąd wiem, że chociaż AJ Lee miała kolosalny wpływ na zmianę sposobu postrzegania kobiet w tej dyscyplinie, to w 2025 roku jej postać straciła głębię, za mikrofonem wydawała się spolegliwa, a przez tak zwaną "ringową rdzę" jej walki wypadały raczej nieciekawie. W kwietniu znowu zresztą zrobiła sobie przerwę i nie wiadomo kiedy i czy w ogóle zamierza wrócić. Do Pokusy nijak to nie pasuje. Na "Głowach" nie ma nudy i rdzy. Mikrofony zarejestrowały tym razem muzykę mniej gniewną i surową niż na obecnie trudnym do zdobycia albumie "Zero" z 2016 roku, wyraźnie inspirowanym na przykład skandynawskim The Thing, ale nie oznacza to jeszcze, że kolejnym krokiem w karierze grupy będzie granie standardów.
Pierwsze słuchanie nowej Pokusy prowokuje do kontrastowego porównania z początkami tria, bo różnice są wyraźne. Może się wręcz kołatać w głowie myśl, że ci jazzowi "chuligani", którzy przed laty byli postrzegani jako kontynuatorzy punkowej improwizacji spod znaku yassu, dorośli, zwolnili tempo i zaciekawili się bardziej wysublimowanym graniem. Nic jednak bardziej mylnego i to pod wieloma względami. Również tym utrwalającym mit yassu jako muzyki sąsiadującej z punk rockiem, bo przy całej swojej wybuchowości i energetyczności "Asthmatic" Miłości albo "A" Mazzoll & Arhythmic Perfection posługiwały się kompletnie innym słownictwem muzycznym.
Nie ma może na "Głowach" tak dusznych utworów, jak "Fire!" z "Zera", który pełnymi garściami czerpał z tria Fire! Matsa Gustafssona. Tak gorączkowych jak "Noob Saibot" z "0.Phife", zatytułowany na cześć jednej z postaci z "Mortal Kombat". Tak dzikich, a zarazem niespiesznych jak "Hanzza" z "Einz". Albo tak transowych jak "Arriva" z "D.W.A.". Pokusy w Pokusie nie jest jednak z tego powodu mniej. Rozrosła się o kolejne obszary artystycznej ekspresji, przypominając, że szukanie nowego nie musi być równoznaczne z szukaniem głośniejszego, bardziej awangardowego czy bardziej eksperymentalnego. To raczej kwestia przekraczania własnych ograniczeń, a pod tym względem premierowy materiał jest najśmielszym krokiem w całym dorobku zespołu.
Powszechnie przyjęło się, że kiedy ilość informacji muzycznych na albumie maleje w stosunku do wcześniejszych publikacji, co w dodatku jest wprost proporcjonalne do obniżania wysokości temp i natężenia dźwięków, to zespół nie gra już na sto procent. Czy jednak faktycznie na przykład Fugazi po złagodzeniu post-hardcore'owego brzmienia z "13 Songs" na wydanym dwanaście lat później niemal indierockowym "The Argument" albo Brian Eno po porzuceniu przebojowego glam rocka z "Here Come the Warm Jets" na rzecz prekursorskich dzieł ambientu jawili się jako artyści wybrakowani i niekompletni? Zostawienie sobie rezerwy może wręcz pobudzać zainteresowanie, bo kiedy ktoś nieustannie gna forte, na złamanie karku, to każdy wolniejszy krok wyda się zadyszką. Kiedy z kolei zostaje w zanadrzu szósty bieg i wrzuca się go wyłącznie w kulminacyjnych, wzmacniających dramaturgię momentach, wtedy nie tylko pot zalewa czoło, ale też serce kołacze jak oszalałe. Pokusa jest dzisiaj właśnie na takim etapie.
Słuchając otwierającego album "Autoportretu kolegów", pomyślałem, że często sami siebie widzimy zupełnie inaczej niż postrzegają nas inni, bo portret własny tria znacząco odbiega od mojej jego wizji. Rytm stabilnie utrzymuje tutaj kurs, wokół którego Natan Kryszk snuje opowieść na saksofonie, ale to nie są dwie osobne ścieżki. Wszyscy trzej muzycy pomału płyną do tego samego celu. Tak, by nie osiągnąć go zbyt szybko i rozkoszować się podróżą. Jest to relaksujące, ale to wypoczynek aktywny. Nie wystarczy się rozsiąść, trzeba też samemu trochę powiosłować.
Jak już dobijamy do brzegu, to okazuje się, że przystań ulokowano w Sopocie, a dokładniej w "Nowym Sopocie". Sądząc po muzyce, jest to pełnia sezonu, bo perkusyjno-basowy puls odpowiada letniemu zgiełkowi Monciaka, który - odpowiednio długo obserwowany - zdradza zaskakującą regularność i cykliczność. Podobnie jednak jak rytmu ulicy nie da się usłyszeć, tak też tutaj (i w wielu innych momentach albumu) całe trio zdaje się grać do jakiegoś czwartego, trzymającego to wszystko w ryzach instrumentu, którego głos pozostaje dla publiczności niesłyszalny.
Te dwa utwory mniej więcej wyznaczają ekstrema dynamiczne "Głów". Niektóre utwory wyraźnie wyciszają ("Słoń", "Mały łosoś" i zwłaszcza "Palcozęby"), inne intensywnie pobudzają ("Czyjeś urodziny", "Dzieciak dziwnie urośnie"), a pomiędzy są jeszcze przeobrażający się wewnętrznie, zdradzający w końcówce spory potencjał taneczny "Portret z grzechotnikiem" i "Ostatni pączek wieczoru", gdzie saksofon przyjmuje rzadką dla siebie drugoplanową rolę, pozostawiając miejsce na jeszcze silniejsze oddziaływanie hipnotycznego, motorycznego rytmu. Wyłania się z nich wszystkich obraz zespołu, który opanował sztukę powściągliwości bez utraty animuszu.
Znowu sprawdza się maksyma "mniej znaczy więcej", bo Pokusa zredukowana do swojej esencji przewrotnie wydaje się grać z większym rozmachem. Gęstość muzyki zmalała, ale zwiększyło się spektrum kształtujących ją środków wyrazu. Dzięki temu zaangażowane są nią nie tylko te trzy głowy z okładki. Istnieje duże prawdopodobieństwo, że będą również wszystkie kolejne, gdy uszu dobiegnie te dziewięć utworów.
Pokusa "Głowy", U Jazz Me Records
8/10






![Martyna Baranowska: “Ważniejsza od samego brzmienia jest intencja” [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000N6UFXDVD6SJ9O-C401.webp)





