Przyznajmy wprost - "The Boys of Dungeon Lane" nie jest albumem potrzebnym komukolwiek oprócz samego Paula McCartneya. A jednak niegdysiejszy Beatles po sześciu latach od "McCartney III" wraca z albumem będącym jednym z jego najlepszych songwriterskich strzałów w XXI wieku. Od "The Boys of Dungeon Lane" na kilometry wieje ogromną dojrzałością muzyka, nieukrywanym w żaden sposób ciepłem, ale też nostalgiczną retrospektywą kierującą w strony lat młodzieńczych twórcy.
Może i po głosie Paula słychać już wiek, ale jeżeli boicie się jakiejś geriatrii, którą eufemizuję z powodu swojego ogromnego szacunku do dorobku "żuczka", to uspokajam. Sam zresztą jestem nieco zszokowany, że Macca nadal chce - a przecież nie musi - i nie wypruł się z pomysłów. Tak, "The Boys of Dungeon Lane" to pisanie piosenek przez człowieka, który doskonale wie, jak to robić w sposób skuteczny.
Jeżeli gdzieś doszukiwać się problemu to głównie w fakcie, że produkcja albumu - za którą odpowiada 36-letni Andrew Watt - miejscami działa na przekór piosenkom. We wzruszającym "Momma Gets By" w bridge'u pojawia się słodki motyw na klawiszach, który aż za bardzo oblepia piosenkę i wydaje się wyjęty z zupełnie innej bajki. Przebojowe "Ripples in a Pond" z błyskawicznie wkręcającym się refrenem wymagałoby nieco szlifów pod kątem dynamiki i ustawień głośności instrumentów względem siebie, a "Down South" czy "Salesman Saint" brzmią jak średnio oszlifowane demo z wokalem podciągniętym z nagrania telefonicznej głosówki McCartneya, co szczególnie boli przy tym, jak świetnie skomponowany jest drugi z tych kawałków. "Home to Us" z Ringo Starrem to z kolei przykład, jak zabić dynamikę numeru i jego głębię brzmieniową za pomocą analogowego sprzętu.
Nie umiem być jednak wściekły, gdy słyszę tak doskonałe rozpoczęcie jak świetnie zaaranżowane "As You Lie There" podróżujące to między blues rockiem, psychodelią i… americaną. Gdyby okazało się, że to dostosowana do współczesnych potrzeb zaginiona piosenka z "Białego albumu" albo "Abbey Road", wcale bym się nie zdziwił. Chcielibyście coś bliżej "Revolvera"? Proszę bardzo: "Life Can Be Hard" to smyczkowo-rockowa przebieżka, posiadająca w sobie coś nad wyraz musicalowego. Z psychodelicznego okresu Beatlesów w pełni czerpie podejrzanie rozbujane "Mountain Top" udowadniające, że Macca wie, jak pisać wkręcające się motywy, nie eksponując nadmiernie melodii - a to umiejętność wręcz niespotykana.
W americanę w pełni wchodzi natomiast "Come Inside", ale próba zrobienia tak dynamicznej, skocznej piosenki z przesterowanymi gitarami w przypadku McCartneya brzmi jakby nagle przebrał się w cudze ciuchy - gdybym miał stawiać na najsłabszy utwór na płycie, to byłby mój faworyt.
Tak, jest tu sporo tego, czym na przestrzeni całej swojej kariery zajmował się Paul McCartney, ale nie dziwota, gdy nad wszystkim unosi się duch przeszłości. "The Boys of Dungeon Lane" to krążek miejscami bardzo vintage'owy, aż proszący się o to, by posłuchać go na płycie winylowej. Marzyłoby mi się tylko, żeby był lepiej doszlifowany, abym nie miał wrażenia, że tuż obok dopracowanych w pełni utworów trafiam na rzeczy, które są napisane świetnie, ale nie zostały zrealizowane w odpowiedni sposób przez lenistwo bądź pośpiech.
Paul McCartney, "The Boys of Dungeon Lane", Universal Music Polska
7/10










