Album "Dinner Party" kilka miesięcy temu zapowiedziany został tytułowym singlem. Z racji tego, że fragment refrenu pojawił się w mediach społecznościowych na długo przed publikacją całej piosenki i jeszcze dłużej przed wydaniem całego krążka, czuję jakby była to jedna ze starszych piosenek Nialla. Klimatem, stylem, delikatnymi gitarowymi dźwiękami idealnie pasuje do jego poprzednich er. Mogłoby się więc wydawać, że to bezpieczny wybór na singiel - zachęcający wiernych fanów do pozostania przy twórczości piosenkarza i jednocześnie będący wizytówką dla nowych odbiorców. A jednak uroczy temat przewodni pierwszego spotkania z miłością swojego życia na obiedzie i idący za tym rozczulający tekst sprawiają, że czuję wiele nowych emocji i mam motyle w brzuchu nawet po setnym przesłuchaniu piosenki.
Jako drugi singiel przywitał nas "Little More Time", który wypada blado w porównaniu z innymi utworami z płyty. Co prawda bridge jest nietuzinkowy, nieco senny, a refren wpada w ucho, ale piosenka wlecze się niemiłosiernie, wręcz zapętla w kółko i brakuje jej definiującego punktu kulminacyjnego. Na ratunek przychodzi "End of an Era" - ostatni z singli wydanych przed pełnym "Dinner Party". Utwór jest moim osobistym faworytem z przedpremierowo opublikowanych kawałków. Horan jak mało kto potrafi wzruszyć tekstami o szczęśliwej miłości, ale niewielu podejrzewałoby go o to, że tak doskonale ujmie stratę, tęsknotę i próbę pójścia na przód po śmierci przyjaciela. Jako wieloletnia fanka One Direction nieśmiało przyznam, że utwór poruszył mnie dogłębnie i odgrzebał skrywane emocje - przy każdym odsłuchu coś jakby kłuło mnie w środku.
W jednym z wywiadów Niall przyznał, że pomysł na tę piosenkę zrodził się już przy okazji sesji w studiu kilka lat temu, jednak nigdy nie był w stanie go ukończyć. Wreszcie, przy okazji tworzenia "Dinner Party", gdy współpracujący z nim tekściarz Julian Bunetta usłyszał, że zaczątki kompozycji brzmią, jakby miała ona być o tragicznie zmarłym Liamie Payne'ie, wszystko nabrało sensu i wręcz napisało się samo. Tekst wyszedł prosto z serca wokalisty, co słychać. Melodia jest spokojna, delikatna i dopełniająca nostalgiczny klimat. Słysząc powtarzane "Feels like letting go of things we're not supposed to" mimowolnie odcinam się od świata i zanurzam we własnych myślach.
Na albumie wita nas "Tastes So Good", czyli akustyczna gitara w połączeniu z elektronicznymi riffami i rytmiczną perkusją. Mamy tu rozpierającą kawałek energię - coś czego brakowało mi w singlach. Wciąż słychać typowy dla Nialla ciepły głos, spokojniejsze, melodyjne wstawki i radosne motywy, jednak jest też odświeżenie. Przy "Monochromatic" zostajemy w klimacie gitary akustycznej połączonej z elektroniczną, ale tempo mocno przyspiesza. Czuję, że na koncertach Irlandczyk wykorzysta potencjał, zaaranżuje ten utwór na jeszcze bardziej rockowy, a publiczność będzie skakać i wariować, jakby jutra miało nie być.
"She Gets It From Her Mother" wkracza z kolei w bardziej soulowe klimaty i robi się dojrzalej. To, co najbardziej do mnie trafia, to tekst, w którym Niall skupia się na nawykach, cechach charakteru i zachowaniach swojej ukochanej, które dostrzega w codziennym życiu. Jednocześnie zachowuje nutę ironii, śpiewając, że partnerka ma to wszystko po swojej matce, choć się do tego nie przyznaje. Amelia, która dostała taką laurkę, musi być niezłą szczęściarą. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że w melodii tej piosenki chwilami słychać nuty z "Baśki" naszych rodzimych, kultowych Wilków. Jedno jest pewne - oba utwory łączy melancholijny klimat i wyliczanie kobiecych cech, za które autor wielbi swoją muzę (lub kilka z nich).
Dalej zagłębiamy się w nieco bardziej balladowe klimaty. "Better man" to utwór wielowymiarowy - wstęp brzmi zupełnie inaczej niż bridge czy refren. Wyraźnie słychać w nim dylematy i zwątpienie. Po raz kolejny Niall pokazuje swoją ogromną miłość do ukochanej, tym razem śpiewając o tym, że zasługuje ona na kogoś lepszego. Słyszę tu inspiracje najpiękniejszymi balladami autorstwa Fleetwood Mac - zespołu, który swoją drogą od zawsze jest jednym z ulubionych Horana. "Flowers" to natomiast siostra "Little More Time" - rytmiczny bit i oniryczny wokal artysty ciągną nas za sobą przez całą piosenkę. Choć próbuję zrozumieć zamysł rozmarzonej wizji, nie potrafię dostrzec w tej piosence świeżości.
Na szczęście zaraz po nudniejszym przerywniku, bo inaczej sumienie nie pozwala mi tego nazwać, dostajemy energetyczną bombę. "Boys Are Fun" are really fun! Piosenka łączy w sobie country zapędy z popowymi zaśpiewami. Ma ogromny potencjał na bycie hitem lata - zachęca do tańca, a pojawiający się po 2,5 minuty gitarowy popis dodaje wszystkiemu charakteru. Autoironiczny tekst to wisienka na torcie. Podobnie jest z "Fighting Over Nothing", któremu brakuje tanecznego tempa, ale zdecydowanie nie brakuje słynnego "tego czegoś". Napięcie rośnie stopniowo, od pierwszych nut, aż wreszcie wszystko wybucha na refrenie. Muzycznie kompozycja przypomina mi "Mirrors" z debiutanckiego krążka Horana, które do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych kawałków Irlandczyka.
"Pretty" okazało się jednym z bardziej żywiołowych numerów na płycie i automatycznie, po pierwszym przesłuchaniu, trafiło na listę moich faworytów. Niall utrzymuje tu motyw nieco rozmytego wokalu, lecz kontrastujące z tym perkusyjny bit oraz ostre gitary na refrenie sprawiają, że słyszę jego desperację i chęć wykrzyczenia do miłości swojego życia, że jest najpiękniejsza. Zmiana klimatu następuje ponownie przy "Die If I Don't" - klasycznej balladzie miłosnej, która skradła moje serce smyczkami występującymi w drugiej części piosenki.
Przy tworzeniu albumu "Dinner Party" Niall Horan postawił na motyw przewodni gitary akustycznej, ale nie zapomniał o mocniejszych, elektronicznych riffach. Nie bał się instrumentalnych solówek, dał wybrzmieć melodiom i nie zapełniał kompozycji zbędnymi wersami powtarzanymi w kółko. Choć udało mu się stworzyć kilka tanecznych hitów, słychać, że nie dbał o to, aby piosenki stały się radiowymi przebojami. Tekstowo stworzył album pełen romantyczności, z którego miłość aż kipi. To właśnie za słowa - tak proste, a tak doskonale ujmujące szczere uczucie, ogarniające cię całego, od stóp do głów - uwielbiam wracać do twórczości Irlandczyka.
Nie mogę jednak oprzeć się wrażeniu, że "Dinner Party" to laurka dla związku Horana, w której nieco zapomniał o zaskoczeniu słuchaczy. Album jest przez to nierówny - niektóre piosenki wydają się wlokące i nudne, na szczęście zdecydowana większość jest komfortowa, ale i nieoczywista. Niall pokazał przede wszystkim swoją dojrzałość, przez lata dopracowywany styl i miłość - nie tylko do Amelii, ale także do gitar. "Dinner Party" to więc suto zastawiony stół, na którym nie brakuje przystawek, głównych dań i deseru, i choć podano też przekąski, które najchętniej bym ominęła, nie pozostaje nic innego, jak tylko częstować się całą resztą.
Niall Horan, "Dinner Party", Universal Music
8/10











