Mumford & Sons "Prizefighter": Kiedy w cichym domu ciągnie na stadion [RECENZJA]
Mumford & Sons potrafią błyszczeć, gdy stawiają na nastrojowość i intymność. Szkoda więc, że od czasu do czasu muszą przypominać o swoich stadionowym aspiracjach.

Przeraża mnie myśl, że 11 lat temu po raz ostatni recenzowałem na łamach Interii jakikolwiek materiał Mumford & Sons. Pamiętam natomiast, że "Wilder Mind" był dla fanów grupy krążkiem dość szokującym. Zespół dowodzony przez Marcusa Mumforda zrezygnował wówczas z folkowego instrumentarium, stając się tym samym najbardziej generycznym stadionowo-rockowym zespołem, jaki tylko można było sobie wyobrazić. Mumford pogodził się później z banjo - choć przecież przed "Wilder Mind" wykrzykiwał, jak wielką nienawiść czuje wobec tego instrumentu.
Wiele czasu minęło od tamtej pory, skład zespołu nieco się zmienił, woda płynęła wartko w brytyjskim strumyku, a Mumford & Sons nie wstydzą się już swojego folkowego emploi, podczas gdy producent "Wilder Mind" - James Ford - wprost głosi, że żałuje prac nad tamtym krążkiem. Marcus Mumford natomiast dość niespodziewanie wypuścił w 2022 roku solowy album, którego "Prizefighter" wydaje się w prostej linii kontynuacją. Czy wszystkie te zdarzenia wpłynęły dobrze na zawartość najnowszego? Cóż, tu akurat trudno ferować wyroki, ale spróbujmy.
Zobacz również:
Mam z "Prizefighter" ten problem, że nawet jeżeli muzycy znacząco się wyciszyli, folkowe instrumentarium powróciło, to w dalszym ciągu potrafią to być rzeczy grubo ciosane. Naprawdę niewiele brakuje, aby przekształcić je w stadionowo-rockowe hymny: zamienilibyśmy banjo i mandolinę w kilku miejscach na gitarę elektryczną czy wrócili do wszechobecnych krzyków. W końcu czy "Conversation with My Son" nie dąży do tego stanu pod koniec? Ta repetytywność w "The Banjo Song"? Ta dynamika w "Stay", prowadząca słuchacza nieustannie w przód? To wszystko dalej tu tkwi. Po prostu jest mniej eksponowane.
To jednak nie tak, że nie ma tu perełek. "Alleycat" to prawdopodobnie najlepszy możliwy dowód na dojrzałość, jaka nadeszła w twórczości zespołu. Kiedy w tytułowej piosence i w absolutnie genialnym, intymnym "Badlands" słyszę delikatność ubraną w nieco inny strój niż koszula drwala, intuicyjnie wiem, że maczał w tym palce ktoś inny. I faktycznie, Justin Vernon - kojarzony przede wszystkim z projektu Bon Iver - wsparł muzyków w dwóch utworach na płycie, wybitnie wybijających się na tle reszty i przypominających nieco to, co sam prezentował w czasach "For Emma, Forever Ago".
To zresztą nie jedyny gość: Finneasowy sznyt słychać momentalnie w "Run Together". To to specyficzne, minimalistyczne podejście do produkcji w zwrotkach i harmonicznych samego wokalu, które pojawia się również jako patent w piosenkach Billie Eilish. Nie zapomnijmy także o rozbuchanym zakończeniu, podczas którego w głowie widzi się wystrzeliwane ze sceny konfetti.
Mam też wrażenie, że kiedy druga połowa albumu kieruje się w stronę bardziej introspektywną, "Prizefighter" znacząco zyskuje. Marzyłby mi się więc bardziej intymny album od Brytyjczyków. Na ten moment nieustannie biję się z myślami, że to piosenki może i miejscami porywające, intrygujące, ale też brakuje im charakteru - czegoś, co na tle podobnych folk rockowych bandów by ich wyróżniało.
Nawet jeżeli nie będę wracał do tej płyty, czuję, że to krok w dobrym kierunku i mam szczerą nadzieję, że następca "Prizefighter" rozwinie tę drogę odważniej.








