Morrissey "Make-up Is a Lie": Pięćdziesiąt minut niczego [RECENZJA]
Chyba tylko Kanye West dorównuje Morrisseyowi konsekwentnością w obracaniu przeciwko sobie absolutnie wszystkich. Na wyliczenie każdego z przewinień brytyjskiego wokalisty konieczne byłoby poświecenie kilku dodatkowych akapitów, a ich rozpiętość sięgałaby od tych związanych ze wspieraniem szemranych grup o charakterze politycznym po odwoływanie koncertów z byle powodu. Pewnie już dawno zostałby zepchnięty poza margines, gdyby nie dorobek sprzed lat. Zwłaszcza ten z The Smiths. Wywarł (i wciąż wywiera) tak wielki wpływ na tak wiele osób, że za każdym razem kiedy Moz publikuje nowy album, jest to szeroko komentowanym wydarzeniem.

Morrissey długo bronił się przed kolejnymi zarzutami za pomocą najmocniejszego kontrargumentu - muzycznego. Tworzył na wystarczająco wysokim poziomie, by fani, bez dodatkowej zachęty, wcielali się w rolę adwokatów diabła i przekonywali, że konieczne jest rozdzielenie artysty od dzieła. W 2017 roku, po wydania "Low in High School", szczęśliwa passa dobiegła jednak końca i chociaż tegoroczny "Make-up Is a Lie" ma odrobinę więcej do zaoferowania niż wcześniejsze trzy krążki, zdecydowanie nie jest powrotem do dobrej formy.
"Odrobina więcej" to niewiele ponad kilka niezachowawczych pomysłów i większe zróżnicowanie pomiędzy charakterami poszczególnych utworów. O ile jednak w sferze kompozytorskiej można zauważyć drobne odbicie, o tyle w tekstowej spadek utrzymuje stabilny kurs. Mistrzowskie łączenie melancholii z czarnych humorem w precyzyjnie dobranych słowach to już odległe wspomnienie. Zostały grafomańskie bohomazy, w których autor nierzadko sięga po wyssane z palca teorie spiskowe (chociażby w "Notre-Dame", gdzie pada insynuacja, jakoby pożar katedry w 2019 roku był aktem terroryzmu) i artykułuje je w pokracznych, pozbawionych melodyjności, długich zdaniach, ledwo mieszczących się w prostym rytmie na cztery czwarte.
Odznacza się na "Make-up Is a Lie" zaledwie kilka drobnych przebłysków przypływu weny twórczej. Skromny, tajemniczy i niemal folkowy "Many Icebergs Ago" na głos, kontrabas i mandolinę (z dochodzącą w końcówce perkusją). Nie tyle jedyna zapadająca w pamięć, co jedyna w ogóle wyraźnie podkreślona melodia w utworze tytułowym (autor najwyraźniej był świadom swojego najmocniejszego atutu, bo powtarza refren do znudzenia). Instrumentalny środek "Notre-Dame" z przypominającą disco sekcją smyczkową i wyrazistymi retro-klawiszami. Świetne, zakorzenione w latach 70. partie klawiszowe wieloletniego współpracownika Morrisseya, pozostającego zazwyczaj na odległym planie Gustavo Manzura, w "The Night Pop Dropped". Niestety zmarnowane, bo cały utwór brzmi jak funk, który próbował wyprodukować ktoś, kto z gatunku zna co najwyżej "Word Up" Cameo i główny motyw z "Shafta" autorstwa Isaaca Hayesa. Strzępy wstępnych koncepcji porzuconych bez sumiennego dopracowania.
Poza tymi kilkoma zalążkami nie w pełni rozwiniętych pomysłów, nowy album Morrisseya zniechęca do powrotów nijakością i nieudolnymi autoplagiatami. Być może na najszczersze wyznanie dawny lider The Smiths zdobył się w tytule albumu - gruba warstwa sentymentu, w którą ochoczo się przystraja, by mamić towarzyszących mu od dekad najbardziej oddanych fanów, jest jedynie kłamstwem maskującym wypalenie. Żeby ją zmyć, potrzebowałby radykalnej zmiany, do czego jest przecież zdolny. Na "Southpaw Grammar" sprzed ponad trzydziestu lat zaskoczył intrygującym romansem z rockiem progresywnym, a na "World Peace Is None of Your Business" z 2014 roku zróżnicowaniem instrumentalnym sięgającym od instrumentów dętych przez gitarę flamenco po akordeon. Na drodze stoi jednak gargantuicznych rozmiarów ego, z którym nawet on sam już raczej nie wygra.
Morrissey "Make-up Is a Lie", Sire Records
4/10









