Kiedy myśli się o twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza, zazwyczaj adekwatnym tłem muzycznym wydają się kompozycje psychodeliczno-rockowe, nawet jeżeli te nastąpiły już kilka dekad po śmierci tego pisarza i malarza. Artysta - za pomocą zręcznych podpisów przy swoich obrazach - wręcz przechwalał się tym, że dane dzieła tworzył pod wpływem określonych używek, co też w znaczący sposób wpływało na samą materię. Z całego kosmosu mniej rozpowszechnionych informacji na temat Witkacego wiadomo natomiast, że sam był zapalonym pianistą-improwizatorem. Czy to ma znaczenie dla tego tekstu? Prawdopodobnie nie. Natomiast ta improwizacja przy instrumencie podświadomie stanowi punkt wspólny między awangardowym, nieokiełznanym umysłem Witkiewicza a założeniami jazzowej twórczości Wojtka Mazolewskiego, który nazywa Witkacego swoją młodzieńczą fascynacją.
Kluczowe dla konceptu, jaki założył sobie twórca "Witkacy. Kompozycje astronomiczne", było znalezienie odpowiedniego głosu. A któż nie czyniłby tego lepiej niż aktor? Do roli Stanisława Ignacego Witkiewicza zaproszono więc Marcina Dorocińskiego. Witkacy w jego interpretacji to niewątpliwie postać próbująca odnaleźć się w kosmosie rzeczywistości i własnych myśli, z ogromną wrażliwością na świat, mimo niewątpliwej frywolności. Adaptacji tekstów na potrzeby muzyki dokonała wielokrotnie nagradzana współczesna poetka Agnieszka Wolny-Hamkało, "wyrywając" ten kawałek geniuszu Witkacego, który zdaje się najbardziej uniwersalny.
Zobacz również:
Całej ekipie udało się doskonale uchwycić kompleksowość postaci, jaką był Witkacy zarówno pod kątem liryki, jak i samej muzyki. Są momenty, które mogą wzruszyć jak marzycielsko rozmarzone "Piękno jest złożone z brzydkich elementów", które zawiera w sobie elementy lekkości, jak i uwierającej melancholii. Mamy psychodeliczne "D**a boli", które brzmi jakby sami twórcy urządzili sobie tuż przed jego stworzeniem solidną sesję z używkami.
"Zjazzd" to z kolei free jazzowa, nieokiełznana wariacja w stylu Ornette'a Colemana. I boli tylko to, jak krótka jest, bo kiedy się rozkręca, muzycy niespodziewanie stopują całość. Po następującym po nim "Zbiorze niekończących się przypadków" przechodzą z kolei do najbardziej przystępnego - pewnie przez swoją melodyjność zahaczającą wręcz o smooth jazz - "Ostatniego takiego lata". To kompozycja urzekająca ciepłem i przestrzenią.
Całość spajana jest natomiast klamrą w postaci utworów podpisanych "S.I.W" - to piosenki, które przez swoją "refrenowość" nakreślają całą ramę obrazu. Jest w "Witkacym. Kompozycjach astronomicznych" - również przez ten zabieg - nieco teatralności. Ale z innej strony może właśnie tak należy czytać to dzieło. Przede wszystkim jako rodzaj spektaklu, któremu akurat zdarzyło się stać albumem muzycznym. Co prawda nieprowadzonym linearnie, ale stanowiącym zbiór mikro-opowieści, które w całości mają nam pokazać, co też w tej głowie Witkacego i jak niepojęte było to spektrum. Nie dość, że muzycy wywiązali się z tego zadania bardzo dobrze, to jeszcze udowodnili, że młodzieńcza fascynacja Mazolewskiego nie jest mu tak odległa, kiedy może łączyć się z nią dźwiękami w "czystej formie".










