Maryla Rodowicz "MTV Unplugged": Więcej niż sentyment [RECENZJA]
Są artyści, którzy z biegiem lat łagodnie przechodzą w tryb "odcinania kuponów". I jest jeszcze Maryla Rodowicz - instytucja, która od jakiegoś czasu udowadnia, że jej repertuar można opowiadać na nowo, bez utraty emocjonalnej prawdy. Album "MTV Unplugged" to dowód, że artystka nie boi się tykać swoich muzycznych świętości i wykonywać na nowo.

To był koncert, który kosztował artystkę sporo emocjonalnie - czytamy w książeczce dołączonej do płyty. Dzięki temu nie dostajemy "odklepanego" występu, tylko żywą, prawdziwą opowieść o piosenkach, które dla wielu pokoleń znaczą naprawdę wiele. Całość została nagrana w obecność publiczności w Teatrze Dramatycznym w Pałacu Kultury i Nauki.
Uwagę zwraca świeżość aranżacji. Ucieszyłem się, gdy od pierwszych dźwięków nie usłyszałem muzealnej rekonstrukcji, tylko twórczą reinterpretację. Właściwie po przesłuchaniu albumu Maryli "Niech Żyje Bal" z 2025 r. z twórcami młodej sceny, można się było tego domyślać. I w tym przypadku na szczególną uwagę zasługuje właśnie dobór gości. Obok Maryli na scenie stanęli: Mrozu, Krzysztof Zalewski, Natalia Szroeder, Mata, Ewa Farna i Bambi, Lanberry, Igor Herbut razem z Misią Furtak i Błażejem Królem. Każdy z nich wnosi coś wyjątkowego. Za orkiestrę odpowiadał Bartek Królik.
Najważniejsze jednak jest to, że żaden z utworów nie traci na jakości ani swojej pierwotnej prawdzie. Wręcz przeciwnie - w nowych aranżacjach słychać je jakby wyraźniej. Są aktualne, dopasowane do dzisiejszego słuchacza. Świeżo i z klasą.
I jeszcze jedno: wokal. W formie. Bez udowadniania czegokolwiek. Maryla jest jedną z tych artystek, które z biegiem lat nie obniżają tonacji swoich starych piosenek. Chapeau bas!
Ten koncert był nie tylko celebracją przeszłości, ale aktualną opowieścią o tym, że dobra piosenka - jeśli jest prawdziwa - nie starzeje się nigdy. Żart o odmrażaniu Maryli na Sylwestra jest już nieważny! Zakończę tak, jak zakończyła się ta płyta: "Maryla! Maryla! Maryla!".









