Dopóki palił na scenie amerykańską flagę, darł na strzępy Biblię, inscenizował sceny przemocy oraz seksu i zakładał mundur wzbudzający jednoznaczne skojarzenia z III Rzeszą, sprzeciw rodziców i konserwatywnych polityków był traktowany przez wydawców, management i publicystów jak darmowa reklama. Kiedy jednak kilka kobiet wytoczyło zarzuty o molestowanie, wykorzystywanie, a nawet torturowanie, wszelkie biznesowe kontrakty zostały z Mansonem błyskawicznie rozwiązane. To był zdecydowanie najmroczniejszy okres w jego karierze, nawet najwierniejsi fani w najlepszym przypadku milczeli, czekając na rozwój wydarzeń, ale po czterech latach śledztwa żadne zarzuty nie zostały postawione. "One Assassination Under God", którego druga i ostatnia część niedawno się ukazała, jest swoistym mechanizmem obronnym, dzięki któremu upadła gwiazda rocka przetrwała własny pogrzeb.
Manson wcielał się już w wiele postaci, ale po raz pierwszy zabrał głos z perspektywy ofiary medialnego i społecznego ostracyzmu czy wręcz linczu. Wcześniej każdy ciążący na nim zarzut traktował niemal jak order, teraz uznał, że na jego publicznym obliczu dokonano tytułowego morderstwa. W rezultacie wrócił do bardziej surowego, mroczniejszego grania wzbudzającego skojarzenia z czterema kultowy wydawnictwami z początku kariery, ale tylko do pewnego stopnia i z ryzykownymi zapędami do kanibalizowania własnego dorobku.
Zobacz również:
W nie aż tak drastycznej metamorfozie pomógł producent Tyler Bates, znany przede wszystkim jako kompozytor filmowy i serialowy (stworzył muzykę między innymi do "Johna Wicka", trylogii "X" Tia Westa czy serialowego "Punishera"), a jej efekt to najlepszy album Mansona od czasu "Holy Wood (In the Shadow of the Valley of Death)" z 2000 roku. Niedorównujący mu, a tym bardziej jeszcze wcześniejszym materiałom, ale przynajmniej zawierający kilka niezłych melodii i skąpany w tej mrocznej, nieco groteskowej aurze, która pod koniec ubiegłego stulecia omamiła tak wiele osób.
Sukces bez wątpienia byłby jeszcze większy, gdyby Manson miał - podobnie jak przed laty - zgrany zespół rozumiejący konwencję i muzyczną, i wizualną tego przedsięwzięcia. Autorefleksyjny dyptyk poza liderem i Batesem, nagrał jeszcze tylko perkusista Gil Sharone, więc tak naprawdę mamy do czynienia z projektem solowym. Manson zawsze odpowiadał za ogólny kierunek, koncept i wszystkie teksty, ale większość kompozycji na debiutancki "Portrait of an American Family" przygotował zmarły w 2017 roku Daisy Berkowitz, na "Antichrist Supersta" i "Mechanical Animals" funkcję tę przejął basista Twiggy Ramirez, a na "Holy Wood" wsparł go gitarzysta John 5. Bez ich sznytu nowe utwory nawet jeżeli kojarzą się z dawnymi pomysłami, nie mają porównywalnego polotu, wielowarstwowości i przebojowości.
Gdzie najpopularniejszemu "Exit Wound" do podejrzanie podobnego pod względem struktury rytmu i frazowania słów, o trzydzieści lat starszemu "Tourniquet"? Gdzie "Front Toward Enemy" do jego nieoficjalnego pierwowzoru, "Little Horn", skomponowanego na identycznym szablonie rytmicznym, bliźniaczo podobnym riffie i industrial-punkowym, agresywnym beacie perkusyjnym? Problemem jest nie tyle to, że premierowy materiał uderza autoplagiatorskimi zapędami, co przeciętny poziom jakości tych kompozycji. Nie przemawia przez nie żadna szerzej zakrojona wizja, nie zaskakują instrumentalnymi rozwiązaniami - jak na przykład naśladujący theremin syntezator w "Dope Hat" albo osobliwy, złożony z dwóch części "Cryptorchid" - a co najgorsze, nowe refreny nie "przylepiają" się z podobną łatwością, co nawet te z mniej znanych kawałków z przeszłości. Chociażby z "Minute of Decay", "Posthuman" czy "Sweet Tooth".
Wystylizowany na glam spod znaku "Mechanical Animals", ale okraszony płaskim, zautomatyzowanym beatem, "None of the Suns" odstrasza siłowym śpiewem w wysokim rejestrze. Manson ledwo jest w stanie powstrzymać się przed rozedrganiem, a w dodatku sama melodia zaskakuje brakiem pomysłu i próbą ukrycia swojej słabości pod typowo popowymi sztuczkami. W "Unalive" zostajemy przynajmniej uraczeni charakterystycznym krzykiem, ale to melodia gitarowa zapada w pamięć. Jest zresztą najbardziej wyróżniającą się na całym albumie i zdradza, że Bates myślał o nim przede wszystkim językiem muzyki filmowej.
Nacisk na nastrój, powolne stopniowanie napięcia, jednostajny, melorecytowany baryton w głosie o niewielkiej dynamice, proste partie sekcji rytmicznej i miejscami zajmujący miejsce na pierwszym planie syntezator wydają się podporządkowane jakiejś ekranowej akcji, której nie możemy zobaczyć, a nie muzyce samej w sobie. Nałożone na nie dosłowne cytaty z przeszłych wydawnictw stanowią swoistą fasadę i wabik, po złapaniu się na który nie pojawia się może rozczarowanie, ale na pewno czuć niedosyt.
Z jednej strony próba zmierzenia się z nowym formatem kompozycji, z drugiej hamowanie eksperymentu zachowawczymi zabiegami i bezpiecznymi odwołaniami nostalgicznymi o przesadnie uproszczonym charakterze. Na pierwszej części "One Assassination Under God" jakoś się to jeszcze sprawdzało, druga tonie w przeciętności, monotonii rytmicznej i aranżacyjnej oraz recyklingu własnej dyskografii. W dzisiejszych czasach często kiedy chce się komuś dopiec, stawia się zarzut o tworzenie muzyki przypominającej wygenerowaną przez sztuczną inteligencję. Nowy album Marilyna Mansona, bez złośliwości, w dużym stopniu brzmi właśnie jak skomponowany za pomocą promptów. Tego wielkiego powrotu, na który oddani fani czekają od lat, chyba już nie będzie.











