Trudno mi uwierzyć, że Bob Dylan sam z siebie został narratorem zwiastuna wideo albumu "Lost Americana". Chodzą co prawda plotki, że to sztuczna inteligencja, wiele źródeł twierdzi jakoby autor "Knockin' on a Heaven's Door" faktycznie był w to zaangażowany, ale jego osobowość sceniczna nakazuje podać to w wątpliwość. Pełnej prawdy pewnie nigdy nie poznamy. Nawet jeżeli tkwi tu dylanowski mecenat w jakimkolwiek stopniu, to niestety, na album mgk-a w żaden sposób nie przeszedł. Co tu dużo wam mówić? Przejście z pop-punku do pop-rocka nie wyszło gospodarzowi "Lost Amerikany" na dobre i uwydatniło pewne cechy, które raziły już na jego dwóch poprzednich albumach.
Niestety, wokal mgk-a - już sam w sobie bardzo monotonny, prowadzony nieustannie na jedną modłę, pozbawiony dynamiki - został dodatkowo potraktowany chamską korekcją. I w tym przypadku naprawdę słychać, jak inżynierowie dźwięku napracowali się, aby to "dobrze" brzmiało. A sam mgk sprawia wrażenie robota, który został zmuszony do śpiewania. Tylko tu nawet nie ma dobrych pomysłów na melodie, a nawet gdy słyszymy ich zaczątki, to szybko pojawia się wrażenie, że gdzieś to już słyszeliśmy. Bo czy prowadzenie refrenu w "miss sunshine" nie kojarzy się wam z "You Shook Me All Night Long" AC/DC?
Nie bez powodu jednymi z najciekawszych momentów na płycie wydają się "indigo" oraz "tell me what's up" - momenty, w których mgk daje nam znać, że miał kiedyś coś wspólnego z rapem. Nie da się ukryć, że raperem jest o niebo lepszym niż pop-rockowym wokalistą. W jego flow czuć pewność, warsztat, a sam śpiew nie irytuje w momencie, gdy staje się smaczkiem, a nie dominującą formą. W takich momentach wychodzi też tekstowo poza wersy o tym, jakim jest buntownikiem, jak trudno się odnajduje w społeczeństwie, jak bardzo ma gdzieś wszystko i jak trudno go kochać. Dobrze, przyznaję, że balladowy "orpheus" wyszedł bardzo dobrze i totalnie nie spodziewałem się, iż mgk pójdzie w tak "filmowe" klimaty.
Ale trudno nie czuć, że to wyjątki w zalewie utworów z totalnie niewykorzystanym potencjałem, pisanych jak najmniejszym wysiłkiem, przepełnionych pseudomotywacyjnymi banałami - to pewnego rodzaju narcyzm polany sosem własnego nieogarnięcia życiowego. Zmiażdżone, pozbawione dynamiki i przecukrzone brzmienie tylko dociska negatywne wrażenia płynące z płyty. Do tego wzmacnia poczucie, że może to wszystko już było, ale bardziej przestrzenne, mniej nakierowane na wojnę głośności.
Jeżeli myślicie, że te hołdy pokroju nazywania numeru "starmanem" czy nawiązanie do "Like a Rolling Stones" oraz sama kuratela Dylana mają jakieś znaczenie, to muszę was rozczarować - nie mają żadnego, gdyż mgk dalej gra w swoją grę, którą rozpoczął dwa albumy temu. Po prostu zmienił nieco środki, brzmienie, ale niespecjalnie podejście. A to właśnie w songwritingu tkwił największy problem poprzednich albumów. Jak i krążka "Lost Americana".
mgk, "Lost Americana", Universal Music Polska
3/10







![Magda Bereda: "To dla mnie początek nowego etapu" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000NAMQG2F1U8K7B-C401.webp)


