Loreen "Wildfire": podróż przez dźwiękowe krajobrazy duszy [RECENZJA]
Niewielu artystów w Europie potrafi tak skutecznie przekuć eurowizyjny triumf w długofalową karierę. Loreen zrobiła to podwójnie - najpierw "Euphoria" (2012), potem "Tattoo" (2023) - i gdzieś pomiędzy tymi dwoma momentami zbudowała własny, hermetyczny świat emocjonalnego popu. "Wildfire", jej czwarty album studyjny, tylko tę narrację pogłębia.

Na najnowszym albumie Loreen odradza się jak feniks z popiołu. "Wildfire" to trzynastoutworowa płyta, która od pierwszych sekund próbuje być czymś więcej. Już otwierające "Where Do We Go From Here" ustawia ton - jest spokojnie, niemal kołysząco, ale gdzieś tam czai się napięcie. Powracające pytania o kierunek, sens czy tożsamość przejawiają się potem przez cały album, między oczywiście odskoczniami, które mają za zadanie dać czas na oddech. W tym cały szkopuł.
Jako słuchacz jej muzyki musiałem zadać sobie podstawowe pytanie: czy w tym wszystkim jest porządek? Po pierwszym odsłuchaniu wiedziałem niewiele - trudno było uchwycić, dokąd właściwie zmierza ten album. Nie jestem do końca pewien, czy wynikało to z czystego zachwytu nad nowym materiałem czy raczej z jego pozornej chaotyczności. Ale po kolei.
Pierwsze utwory pozwalają wejść w "loreańską" duchowość - bardziej zmysłowe i hipnotyczne dźwięki, z których znana jest artystka. Spokojna elektronika spotyka się tu z emocjonalną intensywnością chociażby w "Kiss The Sky" albo "Lose That Light". Z kolei na drugim biegunie są np. "Can't Pull Me Down", "Weapon", "Melt" czy wreszcie "Feels Like Heaven", współtworzone z Sią. Pulsujący bas, syntezatorowa przestrzeń i wokal, który niesie wszystko na swoich barkach. Jednocześnie trudno oprzeć się tutaj wrażeniu, że utwór mógłby równie dobrze trafić na solowy materiał Sii - momentami brzmi jak jej porzucona kompozycja i oddana komuś innemu. Sama Loreen, zwłaszcza w refrenach, wyraźnie zbliża się tu do jej manier wokalnych, balansując na granicy inspiracji i bólu.
Słyszalne na albumie są dość spore różnice między bardziej agresywnymi rejonami, flirtującymi z klubową intensywnością, a najsubtelniejszymi momentami refleksji i przestrzeni. Może to rozstrojenie ma symbolizować przechodzenie z ciemności w światło i na odwrót, które są osią tego albumu? Loreen dobrze czuje się w tej dynamice - potrafi być jednocześnie krucha i dominująca. Z jednej strony stawia egzystencjalne pytania, ale z drugiej - robi to bez ciężaru, który mógłby przytłoczyć słuchacza. Potrafi ona umiejętnie przeplatać poważne treści lżejszymi, klubowymi numerami.
Nie można pominąć też bardziej przystępnych momentów. "It Is Love" to radiowy, lekko reggaetonowy kawałek, który stał się ulubieńcem fanów. Podobnie "Tattoo" - eurowizyjny hit - przypomina, jak dobrze Loreen odnajduje się w formacie popowym, nie tracąc przy tym swojej tożsamości.
Prawdziwym sercem płyty jest dla mnie jednak "Coming Close". To tutaj wszystko się spina. Utwór balansuje na granicy wyciszenia i eksplozji, będąc całą esencją albumu. Dobra produkcja i wokal pozostają największymi atutami tej płyty. Loreen śpiewa intensywnie, bez filtrów, momentami na granicy krzyku, ale nigdy jej nie przekracza. To właśnie dzięki temu nawet słabsze kompozycyjnie fragmenty zyskują dodatkową głębię.
Wracając do początku, możnaby było zadać pytanie, czy Loreen właściwie wie, czego chce? Mnie nie przeszkadza, że przy jej muzyce mam czasem ochotę usiąść w kąt i rozmyślać nad sensem życia, a czasem po prostu ruszyć na parkiet. Wierzę w jej wybory, bo nie szuka na siłę jednego swojego brzmienia, tylko świadomie porusza się między nimi. Unika monotonii, ale nie jest też w tym wszystkim (w przeważającej mierze) chaotyczna.
"Wildfire" jest zatem albumem, który próbuje muzycznie znaleźć miejsce dla Loreen gdzieś pomiędzy klubowym pulsem a bardzo osobistą refleksją nad tym, kim jesteśmy i dokąd zmierzamy. Na mojej półce znalazł miejsce.
Loreen "Wildfire", Polydor Records - 8/10









