Mam wrażenie, że Miodu traktuje Jamal od kilku dobrych lat jako swój plac zabaw, przekraczający wszelkie granice gatunkowe. Chociaż projekt ten startował jako skupiony wokół rytmów jamajskich, na przestrzeni lat ewoluował na tyle, że nigdy do końca nie wiadomo, czego można spodziewać się po kolejnym albumie z tego szyldu. Był grunge i noise rock w duchu Sonic Youth na "1994", był blues rock na "Czarnym motylu", był indie rock i folk na "Chill from Hell", więc na nowej płycie mamy… brytyjską elektronikę. Miodu z ogromnym wsparciem BRK - de facto współtwórcą "Radio Jungle" - na nowym krążku spod szyldu Jamal zwrócił się w stronę klimatów UK Garage, 2stepu czy drum'n'bassu.
Skojarzenia z zapomnianym zespołem Electric Rudeboyz z pewnością otworzą u wielu sentymentalną półeczkę. Szczególnie że Oreua i Mioda łączy również jamajski zaciąg w nawijce. Ale bezpośrednie zestawienie ujawnia 24 lata różnicy między tymi dwoma pozycjami oraz większe możliwości, na jakie mogli sobie pozwolić autorzy "Radio Jungle". I powiem tak: gdybym miał określić wyłącznie zawartość instrumentalną najnowszego albumu spod szyldu Jamal, byłaby tu pewna dziesiątka. To naprawdę świetnie wyprodukowany album z pełnym wyczuciem i masą szacunku do elektroniki wywodzącej się z Wysp Brytyjskich.
Wobble bass w "P.O.K.A" uderza i podkreśla groove, jak trzeba. "Milimetry" to próba ugryzienia bardziej mainstreamowego drum'n'bassowego brzmienia wykonana z taką precyzją, że dałoby się o nią oskarżyć Rudimental. "B.O.M.B.A" kieruje w stronę nowszych, riddimowych produkcji Chase'n'Status. "Tibudi-Budałczju" zdecydowanie bliżej do klimatycznych drum'n'bassowych produkcji z przełomu wieków, a "Miłość to piekielny pies" jest wręcz liquid funkowe.
Nie mogę narzekać na połączenie przebojowości i melancholii, jakie zostało zaproponowane w "Nostalgii", a subtelne, basowe zejście każdego z taktów, pokazuje tylko, jak ogromną wagę przywiązuje się tutaj do szczegółów. Połamane "Oddaj mi hajs" to produkcyjny majstersztyk. Mógłbym zachwalać tu w zasadzie każdy numer i jeżeli chodzi o muzykę basową, trudno nie odebrać tego, jak powrót do kraju nad Wisłą kogoś, kto spędził ostatnie 20 lat na Wyspach.
Trudno mi też narzekać na warsztat wokalny Mioda. Płynnie przechodzi od jamajskiego toastowania, przez liryczny, bardziej indie popowy śpiew, aż po nawijkę, która to raz bliższa jest grime'owym wyjadaczom, by innym stanowić w prostej linii kontynuację tego, co przyszło do nas dopiero zza oceanu. Swobodnie zmienia tempo, dykcja jest wręcz perfekcyjna.
Szkoda więc, że Miodu pióra nie ma aż tak precyzyjnego, jak nawijki. Z uwagi na charakter wokali jest tu bardzo gęsto od słów, ale momentalnie słychać, że to brzmienie i płynność nawijki są na pierwszym miejscu. Nie jest on ekspertem od metafor, które następnie słuchacze próbują rozkminiać na Geniusie. Nie, to raczej ten typ tekściarza, który w trakcie pisania posługuje się szeroko rozpoznawalnymi symbolami, od czasu do czasu rzuci ordynarny wypełniacz pisany ewidentnie dla rymu i dla rytmu (ale jak to brzmi!), po czym - zazwyczaj dość niespodziewanie - zaskoczy wersem, który zostanie na dłużej. Niestety, nie stroni też od motywacyjnych banałów, których nadmiar bywa tu nieziemsko wręcz męczący.
Jeżeli jednak przejdziecie przez to, że warstwa tekstowa "Radio Jungle" nie dorównuje warstwie muzycznej, to otrzymacie jedną z najlepiej wyprodukowanych i nawiniętych płyt w Polsce w tym roku. Jestem w stanie wybaczyć te wady, bo z konwencji obranej na nowej płycie Jamal jestem w stanie całkowicie zrozumieć, że nie o lirykę tu chodzi, a o złożenie hołdu brytyjskiej muzyce basowej. A to akurat się udało w stu procentach.
Jamal, "Radio Jungle", Emer Music
8/10











