Reklama

Gruby Mielzky "Do wesela się zagoi": Blizna pozostanie [RECENZJA]

Gruby Mielzky z The Returners dają trochę tego prawdziwego hip hopu. Numery puchną od skreczu, wspomnień i utyskiwań, raper łazi po mulących bębnach. Świetnie, tylko jeżeli tak to ma wyglądać, to poproszę o hip hop nieprawdziwy.

Okładka płyty "Do wesela się zagoi" Grubego Mielzky'ego

Nie zawsze znany, niemniej prawie zawsze lubiany Mielon działa jak certyfikat autentyczności. Możesz rżnąć na potęgę od Drake'a po Pop Smoke'a, no ale gdy zaprosisz do siebie Tomka, to jesteś przecież swój chłop. Facet na miano krynicy autentyczności bez wątpienia ciężko zapracował - gdy koledzy nabierali wody w usta świadomi, z kim będą się mijać na backstage'ach klubów i festiwali, on bombardował głośniki prawdziwymi hymnami. W "Silnym jak nigdy...",  "Żadnym rapie", "Nowym klasyku", "Teksasie" naliczał scenę bez litości, we "Wstydzie" czy "Nie słyszysz" stawiał przed słuchaczami nagi pośród wszechotaczającej konfekcji.

Reklama

Potężnych numerów nie brakowało, brakowało dobrze zbilansowanych, przemyślanych płyt gruntujących pozycję. Wydawało się (na przykład mi), że w 2018 roku, wraz "Komikiem z depresją", przyjdzie przełom - narracja z różnych perspektyw, podkłady z różnych klimatów, utwory układające się w album. Gdy jednak próbowałem wracać, znowu rozpadało mi się to na kawałki i wypełniacze. Minęły trzy długie lata, w branży prawie wieczność, ja z nadzieją sięgnąłem po najnowszą propozycję. A czyją matką jest nadzieja? No właśnie.

"Do wesela się zagoi" to nie jest dobrze napisany album. Tak jak zaczyna się od autoparafrazy wersu z "Nowego klasyka", tak wrażenie, że Mielon nieustannie obija się o pręty klatki budowanej latami z własnych wersów towarzyszy tu przez większość czasu. Kiedyś linijki "ziomuś, pozwól, że ci streszczę swoją płytę / alko, matka, ziomki, prawda - c**j, bywa, takie życie" mogły imponować, teraz martwią, bo wytraciły cały swój bezczelny dystans do siebie, okazując się wytyczną traktowaną przez gospodarza zbyt serio.

Niestety, autor handluje zwietrzałą nostalgią, wystawiając ją na chodniku razem z czterema bluzami Massa i namiotem obrzyganym na festiwalu w Hradec Kralove. W jego świecie Spike Lee wciąż jest tym czarnym reżyserem stanowiącym punkt odniesienia, a z kaset "tych, co się na muzyce znają" leci De La Soul i Chaka Khan. Uważaj, skoro nosisz Supreme i pijesz piwo IPA, będzie z ciebie beka. Podwórka, których głosem oczywiście niezmiennie jest Mielzky, cię wyśmieją. 

Na wyprzedaży pod tytułem "Do wesela się zagoi" znajdziemy wszystko. Po pierwsze - mnóstwo retrospekcji, ale takich hasłowo-rekwizytowych, nieplastycznych. Po drugie - wiecznie wydłużane i już trochę niepokojące jeśli patrzeć z dystansu dzieciństwo, w pełni obrazowane przez lamerski skit z cyklu "byliśmy tak pijani, że nie pamiętamy jak nas bili i trzeba się tym jeszcze pochwalić". Po trzecie - ironia, szczególnie słyszalna we "Wszystko się j***e". W domyśle zapewne brawurowa, w praktyce sucha jak Beskidzka. Po czwarte - żenujące punchlines z wolnych styli pod mostem w rodzaju "Przedmuchaj swojej suce napęd, bo już łapie zwiechę". Po piąte - trochę drżącą ręką rzuconej egzaltacji. Przecież "stoję na wzgórzu własnych krzywd, patrzę w dół, widzę łzy" mogłaby zaśpiewać Kasia Kowalska na początku kariery. Jestem pewien, że sam autor śmiałby się z tego wersu, gdyby nawinął go któryś z tych młodych smutnych.

Flow? Jest jest, ale zwykle zajechane i monotonne, do tego po tych wszystkich latach nadal nie rozwija się do wachlarza. Najbardziej słychać to w "Przewiewie", gdzie Gruby brzmi jakby klepał wyliczankę i nie umiał przełamać schematu. Najmniej we "Wszystko się j***e" - raper rzuca się z energią na staroszkolny rytm podbity świeżym basem, ale nawet tam po pierwszej zwrotce czas pryska.

Dobrym pomysłem na urozmaicenie bywają goście. Przed Małpą bit (z trafionym samplem wokalnym) wycisza się teatralnie, by torunianin mógł wtargnąć z dawno niesłyszanym wigorem. W najlepszym na krążku "Jak wyśnię" sprawdzają się synkopy, melodia, akordy, Mielon z Sariusem mogą potańczyć. Ale już "Poprawiny" zamulone są tak, że po dwóch minutach (z sześciu!) pomimo częstych zmian na mikrofonie ma się wrażenie, że to trwa wieczność. Unda potrzebuje słońca i groove'u, nie synthów Pharella Williamsa sprzed dwudziestu lat. Analogicznie zepsuty został "Dawny król".

No właśnie, podkłady. "Na c**j mi wasze bity jak tu Little klei lepsze / Zioma poznałem w dwa zero zero pięć gdzieś" - obwieszcza Mielon. To dowód lojalności. I niestety także tego, że każda artystyczna współpraca się wypala.  Bo jeżeli Little klei lepsze bity, to raczej Słoniowi czy donGURALesko. Te tutaj są za często zgniłym kompromisem między tym, by brzmiały dość klasycznie dla dawnych fanów i nie odepchnęły mniej zaprawionego w hiphopowych bojach słuchacza. Nie dość, że są mozolne i nużące, to - nie licząc ostentacyjnie, aż przesadnie łomoczącego i świdrującego "W co ty grasz" - brak im uderzenia, ostrości, wyrazistości.

Przecież "Co to ten rap?" działałoby świetnie, gdyby miało dobry bit. Przy tym można przycinać drzewka bonsai w ogródku japońskim i popijać zieloną herbatę z czarki. Rozlane "Zapamiętaj te słowa" umarło we śnie pod drzwiami nowej szkoły. A mdły chillout "W pobliżu"? Dajcie spokój. Plaża, morze, ostrygi, błękitne ostrygi.

Już słuchając "Do wesela się zagoi" pierwszy raz miałem wrażenie, że znam je aż za dobrze. Nie mogłem przestać zadawać sobie pytania - gdzie jest ten błyskotliwy, charyzmatyczny facet, który rozśmiesza mnie na Twitchu? Co tu robi tu ten kombatant, bezwstydnie wypinający cyca po order za zasługi i częstujący mnie wersami w stylu "Wrócił król i zaraz k***o ci to wszystko sprzątnie". Ten "Powrót króla" to najwyżej dokręcony później "Hobbit". W wersji niereżyserskiej, z Danielem Olbrychskim w roli księcia elfów.

Gruby Mielzky "Do wesela się zagoi", 2020

4/10

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Gruby Mielzky | recenzja

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje