Flea "Honora": Nieodwzajemniona miłość do trąbki [RECENZJA]
Flea zawsze był moim ulubionym Redhotem. To wulkan charyzmy i energii, który podczas koncertów kradnie całą uwagę. Po "Californication" niewiele potrafiłem wprawdzie znaleźć dla siebie w muzyce jego macierzystego zespołu, ale funk-punkowe początki Red Hot Chili Peppers wciąż są mi bliskie, a partie basowe z "Aeroplane", "Nobody Weird Like Me", "Soul to Squeeze" (mógłbym jeszcze długo wymieniać) uznaję za jedne z najwybitniejszych w rockowej historii tego instrumentu. Dlatego na solowy debiut nastawiałem się jak na ważne wydarzenie, choć od początku (a może właśnie dlatego) jasne było, że Flea nie zamierza "wracać do korzeni", tylko zmierzyć się z jazzem.

Pracuję z jazzem na co dzień i poświęcam mu ogromną część refleksji na temat muzyki. Im bardziej go zgłębiam, tym bliższe jest mi jednak sokratejskie "wiem, że nic nie wiem", a w konsekwencji przyjąłem jego bardzo obszerną definicję. Włączam do niej brzmienia przez niektórych purystów uznawane za zbyt odległe od źródła. Chociażby zawierający elementy emo nowojorski Nu Jazz, ocierający się o pop duet Domi & JD Beck, new french touch spod znaku Émile Londonien, czerpiące pełnymi garściami z funku i hip-hopu Klawo, a nawet improwizującą, nieustannie przeobrażającą się Maruję z jej post-punkowym fundamentem. "Honorę", a przynajmniej jej większość, za jazz nijak natomiast uznać nie potrafię, bo samo sięgnięcie po trąbkę to zdecydowanie za mało.
Różne istnieją kryteria dotyczące tego, czym jazz może być, a czym na pewno nie jest. Swing, improwizacja, harmonijna złożoność, synkopowanie, bluesowa melancholia, grupowa interakcja na zasadzie call-and-response, specyficzne instrumentarium, a nawet pochodzenie to niektóre z nich. Częstym jest też po prostu subiektywne wrażenie, a moje podpowiada mi - przy całej skrajnie antykonserwatywnej otwartości - że Flea daleko nawet do "Tutu" Milesa Davisa, "Vernal Equinox" Jona Hassella czy "Cartography" Arve Henriksena. To żadna ujma. Ostatnie, czym jazz powinien być to ozdoba przy klapie marynarki, ale skoro media tak ochoczo przystrajają ten album w jazzową kreację (najlepszy przykład to okładka w magazynie DownBeat, niegdyś nazywanym "biblią jazzu"), a jego autor niespecjalnie od tego ucieka, warto przynajmniej sprawdzić, czy aby na pewno nie mamy do czynienia po prostu z chwytliwym nagłówkiem: "Basista Red Hot Chili Peppers gra jazz".
Być może dałoby się go wybronić, gdyby ta wrzucona w obcy kontekst trąbka przemawiała nieco innym językiem. Albo nawet bardziej, gdyby znała więcej słów w języku, którym próbuje się posługiwać. Nie jest to przypadek aż tak skrajny, jak koszmarna EP-ka "7 Piano Sketches" André 3000, którą Matthew Shipp skwitował słowami "kompletna i całkowita bzdura" oraz "okropne, mdłe i nędzne nic", ale Flea trębacz dysponuje równie niewielkimi umiejętnościami, co André pianista. Przy niejednym studencie na poziomie magisterskim basista Red Hotów wypada mniej więcej tak, jak grający na gitarze Lil Wayne przy Franku Zappie. Mamy za akademickimi murami w samej Polsce osoby, które tworzą bez porównania ciekawszą muzykę, bardziej różnorodną pod względem doboru technik, barw, nastrojów czy po prostu pomysłowości. Nie jest to zresztą opinia tylko moja. O zabranie głosu w sprawie technicznych możliwości Flea poprosiłem trębacza Emila Miszka, muzyka między innymi Emil Miszk Modulaire, Tomasz Chyła Quintet czy Bled, a także pedagoga na Akademii Muzycznej im. Stanisława Moniuszki w Gdańsku:
"Powiedziałbym, że Flea gra siłowo. Opiera zadęcie bardziej na wargach niż na powietrzu i solidnym aparacie gry. To częste, bo zazwyczaj skupiamy się na tym, co widać, czyli na ustawieniu ust. Opanował instrument w stopniu średnio zaawansowanym, ale do prawdziwego mistrzostwa pod względem technicznym brakuje mu większej swobody przepływu powietrza i dopracowania pozycji gardła, a także skorelowania ich w jedną, działającą całość".
"Powietrze nie przechodzi u niego swobodnie, gardło jest delikatnie zaciśnięte, przez co cały aparat polega na ustach, a wtedy brzmienie staje się płaskie. Zrozumienie pracy naszego ciała oraz tego, jak wygląda poprawny aparat gry na trąbce, zajmuje sporo czasu, głębszego wejścia w proces i zrozumienia, jak działają instrumenty dęte".
"W 'Thinkin Bout You' Flea często jest pod dźwiękiem, co może oznaczać niedostateczną ilość powietrza i brak odpowiedniej siły w wargach, by utrzymać prosty dźwięk. Standardowa kwestia na tym poziomie gry, wielu trębaczy zmaga się z tym problemem. W 'Morning Cry' wyraźnie zabrakło wyobraźni. Jedyny pomysł jest taki, że ma się wydarzyć coś 'jazzowego', ale to raczej noodling, czyli takie granie dla samego grania. W wielu utworach Flea stanowi jednak elementem sekcji dętej i bardzo dobrze się w niej miksuje".
W obronie trębacza neofity warto zaznaczyć, że na pewno nie kierowało nim ani wyrachowanie, ani chęć uzurpowania sobie roli wizjonera jazzu. Wierzę, że nagrał te dziewięć utworów z potrzeby serca. Podobnie jak naiwny tekst "A Plea", w całej swojej ogromnej banalności i centrystycznej ostrożności przed obrażeniem fanów z którejkolwiek strony politycznego spektrum, bez wątpienia ma źródło w autentycznej refleksji, tak też muzyka wydaje się szczera. Nie jest to argument, który podnosi jej jakość (za "Lulu" Lou Reeda i Metalliki również stały szlachetne motywacje), ale obniża ten rodzaj niechęci, który mógłby wynikać z podejrzeń o eksploatowanie jazzu dla niskich, finansowych pobudek. Flea nie jest jak MC Hammer, który w latach 90. nagle zaczął pozować na gangstera.
Dlatego też najlepiej wypadają na "Honorze" utwory własne. Najciekawszy to ostatni "Free as I Want to Be", gdzie trąbka - poza solówką z końcówki, bazującą na wydmuchiwaniu pojedynczych dźwięków - jest raczej dodatkowym, drobnym smaczkiem w udanym popisie instrumentalnej zręczności. Tyczy się to nie tylko lidera, ukazującego przepaść dzielącą jego umiejętności jako trębacza i umiejętności jako basisty, ale również perkusisty Deantoniego Parksa, który ma za sobą między innymi epizod w The Mars Volta, i przede wszystkim znakomitego, wszechstronnego gitarzysty Jeffa Parkera, muzyka Tortoise, współpracownika Roba Mazurka, Makayi McCravena czy Matany Roberts. Jako dyfuzyjne trio, pozwalające na swobodne przenikanie się różnych wpływów, brzmią świeżo i intrygująco. Gdyby w tym kierunku poszedł cały album, miałby znacznie więcej do zaoferowania.
Zamiast eksplorować ten kierunek, Flea zdecydował się jednak zmierzyć z klasyką i wziął na warsztat między innymi jazzowy standard "Willow Weep for Me", który wykonywali między innymi Billie Holiday i Frank Sinatra, a także przebój muzyki country, "Wichita Lineman" Jimmy'ego Webba. Temu drugiemu niewątpliwie pomaga gościnny udział Nicka Cave'a, który zdaje się celowo - jak to nie raz miał w zwyczaju - wcielać w swoistego anty-croonera. Kiedy jednak w kolejnej fatalnej solówce - w tym przypadku raczej bez takiej intencji - Flea zostaje anty-trębaczem, trudno wytrwać do ostatniego wydanego przez niego dźwięku.
W przytłaczającej większości "Honora" nadaje się na muzykę tła. Tak będzie dla niej zresztą lepiej, bo im dokładniej się wsłuchiwać i dociekać, tym bardziej mankamenty tego albumu rosną. Ratuje go łagodny, refleksyjny nastrój, ale nie można mieć żadnych wątpliwości co do tego, że nikt by go nie wydał, gdyby nie nazwisko autora. Czy to dobrze, że wykorzystał je, by "skazić" mainstream czymś nieoczywistym i raczej dla niego obcym, czy źle, bo wielu osobom współczesna trąbka jazzowa będzie się teraz skojarzyła z muzykiem Red Hot Chili Peppers, a nie z na przykład z Ambrosem Akinmusirem, na to każdy musi odpowiedzieć sobie sam.









