Ostatnio mam szczęście do recenzowania albumów tworzonych przez legendy muzyki. "SPLAT!" to 24. album brytyjskich weteranów hard rocka, Deep Purple, którzy zadebiutowali w 1968 roku. Czy pokładam w tej pozycji jakieś ogromne nadzieje? Oczywiście, że nie. Czy grupa dowodzona przez Iana Gillana je pokłada? Szczerze mówiąc, wątpię. Ale zawartość płyty udowadnia, że czerpią z tych swoich spotkań w studiu bardzo dużo radości. I to pomimo średniej wieku muzyków wynoszącej 79 lat, wyłączając oczywiście młodszego o pokolenie od reszty Simona McBride'a, który na stałe zastąpił na gitarze Steve'a Morse'a.
"SPLAT!" może i jest najcięższym albumem grupy od lat, tak jak muzycy deklarowali. Wejście z "Arrogant Boy", w którym muzycy w żaden sposób nie oponują przeciw szybszemu tempu i przesterowanej partii gitary rytmicznej, nie stanowi jednak znaku rozpoznawczego tego albumu. Podobnie jak utwór tytułowy, który z miejsca porywa groove'em, a osadzony jest ewidentnie niżej brzmieniowo niż reszta materiału na tym albumie. Można oczywiście nieco narzekać, że młodszy Ian Gillan mógłby się tu wykazać znacznie bardziej - struny głosowe nie pozwalają na takie szarże, jak niegdyś, ale i tak nie mogę narzekać, bo to dalej śpiew nad wyraz przyjemny. Na szczęście jego wokal jest też obrabiany mniej syntetycznie niż zdarzało się to na kilku ostatnich krążkach.
Wracając, bardziej adekwatnym określeniem niż "najcięższy album" byłoby to, iż "SPLAT!" to najbardziej bluesowa płyta Deep Purple od lat. Klawisze, za które odpowiada Don Airey, absolutnie tu dominują, nadając kierunek reszcie instrumentów. Doskonale to słychać w "Diablo", które w zasadzie całe opiera się na współgrze i wzajemnym uzupełnianiu się partii gitary elektrycznej oraz organów Hammonda. Podoba mi się to, jak "The Lunatic" oraz "Third Call" przypominają czasy, gdy rock progresywny w pełni czerpał z bluesowo-jazzowego dziedzictwa i podskórnie kojarzą się nie tyle z Deep Purple z czasów Mark II, ile z… The Doors. A czy te solówki na klawiszach w "Guilt Trippin" oraz "Jessica's Bra" nie idą właśnie w taką jazzową stronę?
Oczywiście, jest kilka momentów, przy których zęby zgrzytają nad wyraz mocno. We wspomnianym "Jessica's Bra" w pewnym momencie wchodzi syntetyczna partia trąbki, na którą nie pozwoliłby sobie w takiej formie amatorski zespół hard rockowy - dlaczego więc zrobiła to absolutna legenda, zamiast po prostu zatrudnić pełnoprawnego muzyka, który zagrałby to samo na prawdziwej trąbce? "The Only Horse in Town" to w ogóle wzięcie wszystkiego, co najbardziej kiczowate mogłoby się pojawić w muzyce Deep Purple, a następnie złożenie tego w jeden utwór.
Na dodatek - niestety - to, na co najbardziej narzekam przy okazji kilku ostatnich płyt, powtarza się również i tu. Jak w przypadku pięciu poprzednich krążków Deep Purple, tak i na "SPLAT!" producentem jest Bob Ezrin. Dlatego moje zarzuty o sterylność i małą dynamikę brzmienia mogę w zasadzie przekopiować z recenzji "inFinite" czy "Whooosh!". Brakuje tu śladów brudu, całość jest zbyt jasna. To razi, szczególnie biorąc pod uwagę kierunek, jaki obrał zespół. Garażowość, a przynajmniej jakaś próba odwołania się do brzmień albumów w stylu "Machine Head", działałaby na pewno na plus.
Problemem jest jeszcze ordynarne zlewanie się poszczególnych utworów ze sobą. Brakuje tu piosenek szczególnie charakterystycznych - takich, z których riffy zostałyby ze słuchaczem na dłużej i czułoby się po nich, że są wynikiem czegoś więcej niż spotkania typu "pograjmy i zobaczmy, co z tego wyjdzie".
Jasne, czuć po "SPLAT!", że to spotkanie w towarzystwie starych, dobrych znajomych, którzy dzielą z nami poczucie humoru, ich myśli odczytuje się niemal intuicyjnie, a do tego jesteśmy w stanie wypomnieć każdemu jego nawyki. Ale nie zmienia to faktu, że nie będzie to płyta Deep Purple, za którą będzie się ten zespół wspominać. Te już dawno nagrali, więc może to mój argument jest kompletnie nietrafiony? Bo teraz chodzi tylko o to, by ten dom seniora był odpowiednio rozhulany, a to z pewnością się udało.
Deep Purple, "SPLAT!", Mystic Production
6/10










