To, że za pseudonimem Frankie Pulitzer kryje się najpewniej Tom Hardy - aktor znany z takich filmów jak "Mad Max: Na drodze gniewu", "Mroczny Rycerz Powstaje" czy "Venom" - jest tajemnicą poliszynela. Warto jednak wspomnieć, że sam zainteresowany nigdy tego nie potwierdził: śladów jest jednak zbyt wiele, aby nie uznać tego za oczywistość.
Udział Hardy'ego sprawił, że o składzie Czarface stało się głośniej niż kiedykolwiek. A warto zaznaczyć, że to trio tworzą postacie równie rozpoznawalne w kręgach fanów rapu jak Tom Hardy w kinie. Inspectah Deck to jeden z filarów Wu-Tang Clanu, którego zwrotki można usłyszeć w legendarnych "C.R.E.A.M" czy "Protect Ya Neck". W 2013 roku połączył on siły ze składem 7L & Esoteric - kultowym w podziemnych kręgach bostońskim duetem, podążającym w swojej twórczości tradycyjną formułą DJ/producent i raper. Do dziś pamiętam zresztą zachwyty sprzed dwóch dekad nad numerami "Murder-Death-Kill" czy numerem z solowej płyty Esoterika, "Back to the Lab", w którym ten wyrażał bezgraniczną miłość do swojego… labradora.
Czarface, którzy chętnie nawiązują do srebrnej ery komiksów, zgodnie z tradycją tytułów superbohaterskich co pewien czas spotykają się z innymi postaciami. Był już ulubiony raper twoich ulubionych raperów, śp. MF Doom, a także Ghostface Killah. Czego można spodziewać się po połączeniu sił tej supergrupy z Frankie'em Pulitzerem? Cóż, biorąc pod uwagę to, że Hardy ogłaszał, iż chciałby być sekretnym członkiem Wu-Tang Clanu, a Czarface niespecjalnie zmieniają swoją formułę od kilku lat, to… Tak, to bardzo klasyczny rap dla fanów brzmienia wschodniego wybrzeża lat dziewięćdziesiątych.
Pełno tu bitewnych wersów, przechwałek, gier słownych, nawiązań do rapowych klasyków albo popkultury. To rap skrajnie niedzisiejszy - z czasów, gdy chodziło o to, by za mikrofonem pochwalić się erudycją, pewnością siebie przechodzącą w zdrową arogancję i umiejętnością zranienia wrogów samym słowem. Posłuchacie więc wielopoziomowo budowanych porównań i bezczelnych wersów, które pewnie u części słuchaczy przekroczą granice dobrego smaku - jak chociażby ten o przewadze samozaspokajania się do filmu z Kathy Bates nad słuchaniem rapu swojego oponenta. Co ważne, autor tego wersu, Frankie Pulitzer, mimo mniejszego doświadczenia niż Inspectah Deck czy Esoteric, wchodzi na mikrofon z ogromną pewnością siebie, nie ustępując ani o krok kolegom.
Bity? W skrócie: soczyste bębny, cięte sample, wyrazisty bas i wszechobecny piwniczy brud. Tak naprawdę to nic, co mogłoby zaskoczyć osoby zaznajomione z tym, co robili do tej pory Czar-Keys - trio producenckie złożone z 7L-a, Todda Spadafore'a i Jeremy'ego Page'a, odpowiedzialne za muzyczną stronę Czarface. Jednocześnie mam wrażenie, że w przeszłości bywali jednak bardziej eksperymentalni. Przez to, o ile płyta prezentuje bardzo esencjonalne podejście do rapowej produkcji, tak w swojej konwencji to, co zaproponowano na "Czarface Meets Frankie Pulitzer", może wydawać się miejscami zbyt zachowawcze. I to nawet jeżeli już drugi numer, "All It Takes is One Bad Day", zaskakuje industrialno-funkowym brzmieniem bliższym temu, co mógłby robić w dawniejszych czasach El-P (obecny swoją drogą gościnnie w jednym z utworów na płycie).
Czy to album dla wszystkich? Zdecydowanie nie - jeżeli jesteście uczuleni na klasyczny, typowo nowojorski rap z lat 90., prawdopodobnie odrzucicie tę pozycję z miejsca. Czy to najlepszy rapowy album tego roku? Też nie. Ale nie umiem ukryć, że słuchanie tych wszystkich wersów - niekiedy wręcz kuriozalnych - sprawia mi masę frajdy. Jednocześnie z pewnością "Czarface Meets Frankie Pulitzer" to płyta jednostajna, opierająca się ciągle na identycznych patentach. Dlatego jeżeli nie odnajdziecie radości w słuchaniu tego, co mają do powiedzenia Esoteric, Inspectah Deck i Frankie Pulitzer, możecie poczuć się szybko zmęczeni.
Czarface & Frankie Pulitzer "Czarface Meets Frankie Pulitzer", Mystic Production
7/10










