Reklama

Reklama

Brain Dead Familia "BDF Represent": Piekło pozdrawia [RECENZJA]

Sześciogłowa bestia beszta - ostrzegają twórcy spod szyldu Brain Dead Familii, skrzyknięci przez Słonia specjaliści od obrazoburczego rapu. Mamy jakość, mamy ostrość, ale też wrażenie, że niewiele powstało tu naprawdę wspólnie. Famila? Bardziej niepospolite ruszenie.

Okładka płyty "Brain Dead Familia"

Odpalam "BDF Represent" i przypomina mi się koniec roku 2019. Wtedy "BORCREW ALBUM", płyta dowodzonego przez Palucha B.O.R. Crew, konkurowała z dropem prowadzonej przez Borixona ekipy Chillwagon. Działo się! Dwóch weteranów na czele, gwiazd rapu po obu stronach po kokardę, dla fanów gatunku superbohaterski crossover na miarę tych komiksowych w wydaniu Marvela bądź DC. Kręcenie nosem krytyków po wszystkim też zbliżone, zwłaszcza w tym drugim przypadku, ale nie czepiajmy się, skoro otrzymaliśmy naprawdę przemawiające do wyobraźni wydarzenia. I to po wielu latach posuchy, kiedy to głównie gadano, bo gwiazdorskie, rapowe drużyny do większych nagrywek nie były się w stanie zebrać. Obrońcy Tytułu, HaiHaiEr, Gig Gibon, PFK Kompany, GTW, PDG Kartel  - wymieniać można długo. Wreszcie można zapomnieć.

Reklama

Reprezentacja Brain Dead Familii nie pozwala się przegapić i zdołała nakręcić oczekiwania. Działa na Ziemi, nie w Świecie Dysku, nic zatem dziwnego, że dłuższy czas nic nie trzyma się u niej wyłącznie na Słoniu. Ojciec założyciel pozostaje gwarantem zamieszania oraz wyświetleń, niemniej Opał i Floral Bugs wyrośli na ekstraklasowych, autonomicznych zawodników, a w kolejnym szeregu widać następców z predyspozycjami ku temu. Tym bardziej szkoda, że wraz z końcem 2022 BDF skazane jest (przynajmniej w momencie pisania tych słów) na co najwyżej korespondencyjną rywalizację ze Step Armią. To bez sensu i to nie tylko dlatego, że Intruz, Dedis i Dawid Obserwator to nie jest banda przewiezionych egocentryków pokroju Żabsona, Reto i Kizo. Trzecia część "Rapu Najlepszej Marki" ponad zwarte szeregi Step Records stawia bowiem formułę bardziej otwartej kompilacji. Na tyle otwartej, że Floral Bugs też się na niej znalazł.

Żadnej recenzji porównawczej nie będzie, to jasne, skoncentrujemy się zatem na "BDF Represent". Skoro ryba psuje się od głowy, to sześciogłowy potwór BDF mógłby psuć się od Słonia. Tylko proszę nie sugerować tak nawet szeptem, bo szef jest w życiowej formie. W "Chamber" na celujący zdaje egzamin z popkultury, w "Sierści" sprawność narracji wyciąga wszystko z likantropicznej kliszy, natomiast w "Sekcie" facet rapuje tak szybko, gęsto i ostro, że nawet nie zauważa się, że przez osiem pierwszych (w sumie 32!) wersów leci bez bębna.

Tu chodzi zresztą o jakość nie ilość, gdyż w "Posse Cut" do ukradzenia kolegom kawałka wystarczą mu dwie linie - "jestem etyczny jak anal z babcią na mogile dziadka" i "nawet jakbym był kadłubkiem, to byś, k****a, jadł mi z ręki". Komuś właśnie zrobiło się niedobrze, ktoś przestał czytać, ale to właśnie esencja. Od razu czuć chorą wyobraźnię, popaprane poczucie humoru i prawdziwie hiphopową bezczelność. W zamykającym "Jihadzie" dochodzi jeszcze składna, napisana dwoma zwrotkami biografia własna "dziecka metalu i rapu", a przy okazji portfolio Brain Dead Familii.

Najbardziej bałem się o Opała, który na albumie z Gibbsem postanowił zostać na scenie drugim Sariusem, a do tego pierwszym grafomanem. I rzeczywiście w "Ćmach" jest ta cała emfaza i jękliwość, "światła krzyczą", a "dawka wiatru" usypia. Poza tym jednak jest bardzo dobrze. Solowi "OPcy" to słodkie dobrze zbilansowane z ostrym, "Chamber" przynosi popis umiejętności, przemyślane i nieszablonowe punchlines. Na dowód formy zacytuję jeszcze inny kawałek, "Posse Cut": "Gra się sama przeszła, przez nas przejść, to jak przez sześcian". Nawiązanie oczywiście do kultowego "Cube".

Niby leciutkim, lecz jednak rozczarowaniem okazuje się z kolei Floral Bugs i Profesor Smok. Bugs jest stylowy, umie bardzo zgrabnie przyspieszyć, barwowo wpasować się głosem w podkład, poprzekładać rymy i na staroszkolną modłę uczepić jednej końcówki, spleść głoski. Wydaje się też przepracowany, wypisany zwłaszcza w obrębie mrocznej, horrorcore'owej konwencji. Jego podejście do rapowania na tej płycie jest bardzo sportowe, a szaleństwo - chłodne i racjonalne. Smok z kolei potrzebuje przestrzeni, żeby rozwinąć skrzydła czy też roztoczyć wizję. O ile wśród kolegów przepada, to solowe, traktujące o niemożliwości samounicestwienia się, mizantropijne "Z pamiętnika nieśmiertelnego" zapewnia pełnię satysfakcji. Na zachętę wers "Cyjanek już żarłem jak rozwódki lody przy Netflixie".

Świetnie sprawdza się BDF-owa młodzież. Tajemniczy Kodein brzmi jak młody Fokus po długim stażu u holenderskiego Dope D.O.D i to zdecydowanie komplement. Nie przyszedł tu na jeden sezon, oj nie. Mati Ważny błyszczy szczególnie jasno i szczerze mówiąc trudno wyobrazić sobie nową edycję Młodych Wilków (branżowego konkursu dla rapowych talentów) bez niego na podkładzie. Chłopak myśli szybko i cholernie błyskotliwie, jest charyzmatyczny.

Gdy pod koniec pierwszej zwrotki solowego "GAMBOLa" położył "Yo, sprawdź to, gram w to tak jak Los Blancos /i nie liczę tu na los z Lotto / mój los to jak King Los, robić dym większy niż Big Smoke w Los Santos", zapachniało Big Punem, najlepiej zarapujcie sobie sami pod nosem te wersy, żeby poczuć ten stukot sylab i współbrzmienia. Kiedy we "Freak Show" pocisnął "Gdybym miał tu nawinąć jak ty, wpisałbym: Głupia c**a type beat", to zostawił z wrażeniem, że w ogniu walki to byłby gwóźdź do trumny niejednego battle MC. Mati do tego jest bardzo barwny i nieobliczalny, lata na desce nad pijanym starym, kreśli portret komiksowego Magneto z wypłukanym magnesem. Jednym słowem - kozak.

Dobrym pomysłem okazało się oddanie jednej produkcji w zagraniczne ręce Chubeatsa. Zszywa muzycznie tego Frankensteina i choć ma swój styl, to robi rzeczy zróżnicowane. Elektroniczna apokalipsa na mocnych bębnach w "Posse cut" to niezła wizytówka, ale jest też przecież hiphopowe, Muggsowe "Z pamiętnika...", Ennio Morricone na trapowych bębnach w "Sierści", psychodelia, paranoja i kosmos w "OPcych", wobblujący "Panzerfaust", drillujący "Monster", lo-fi boom bap "Biggiego". Żadnych błędów, podkłady krojone według potrzeb bez wrażenia kolejnego dnia w biurze.

Słowo "bezawaryjna" można śmiało przylepiać całej płycie. "BDF Represent" jest... w porządku. A że to w kontekście tych twórców trochę tak, jak koleś mówiący odpicowanej na wyjście lasce, że wygląda ładnie? Cóż, komplement byłby pewno mocniejszy, gdyby suma poszczególnych talentów w ekipie nie była większa niż wskazują na to wspólne numery. To na nie czekano najbardziej, słuchacz zostaje zaś z wrażeniem, że im więcej raperów w kawałku, tym jego impet mniejszy. I najmniej jest do powiedzenia właśnie o tych teoretycznie ekscytujących "zbiorówkach", poza suchym meldunkiem, że misję wykonano czy zadanie ukończono.

Nie znam historii tego wydawnictwa, ale przypomina się "Hotel Maffija", rzecz, którą można lubić albo i nie, za to od pierwszego numeru niepospolitego ruszenia SBM Labelu słychać, że jest to praca kolektywna. No to "BDF" brzmi jakby zwrotki nadsyłano z całej Polski w różnych terminach. Słoń ma pod ręką sporo dobrej jakości materiałów wybuchowych, ale nad ich proporcją trzeba popracować. Wybuchło, zgoda, tylko nie wiem, czy to długość lontu, czy suchość prochu, w każdym razie zostaje się z wrażeniem, że ten rapowy terroryzm powinien pociągnąć za sobą więcej ofiar. Brak efektu "wow" to zarzut przy takiej konwencji poważny.

Brain Dead Familia "BDF Represent", BDF

7/10

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama