Sprawa z "Deuterium" i Blindead 23 - projektu będącego kontynuacją legendarnego Blindead - jest nieco skomplikowana. Chociaż "Deuterium" to trzecia pozycja w dyskografii grupy - po mini-albumie "Vanishing" i singlu "Disposed" - w rzeczywistości nagrana została jako pierwsza. Dopieszczanie krążka trwało aż 3 lata, a w międzyczasie w celach dystrybucyjnych Blindead 23 podpisali kontrakt z legendarną wytwórnią Peaceville Records, będąc w tym samym czasie związani z Mystic Records. Fanom metalowego grania Peaceville Records przedstawiać raczej nie trzeba, ale z dziennikarskiego obowiązku przypominam, że w szeregach tej wytwórni swoje płyty wydają m.in. Darkthrone, Katatonia, Paradise Lost czy Mayhem. De facto "Deuterium" jest jednak debiutem grupy - szczególnie na arenie międzynarodowej.
Nie lubię określenia "dobre jak na Polskę", bo uruchamia wszelkie możliwe kompleksy, jakie mamy jako naród i stawia błyskawicznie rodzimych twórców w kategorii dużo niższej aniżeli reprezentantów innych narodowości. "Deuterium" nie jest albumem dobrym jak na Polskę - to kawał świetnego metalowego, progresywnego grania, które z pewnością dzięki jakości kompozycji, pomysłowi na brzmienie predysponuje muzyków w każdy możliwy sposób do kariery międzynarodowej.
Ogromną - może nawet największą - zaletą "Deuterium" jest filmowa natura krążka. Tę zawdzięczamy przede wszystkim Mateuszowi "Havokowi" Śmierzchalskiemu - głównemu gitarzyście i kompozytorowi Blindead 23 - który od strony koncepcyjnej wyrysował historię opartą na doświadczeniach ze swojego życia. Aktywnie w tworzenie muzyki był zaangażowany również Paweł "Pavulon" Jaroszewicz, stojący za perkusją. Tekstowo historię obrobili odpowiedzialni za wokale Patryk Zwoliński - niegdyś wokalista Blindead - oraz szwedzki nabytek zespołu, Roger Öjersson, przez pewien czas związany z Pain of Salvation i Katatonią, który przy okazji jest drugą gitarą w grupie.
Blindead 23 postarali się, aby krążek snuł swoją opowieść i aby każdy element dzieła wspomagał narrację. Aktów jednak można dopatrzeć się czterech, nie zaś trzech, jak nakazuje scenopisarska praktyka.
Rozpoczynamy więc "Immersion I" i "Immersion II", które nakreślają ciężar wewnętrznego życia, z jakim zmaga się bohater, sugerują walkę z przeszłością, traumą, może nawet depresją i dążenie do autodestrukcji. Przechodzimy przez moment przekroczenia linii, rozpadu dotychczasowego porządku rzeczy, które nakazuje bohaterowi wziąć w końcu sprawy we własne ręce ("Wither"), owocujący jednak przede wszystkim skazanymi na porażkę próbami ucieczki ("Worst Laid Plans").
W tytułowym "Deuterium" słychać wykończenie narratora, jego wolę walki, odmowę poddania się "utonięciu" - przypominam w końcu, że deuter to tzw. "ciężka woda". "Towards the Dark" to natomiast próba zrozumienia, że kluczem do odnalezienia spokoju jest zaakceptowanie mroku w sobie, kiedy kończące krążek "You Are The Universe" jest wręcz buddyjsko-taoistyczne w swoim wychodzeniu poza ego.
Już samo rozbicie tej historii tworzy bardzo ciekawy przebieg, ale należy pamiętać, że to album muzyczny. I tu zawodów również nie ma. Nastroje zmieniają się niemal co chwilę, świetnie obrazując dążenie do autodestrukcji narratora - rzadko można trafić na płytę, która tak dobrze spina warstwę tekstową z muzyczną.
Przechodzimy więc od momentów wyciszenia, przez partie śpiewane czysto po totalną agresję i destrukcję. Od momentów ciężkich, twardo osadzanych wokali Patryka Zwolińskiego po dużo bardziej liryczne, melancholijne podejście Rogera Öjerssona. Szwed - szczególnie w napisanych przez siebie "Wither" i "Towards The Dark" - wprowadza również więcej powietrza niż czyni to zwykle stawiający na duszność oraz intensywność Havoc. Ale koniec końców wszystko jest spięte jednym kierunkiem, który działa najlepiej całościowo.
"Deuterium" jawi się więc jako płyta pełna kontrastów - pozwala utrzymywać słuchacza w nieustannym zainteresowaniu, choć osadzonego bez kontekstu narracyjnego może narażać odbiorcę na przebodźcowanie. A prawda jest taka, że wystarczy puścić sobie utwór rozpoczynający płytę - "Immersion I" - i dzięki temu można już stwierdzić, czy naprawdę jesteśmy gotowi na to, co czeka nas na "Deuterium". Odkrywanie kolejnych warstw tego, co właściwie się tam dzieje, przechodzenie między fragmentami bywa niezwykle satysfakcjonujące i nie ukrywam, że kupuję to w pełni.
Nie mogę nie poświęcić słowa temu, co w warstwie muzycznej dzieje się w wieńczącym płytę "You Are The Universe". To niesamowicie emocjonalna i na swój sposób epicka kompozycja oparta na powtarzalnym, ale niezwykle zgrabnie napisanym, bardzo nastrojowym riffie. Kiedy dążąca w kierunku naturalnego "wywyższenia duchowego" kompozycja - kierowana oczywiście warstwą narracyjną - w końcu rozbija budowane napięcie, trafia na absolutnie piękną partię fortepianu, o którą prędzej posądzilibyśmy twórców post-klasycznych aniżeli metalową grupę niestroniącą od nisko osadzonych, piekielnie przesterowanych gitar i growlów.
Więc tak, "Deuterium" to z pewnością album, do którego będę wracał i który będę wspominał niesamowicie miło. Miejscami czuć, że to rzecz, która w prostej linii wywodzi się od "Affliction XXIX II MXMVI" i "Absence", ale brzmieniowo i pod kątem dojrzałości muzycznej to z pewnością sus wyżej. Pozostaje mi tylko wierzyć, że faktycznie kontrakt z Peaceville Records przełoży się na większą rozpoznawalność, a tym samym zwiększenie skali działania grupy. Zasługują na to.
Blindead 23, "Deuterium", Mystic Production
9/10










