Skoro już wstęp o czekaniu mamy za sobą, warto zadać pytanie: co się zmieniło w porównaniu z "Kundlem" z 2020 roku? Przede wszystkim już na poziomie tytułu, który jest cytatem młodszego syna muzyka, wiemy, że "Chciałbym urodzić się żeby latałem" jest dla Artura Rojka wyjątkowo osobistym albumem. Za teksty na poprzednim krążku odpowiadał Radek Łukasiewicz - tu natomiast były muzyk Myslovitz oraz Lenny Valentino ponownie osobiście sięgnął po pióro, wspierany w nielicznych przypadkach przez Darię ze Śląska oraz Korteza.
To czuć już od rozpoczynającego płytę "Gruby, mały", otwiera się w nowym oknie - zanurzonej w melancholii kompozycji, w której wokalista z wolna snuje się drżącym głosem, by śpiewać o traumatycznych doświadczeniach z dzieciństwa, które zostają w głowie na całe życie. Powiedziałbym, że mimo otwarcia, płyta rzadko wędruje w tak depresyjne momenty - w końcu zwrotka w "Yetim" rozpoczyna się słowami: "Tyle szczęścia i nie wiem, skąd ten smutek się bierze". Artysta stara się tu osiągnąć zaskakujący balans. Stąd też nieco miejsca zostało poświęconego miłości, próbom godzenia się z życiem i zwalczania kompleksów, relacjom oraz wychowaniu dzieci.
Artur Rojek jako tekściarz nie pisze w sposób skomplikowany, stroni od labiryntów skojarzeń, które mogą zgubić słuchacza. Jego siła tkwi w tym, że potrafi czasem rzucić obrazem, który pozostaje przy słuchaczu dłużej, jak choćby: "Mówiłem ci to już, jak bałem się być ojcem / Próbując znaleźć wzór w melodiach z płyt" w "Mówiłem ci to już", "Zatańczmy teraz tak, jak wtedy / Gdy z przejęcia nadepnąłem cię / Już zawsze będzie ślad" z "Judo" albo "Park wiosną - za rękę szli / Nie zapomnę ich / Tak samo chcę z tobą iść".
To sztuka pisania w sposób może i mało efektowny, ale bardzo zgrabny, szczególnie że w dużej mierze skupiony na melodii samego słowa. Co więcej, pozwala ona działać już szerzej i intensywniej emocjonalnie w głowie słuchacza - i jest to rzecz, którą potrafi opanować niewielu, za co należą się brawa.
Należy pochylić się również nad muzyką, za której fundament obok Artura Rojka odpowiada Olek Świerkot, kojarzony głównie ze współpracy z Kortezem czy Kaśką Sochacką. Wspiera ich Zbigniew Preisner - wielokrotnie nagradzana legenda muzyki filmowej, pamiętana chociażby z oryginalnych ścieżek dźwiękowych do "Trzech kolorów" Krzysztofa Kieślowskiego. Kompozytor odpowiada za orkiestrację muzyki, bo musicie wiedzieć, że jest jej tu całkiem sporo.
Biorąc pod uwagę muzyczne zajawki Artura Rojka, możecie w oczywisty sposób pomyśleć tu o Jonnym Greenwoodzie i jego przemycaniu orkiestralnych brzmień do "A Moon Shaped Pool" Radiohead. Zaskoczę was, ale to totalne pudło. Greenwood kieruje się ku dekonstruowaniu roli orkiestry w muzyce, wykazując silne inspiracje sonoryzmem Krzysztofa Pendereckiego - skupia się na teksturze, brzmieniu. Zbigniew Preisner to podejście dużo bardziej tradycyjne i harmoniczne. I tutaj z miejsca muszę pochwalić Piotra Przedborę odpowiadającego za miks i mastering utworów na płycie, bo to dzięki jego wkładowi można docenić to, jak doskonale brzmi "Chciałbym urodzić się żeby latałem". Przy pierwszym kontakcie można totalnie nie zdawać sobie sprawy z tego, na jak wielu planach rozgrywają się tu kompozycje, ale uważne wsłuchanie się na odpowiednim sprzęcie pozwala docenić genialne rozplanowanie przestrzeni.
Nad muzyką unosi się sporo melancholii, ale też słońca i powietrza, jakby podkreślając tę dwoistość, którą serwuje tekstowo Artur Rojek. Instrumenty zamiast konkurować, korespondują. I nabieram podejrzenia, że nie jest to wypadek przy pracy, gdy słyszę takie "Mirafiori" - tu faktycznie dzięki surfującej gitarze w tle i orkiestracji budzącej skojarzenia z "Pet Sounds" Beach Boysów słychać wspomnienia z wakacji sprzed lat. Albo kiedy do moich uszu trafia utrzymane w duchu tradycyjnego popu "Mówiłem ci to już", w którym to muzyka nabiera największego kolorytu dopiero wtedy, gdy nie musi oddawać przestrzeni gospodarzowi krążka. Swoją drogą, odpalcie sobie tę piosenkę i odpowiedzcie sobie, czy podobnie jak ja nie usłyszelibyście w tych momentach najchętniej Zbigniewa Wodeckiego?
"Judo" brzmi, jakby disco zrodziło się nad Bałtykiem, a nie w Stanach Zjednoczonych, i nabrało całej skali szarości, którą nasze morze w sobie zawiera. "Sophia Loren Słupnej Park" to spoglądanie w poruszające się po niebie chmury skompresowane do formy muzycznej. Nawet oparta na łkającym fortepianie "Nauka tęsknoty", otwiera się w nowym oknie z Kortezem, skupiona na relacji z dziećmi, ma w sobie nutę nadziei i optymizmu. Właśnie przez takie momenty jestem bardzo zaskoczony, jak wiele kolorów znajduje się na "Chciałbym urodzić się żeby latałem" i jak bardzo to, co spotyka słuchacza, odbiega od tego, czego można spodziewać się przy takim otwarciu płyty jak "Gruby, mały".
Jeżeli czuję po tych niemal 40 minutach lekki niedosyt, to najlepszy znak, że warto było czekać 6 lat na tę płytę.
Artur Rojek, "Chciałbym urodzić się żeby latałem", Pur Pur
8/10










