Zespół Ampacity nigdy wprawdzie nie stał u progu mainstreamowego sukcesu, ale kiedy ukazał się jego debiutancki album ("Encounter One" z 2013 roku), zewsząd napływały głosy zachwytu i wróżby rychłego zwielokrotnienia liczby odbiorców. Przypieczętowane chociażby występem na OFF Festivalu. Dwa lata później ukazał się album "Superluminal" i znowu wydawało się, że trójmiejski zespół na tyle skutecznie rozpycha się pomiędzy tymi odmianami rocka, które dookreślają przymiotniki "psychodeliczny" i "progresywny", czy nawet "stoner" i "space", że tam, gdzie o tego rodzaju muzyce rozmawia się, będzie o nim tylko głośniej.
Na kolejny album trzeba było jednak poczekać osiem lat. Niby nie aż tak długo, My Bloody Valentine ma za sobą dwudziestoletnią przerwę wydawniczą, a The Stooges prawie trzydziestopięcioletnią, ale to właśnie w tym czasie streaming prześcignął sprzedaż fizycznych nośników, zakres wykorzystania algorytmów wzrósł, a najlepszą formą promocji stały się krótkie filmiki. "IV" z 2023 roku i tegoroczny "Cosmic Indifference" ukazały się w innej rzeczywistości, ale - zgodnie z tytułem tego drugiego - nie ma to żadnego znaczenia. Nie tylko dla kosmosu, również dla muzyki, która zamiast iść na kompromis z nowymi standardami, jeszcze bardziej się zradykalizowała w całym tym swoim kosmicznym, instrumentalnym locie w nieznane na pokładzie pojazdu z progresywnym napędem.
"Podróż w nieznane" to chwytliwe, ale dzisiaj często nadużywane hasełko. Dawniej uchodziło za credo prog rocka, teraz poszukiwanie nowego zostało zastąpione szlifowaniem ściśle dookreślonej konwencji. Po szokujących w swoich czasach albumach "In the Court of the Crimson King" King Crimson albo "Animals" Pink Floyd, dzisiaj częściej ometkowuje się tą etykietą potomstwo Porcupine Tree. Melancholijne, rozemocjonowane, art rockowe projekty pokroju Leprous albo Haken. Ampacity pod żadnym względem nie wpisuje się w nurt "smooth progressive" i właściwie trudno wskazać na inny współczesny zespół, który "odgatunkowałby się" z podobną skutecznością przy zachowaniu cech charakterystycznych dla muzyki, z której się wywodzi.
"Blues" z tytułu otwierającego album "Cosmic Indifference Blues" to zdecydowanie bardziej ten spod znaku Black Sabbath niż B.B. Kinga, ale niekoniecznie w najbardziej przebojowym wydaniu ekipy z Birmingham. Zamiast pobudzającego, motorycznego riffu z "Paranoid", są tutaj wolniejsze tempo i silnie kontrastujący z pozostałymi instrumentami syntezator, jak w "Who Are You?", a także kompromis pomiędzy bardziej złożonymi partiami i elementami powtarzanymi, które głębiej zapadają w pamięć, jak w być może najbardziej progresywnym w dorobku protoplastów metalu z okresu z Ozzym za mikrofonem "Megalomania". Osiągnąć taki efekt można było wyłącznie na drodze licznych zmian - dynamicznych, tempa, rytmicznych, melodyjnych.
Zdarzają się zespoły, które wydają się grać w kółko jeden utwór, Ampacity gra z kolei kilka utworów w trakcie jednego. Ta formuła obejmuje z grubsza cały album, ale jest na tyle otwarta, że nie stanowi właściwie żadnego opisu jego zawartości. "Symetriada" z początku zdaje się czerpać z łagodnej aury zbliżonej do The Doors (głównie za sprawą brzmienia klawiszy Marka Kosteckiego), ale gitarowe solo Piotra Paciorkowskiego więcej ma wspólnego z Davem Brockiem z Hawkwind niż z Robbym Kriegerem. Kiedy jednak wchodzi, dominując nad całym tłem akustycznym, nie zmienia aury całkowicie. Ten pierwotny utwór cały czas jest na drugim planie, w rezultacie czego powstaje niecodzienne zderzenie nastrojów. Do niczego jednak przyzwyczajać się tutaj nie można i już chwilę później obroty zostają podwyższone.
Ampacity jeszcze wyraźniej grawituje ku pionierom space rocka z Hawkwind (jak na zespół, który powstał jako ich cover band przystało), ale to też, oczywiście, długo nie trwa. Przed dotarciem do końca dochodzi do jeszcze kilku mniejszych wolt. Lista dodatkowych składników formujących to brzmienie jest długa. Surowość i hałaśliwość garażowego rocka (największa różnica w stosunku do wcześniejszych albumów), elektroniczny astro-noise, post-punkowa gęstość gitary basowej Wojciecha Lackiego, wbijający się w uszy jak szpila szum perkusji Sebastiana Sawicza, której talerze niemal w ogóle nie milkną, a nawet riff dorównujący ciężkością na przykład Blindead (początki utworów "Phantomatics" i "So, It Feels Like Misunderstanding When" wykazują pewne podobieństwa) - zastosowanie żadnego z nich nie jest może rewolucyjne czy przynajmniej zaskakujące, ale intrygują nie tyle każdy z osobna, co wzajemnymi relacjami i splotem różnorakich pomysłów, które mają tyle czasu na rozwinięcie się, ile tylko muzyka potrzebuje.
Ampacity to ciekawy przypadek zespołu, który choć współczesny, wydaje się istnieć w przeszłości (sięgającej mniej więcej do końcówki lat 70. XX wieku), ale nie daje się w niej zamknąć, tylko dopisuje własny ciąg dalszy. Można wręcz odnieść wrażenie, że ci czterej muzycy zdążyli już zapomnieć, co grały te wszystkie wielkie kapele, do których są porównywani, a w podobne rewiry kierują się na bazie śladowych, niedokładnych wspomnień. Przypomina to pierwsze próby odtworzenia jazzu przez Europejczyków, którzy nie mogli wrócić na Stary Kontynent z nutami, bo takie nie istniały, a tym bardziej z nagraniami, bo takiej technologii jeszcze nie było, więc grali z pamięci coś niby podobnego, ale swojego. Ampacity gra te wszystkie progresywne, psychodeliczne, kosmiczne koncepcje sprzed lat według własnego widzimisię, dowodząc, że w przypadku muzyki czas nie jest linią ciągłą, a retrofuturyzm może mieć jeszcze wiele oblicz.
7/10











