Reklama

Redakcja Rozrywki poleca

Tomasz Zeliszewski (Budka Suflera): Muzycy posługują się argumentami muzycznymi [WYWIAD]

Tomasz Zeliszewski jest perkusistą i menedżerem grupy Budka Suflera /Bartosz Krupa/Dzień Dobry TVN /East News

Reklama

Światło dzienne ujrzała kolejna płyta Budki Suflera - "Skaza". To zarazem pierwszy album wydany w nowym składzie, do którego dołączyła para wokalistów: Jacek Kawalec i Irena Michalska. W wywiadzie z Tomaszem Zeliszewskim porozmawialiśmy o zmianach w zespole, podejściu do młodego muzycznego pokolenia i pamięci o Romualdzie Lipce.

Oliwia Kopcik, Interia: Jak w ogóle doszło do tego, że Jacek Kawalec pojawił się w Budce Suflera w roli wokalisty? 

Tomasz Zeliszewski: - Bardzo prozaicznie. Dużo nagrywamy nowych rzeczy, bo Budka jest zespołem kreatywnym, a główny kompozytor - Romek Lipko, niestety już nieżyjący - zostawił nam dużo piosenek, więc często robiliśmy próby, muzykowaliśmy. Któregoś dnia nasz gitarzysta, Piotrek Bogutyn powiedział, że brał udział w projekcie z facetem, który naprawdę ma papiery na śpiewanie, który dobrze brzmi i emisyjnie, jeśli chodzi o zasięg, to jest niezwykły. Od razu zadzwoniłem i zaprosiłem go na spotkanie. Jemu też się to podobało, weszliśmy do sali prób, potem do studia i zaczęliśmy nagrywać razem.  

Reklama

Ta decyzja wywołała spore kontrowersje... 

- Ale to już zupełnie coś innego. Muzycy posługują się argumentami muzycznymi. To jest dla nas najważniejsze. Zresztą my jesteśmy już starszymi panami i chcemy jeszcze grać koncerty i nagrywać utwory , bo mamy piosenki, które bardzo chcielibyśmy zaprezentować szerszej publiczności. Myślę, że to jest podejście zrozumiałe dla tych, którzy znają nas od prawie pół wieku z powodu muzyki.  

Mamy też na wokalu Irenę Michalską. To chęć powrotu do czasów, gdy w Budce śpiewały Urszula i Izabela Trojanowska? 

- To znowu są argumenty artystyczne i też ukłon w kierunku słuchacza, bo przecież dla niego gramy. Nasza historia również zawiera repertuar dla pań - jedna, ale ważna płyta, którą stworzyliśmy i nagraliśmy dla Izabeli, cztery płyty, które nagraliśmy dla Ulki... I nadal mamy piosenki, które absolutnie powinna śpiewać kobieta, bo to są piosenki w swojej estetyce damskie. Izabela i Ulka to istotne elementy historii popkultury muzycznej, której częścią też my jesteśmy, więc to chyba dobrze, że nie rezygnujemy z tego, nie oddajemy tych piosenek albo nie chowamy ich do szuflady.  

Irena to jest przecież dokładny klon historii z Ulą i z Izabelą. Jak poznaliśmy się z Izą, ona miała 18 lat, Ulka podobnie... To młoda, utalentowana, bardzo muzykalna osoba. Nagrywa z nami piosenki, które absolutnie nie nadają się do tego, żeby śpiewał je facet. Poza tym, jak wychodzimy na scenę, to nam samym paszcza się śmieje, ludzie są zachwyceni, bo dzięki Irence możemy zagrać "Luz, blues", "Dmuchawce, latawce, wiatr", "Wszystko, czego dziś chcę", "Jestem Twoim grzechem" i tak dalej, czyli te największe hity, które kiedyś nagraliśmy dla Izy i Ulki. Ale niedługo Irena będzie miała ma już też swój repertuar. 

Trzecim wokalistą jest Robert Żarczyński, który jest w Budce już od 2019 roku. Skąd ten pomysł, żeby postawić na aż trzyosobowy wokal? Kawalec jest od utworów bardziej rockowych, Żarczyński od spokojniejszych i Irena od tych kobiecych? 

- Jeżeli tak pani to widzi, to nawet możemy się z tym zgodzić. Pani jest młodą osobą i pewnie tego nie pamięta, ale ja świetnie pamiętam kapele z przełomu lat 60. i 70., typu Czerwono-Czarni, Niebiesko-Czarni czy Bizony, gdzie było kilku wokalistów i nikt się tym nie przejmował. Było miejsce na scenie i dla Wojtka Kordy i jego późniejszej żony, Ady Rusowicz, i dla Czesława Niemena, i dla Stana Borysa... Nikogo tego typu koncepcja artystyczna nie dziwiła, jeżeli chodzi o muzykę rockową.

Są piosenki, w których Robert jest znakomity, są utwory, dzisiaj wręcz pomnikowe, które świetnie śpiewał Krzysiek Cugowski, którym teraz absolutnie daje radę Jacek. To też był ważny element tej współpracy, że wychodząc na scenę z Jackiem, możemy wykonywać "Cień wielkiej góry", "Jest taki samotny dom", "Szalonego konia" albo "Pieśń niepokorną". Jacek to wykona. Oczywiście nie jest Krzysztofem Cugowskim, tylko Jackiem Kawalcem, i byłoby wręcz niewłaściwie, gdyby go próbował naśladować, ale utwory nie mają takiego uwarunkowania, że może je śpiewać tylko jedna osoba. Repertuar, o którym teraz rozmawiamy, jest trudny i bardzo wymagający dla śpiewających, naprawdę nie jest łatwo zaśpiewać utwory, z którymi znakomicie radził sobie Krzysiek Cugowski. Mówię tutaj przede wszystkim o dwóch naszych pierwszych płytach - "Cień wielkiej góry" i "Przechodniem byłem między wami". To wokalnie jest duże wyzwanie, a Jacek temu daje radę. Oczywiście każdy śpiewa po swojemu, bo nie może wejść w skórę innego wokalisty. Każdy ma swoją wyobraźnię, wrażliwość, dynamikę... Owszem, Jacek ma taką rolę między innymi, żeby unieść te trudne, pomnikowe utwory.  

Poprzednia płyta "10 lat samotności" też zawierała kompozycje Romualda Lipki, ale ona nawet była zapowiadana jako hołd dla przyjaciela. Czy teraz, grając piosenki, które zostawił, nadal czujecie jego obecność w tej muzyce?

- Grałem z nim prawie pół wieku, nagraliśmy wszystkie płyty, zagraliśmy wiele tysięcy koncertów. Podobnie jak ja, prawie wszystkie płyty, nagrał z nami Mietek Jurecki, z którym razem gramy do dzisiaj. Nie sposób zapomnieć, nie czuć obecności, nawet gdybyśmy bardzo chcieli się tego uczucia pozbyć, to to jest niemożliwe. Zrealizowaliśmy już drugą płytę, gdzie są Romka piosenki i nie jest to ostatnia płyta z jego utworami, którą zamierzamy zaprezentować. Nie można się wyzwolić od wspomnień. Każdy to widzi i czuje na swój sposób. Większa część naszych kolegów, którzy grają z nami krócej, poznała Romka - właściwie poza Ireną i Jackiem to obecny skład zespołu Budka Suflera grał z Romkiem koncerty.

Takich rzeczy się nie wymazuje z pamięci, nawet tego nikt nie próbuje zrobić. Tym bardziej, kiedy dotykamy prawie żywej materii, jaką jest piosenka, którą on napisał. Znając go tak długo, nie jest trudnym domyślić się, jak by widział kolejny utwór. Świetnie wiemy, co Romek preferował, co go złościło, co wprawiało w zachwyt. Oczywiście aranżujemy te piosenki, nagrywamy, zmierzamy do tego, żeby to była jak najlepsza jakość, żeby to było takie, jak my to czujemy teraz, ale niemożliwe jest, żeby się uwolnić zupełnie od takiego pytania, na każdym etapie twórczym, co Romek by na to powiedział. Takie myślenie musi nam towarzyszyć, ono jest naturalne i zresztą chyba... dobre. Nawet jeżeli ktoś przy tym trochę się wzruszy, zaduma czy pójdzie na chwilę gdzieś, żeby go nikt nie widział, że się lekko rozkleił. 

Pierwszym singlem było "O Tobie myślę w zimną noc", czyli odpowiedź na wojnę w Ukrainie. Myśli pan, że muzyka może być wsparciem w trudnych czasach?

- No pewnie, że tak. Jak świat światem, sztuka była, jeżeli nie bronią, to komentarzem czy pokrzepieniem dla ludzkich serc. Powieści, wiersze, muzyka... Oczywiście, że tak. Należy tylko do tego podchodzić z właściwym dystansem. To jest rodzaj manifestu, wykrzyczenia czegoś, co jest szalenie ważne. Piosenki nie strzelają do nikogo, nie zabijają, nie ranią. Czasem mogą dodawać otuchy, czasem mogą być pokrzepieniem, kiedy wydaje się już, że nie ma żadnej nadziei.

W tytułowej piosence słyszymy z kolei "Wiem, jest taka skaza w nas / I każdy tu chce / Zostawić swój ślad". Stąd tytuł całej płyty? Że to ma być coś, co zostanie po Budce Suflera?

- Większość tekstów napisał Bogdan Olewicz, autor bardzo znany i znamienity. Słowa, które pani zacytowała są szalenie wyraziste i zrozumiałe. Tacy jesteśmy i tak to dostrzega poeta. Cała płyta ma tytuł zaczerpnięty z tej piosenki i możemy to rozumieć, jak chcemy. Licentia poetica.

Kilka miesięcy temu sanah wykonała wielki przebój Budki “Jolka, Jolka". Myśleli kiedyś panowie o tym, żeby współpracować z kimś z tego “znanego, młodego pokolenia"?

- Młode pokolenie świetnie sobie radzi samodzielnie, możemy im tylko pogratulować siły przebicia, talentu i popularności. To jest ich czas. Myślę, że taka współpraca nie jest im i nam, ani potrzebna, ani konieczna. Młodzi artyści, czy to Dawid Podsiadło, czy Zuzanna [sanah - przyp. red.], czy Krzysiek Zalewski wypracowali swoją estetykę. To są utalentowani wykonawcy, po części również twórcy. Oczywiście jeśli ktoś miałby pomysł artystyczny i doszedł do wniosku, że właściwym elementem byłby udział takich muzyków, jak Budka Suflera, to z radością byśmy się do tego zapisali i spróbowali temu podołać. Ale to już nie o to chodzi, żeby szukać słuchacza czy popularności w tego typu relacjach. My powinniśmy nadal zdobywać słuchacza, grając po prostu dobrą, świetnie wykonaną muzykę.

Strasznie dużo jest na rynku takich kombinacji, które nie do końca mają prosty cel, oparty na tym, co dany artysta tworzy. Dużo jest w tym... koniunkturalizmu. Że inny artysta ma swoje pięć minut, a my jak z nim coś zagramy, to i na nas odrobinę tej chwały i popularności skapnie. Tego typu kalkulacja istniała, istnieje i będzie istnieć. Ale proszę pamiętać, że rozmawia pani z muzykantem 65+ (śmiech). Takie myślenie to już nie dzisiaj.

Jak mieliśmy po 18 czy 20 lat, to pobłogosławił, obdarzył nas pomocą i przyjaźnią największy gigant, jaki był na rynku - Czesław Niemen. Takiej sytuacji mogę życzyć wszystkim młodym artystom. On pojawił się na naszej pierwszej płycie, wspierał nas, pożyczył instrumenty i był dla nas ojcem i przyjacielem. To było coś, czego nie da się zapomnieć, wdzięczni jesteśmy do dziś. Tamtej sytuacji, sprzed ponad 40 lat, nie towarzyszyła żadna kalkulacja komercyjna. Po prostu wielki gwiazdor przyszedł, posłuchał i podjął decyzję, że tym młodym ludziom chce pomóc. Dzisiaj nie bardzo sobie takie coś wyobrażam, bo tym wszystkim współpracom ta kalkulacja jednak towarzyszy. Nie krytykuję tego, bo taka jest rzeczywistość, tylko bądźmy szczerzy, że tak to się nazywa (śmiech).

Pytam dlatego, że te nowe wersje starych utworów są jednak dobrym sposobem na to, żeby młodzież poznała muzykę sprzed kilkudziesięciu lat. I widać trend, że coraz częściej takie nagrania się pojawiają.

- Jeżeli temu to ma służyć, to znakomicie. Jeżeli młody artysta nagrywa wielki hicior sprzed 50 czy 70 lat, to wspaniale. Zazwyczaj nagrywa to, bo mu się po prostu podoba. To jest bardzo pozytywne, jeżeli ma taką motywację. No i są to zwykle świetne utwory.

To jeszcze żeby podsumować - czego fani mogą spodziewać się na koncertach? Trochę nowej płyty, a trochę kultowych przebojów?

- Gramy na koncertach wszystkie... nie, nie wszystkie, tak to się nie da (śmiech). Wrócę do trójki wokalistów. W tym, żeby zagrać wiele przebojów z prawie pięćdziesięcioletniego okresu, pomaga nam właśnie trójka wokalistów. Koncert składa się z największych naszych przebojów i odrobiny współczesności, czyli “Skazy" i jakiegoś utworu z poprzedniej płyty “10 lat samotności". W repertuar wchodzą utwory z różnych okresów - i te, które śpiewał Krzysiek Cugowski, i te, które śpiewał Romek Czystaw, oczywiście "Jolanta" i piosenki śpiewane kiedyś przez nasze damy - Izę Trojanowską i Urszulę. Ale i te z repertuaru współczesnego Jacka, Roberta i Irenki.

Dla przypomnienia, przez wiele lat na naszą sceną koncertową wychodzili: Krzysiek, Romek Czystaw, Felek, Iza i Ulka. Można by rzec, że dzisiaj z trójką wokalistów, to propozycja oszczędnościowa...

Zobacz także:

Budka Suflera po zmianach. Kim jest Irena Michalska?

Budka Suflera: Romek nas zabezpieczył twórczo [WYWIAD]

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Tomasz Zeliszewski | Budka Suflera | wywiad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama