Reklama

Redakcja Rozrywki poleca

Raye: Ja chciałam wydać album, oni chcieli, bym pisała popowe single [WYWIAD]

Raye w lutym 2023 r. wyda swój debiutancki album "My 21st Century Blues" /Burak Cingi/Redferns /Getty Images

Reklama

Pomimo milionów słuchaczy miesięcznie na Spotify, siedmiu singli na listach TOP 20 i czterech nominacji do Brit Awards oraz piosenek napisanych dla Beyonce, Johna Legenda, Little Mix i Charli XCX, jej ówczesna wytwórnia nie zgadzała się, by wydała swój debiutancki album. Sfrustrowana ciągłymi odmowami, pochodząca z Londynu Raye wywróciła do góry nogami swoją karierę, żeby teraz ją odbudować.

W 2021 roku rozstała się z wytwórnią płytową Polydor, która miała powstrzymywać ją w wydaniu debiutanckiego albumu.

Postanowiła więc pójść na swoje. I walczyć o równe prawa w branży muzycznej, m.in. o lepsze traktowanie songwriterek i songwriterów. Sama pisała teksty dla Charli XCX, Johna Legenda czy Beyonce, współpracowała też choćby z Davidem Guettą.

Reklama

- Opinia publiczna nie wie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, i mało kto rozumie, jak działa system wynagradzania za pracę songwriterską - mówi w rozmowie z Interią brytyjska artystka Raye. Wokalistka ostatecznie wypuści płytę "My 21st Century Blues" 3 lutego.

Singel "Escapism." nagrany z gościnnym udziałem 070 Shake dotarł do 2. miejsca brytyjskiej listy przebojów. To zarazem pierwsza piosenka Raye, która znalazła się na amerykańskiej liście "Billboardu".

Anna Nicz, Interia: Twój debiutancki album będzie mieć premierę już za miesiąc. Ale nad piosenkami, które się tam znajdą, pracowałaś od dawna.

Raye: - Całe życie czekałam na ten album i nie mogę uwierzyć, że premiera jest tak blisko. Jestem bardzo, bardzo podekscytowana. Jestem teraz niezależną artystką, więc mogę publikować muzykę kiedykolwiek chcę, bez żadnych ograniczeń. Niektóre z tych piosenek istnieją już od lat, ale dotąd nie mogłam dzielić się nimi ze światem. Nie stworzyłam tego albumu w konwencjonalny sposób, nie usiadłam i nie napisałam wszystkich piosenek po kolei. Każda z nich powstawała w innym okresie, więc nie ma tu typowej ciągłości. To są historie z różnych rozdziałów mojego życia.

Rezygnacja z pracy z wytwórnią Polydor była aktem odwagi. Byłaś wtedy bardzo dzielna. Jak czułaś się, gdy zaczęłaś głośno mówić o tym, jak traktowano cię w wytwórni?

- W tamtym momencie było to bardzo trudne. Na szczęście czas leczy rany i teraz czuję się świetnie. Chciałam zakomunikować światu, jak naprawdę może wyglądać współpraca artystki z dużą wytwórnią muzyczną. Choć znam też osoby, które wydają w amerykańskich majorsach i mają zupełnie inne doświadczenia. Nigdy nie wiesz, na jakich ludzi trafisz. Niestety ja i wytwórnia mieliśmy odmienne cele. Ja chciałam wydać album, oni chcieli, bym pisała popowe single. Oni chcieli robić mnóstwo kasy, ja chciałam robić sztukę.

Teraz, gdy jesteś niezależna, jest trudniej?

- Teraz jest idealnie, tak jak być powinno. Niektóre aspekty są oczywiście trudniejsze, musisz sama zajmować się wszystkim. Ale koniec końców pozytywne strony rekompensują wszelkie minusy. Nareszcie mam kontrolę nad swoją karierą. Właśnie tego chciałam.

Wcześniej nie miałaś tej kontroli?

- Nie. Ale takie jest życie. Nie jestem zgorzkniała ani zła z tego powodu. Teraz jestem w całkowicie innym miejscu.

Muzyczne środowisko jest toksyczne? Jeśli tak, co można robić tu i teraz, by zacząć jakąkolwiek zmianę?

- Zdecydowanie jest toksyczne. Minie pewnie wiele lat, zanim coś się zmieni. Nawet z perspektywy songwriterek i songwriterów. Bardzo ważna jest dla mnie walka o ich prawa. Są bardzo źle traktowani, bo majorsi mogą sobie na to pozwalać. Opinia publiczna nie wie, co dzieje się za zamkniętymi drzwiami, i mało kto rozumie, jak działa system wynagradzania za pracę songwriterską. W tym tkwi problem. Każda piosenka na płycie składa się z setek punktów tantiemowych. Wykonawca, który ma podpisaną umowę z wytwórnią, dostaje zwykle 10-15 punktów. Producenci dostają cztery punkty. Wytwórnia zgarnia całą resztę, czyli 75, 80, 85 procent.

Autorzy nie dostają z tego nic. A to oni i one odpowiadają za słowa i melodie, które słyszą odbiorcy. Jeśli nie jest respektowana tak fundamentalna kwestia jak sprawiedliwe wynagradzanie osób, którzy tworzą muzykę, oznacza to, że mamy mnóstwo do zrobienia. A to tylko prawa songwriterów. W tej branży jest wiele więcej problemów, na wielu innych płaszczyznach. To wszystko dzieje się za kulisami...

Pocieszające jest to, że ostatecznie nieważne, ile pieniędzy zainwestujesz w kampanię - jeśli słuchaczom nie spodoba się dana piosenka - nic na to nie poradzisz. Moc jest w rękach ludzi.

To wszystko brzmi bardzo niesprawiedliwie. Podobnie jak kwoty, które artyści i artystki zarabiają z odtworzeń w serwisach streamingowych.

- Tak, to jest zawiła kwestia i trudno mówić o tym głośno i szczerze, bo artyści potrzebują Spotify i innych serwisów. Ponadto duże serwisy streamingowe zawierają współprace z wytwórniami. Dzięki streamingowi przemysł muzyczny generuje więcej pieniędzy niż kiedykolwiek wcześniej. Co jest szalone, biorąc pod uwagę, że ludzie nawet nie kupują nośników fizycznych. Oczywiście wróciła moda na winyle, ale to nie to samo co kiedyś, gdy musiałaś kupić płytę, by móc w ogóle posłuchać muzyki.

Jednak w momencie, gdy cały przemysł muzyczny zarabia więcej niż kiedykolwiek, artyści wcale więcej nie zarabiają. Cały ten system jest postawiony na głowie. Cieszę się, że staję się coraz bardziej rozpoznawalna, bo dzięki temu mogę korzystać z mojego głosu, by mówić w imieniu songwriterek i songwriterów.

Jedyne, co w tym momencie możemy, to mieć nadzieję, że kiedyś ta niesprawiedliwość się skończy. Cały świat jest zepsuty, każda branża. Powinniśmy postępować zgodnie z własnym sumieniem, tak by być częścią zmiany, którą sami chcemy widzieć w świecie. A zmiana jest możliwa.

To ważne, że o tym mówisz. Zwłaszcza, że przez pandemię wiele artystek i artystów nie mogło zarabiać. Tobie się na szczęście udało, a twoja płyta już niebawem będzie mieć premierę. Masz na niej swoje ulubione momenty?

- To bardzo zmienia się w czasie. Niektóre z tych piosenek są ze mną od lat i nadal je kocham. To też zależy od nastroju - każdy kawałek niesie ze sobą inny nastrój. W tym momencie moją ulubioną piosenką jest pewnie "Escapism.". Puszczam ją głośno w samochodzie. Opowiada o świetnym czasie, o wzmocnieniu.

Chciałabyś, żeby właśnie to czuli słuchacze i słuchaczki tej piosenki?

- Chciałabym, żeby odczuwali ośmielenie, ekscytację związaną z osiąganiem czegoś i pokonywaniem trudności. Gdy zabierzesz muzykę i zostaną same słowa, "Escapism." brzmi jak smutna piosenka. Mówi o uciekaniu przed rzeczywistością, radzeniu sobie z traumą, złamanym sercem, czymś trudnym do przepracowania. Ale potem, gdy dodasz muzykę - mocne synthy, perkusję - czujesz tę ekscytację. Lubię sprzeczności w piosenkach - słowa idą w jedną stronę, muzyka w przeciwną.

Przed tobą także trasa koncertowa w nowej dla ciebie formule. Jak się do niej przygotowujesz?

- To będzie zupełnie inna trasa niż te, które grałam do tej pory. Gdy jesteś niezależną artystką, koncertowanie jest najdroższą częścią całego przedsięwzięcia. Dopóki nie osiągniesz punktu, gdy jesteś naprawdę wielką artystką i nie musisz się już tym przejmować. Dotąd koncertowałam zbyt rzadko. Jak mam rozwijać się jako artystka, skoro daję mało koncertów?

Teraz mamy dużo planów, dużo prób. Mam zamiar zagrać jak najlepsze koncerty, na jakie mogę sobie pozwolić. Zależy mi na tym, by ludzie mogli usłyszeć moją muzykę na żywo. Odbierać ją w najlepszej z możliwych form.

INTERIA.PL
Dowiedz się więcej na temat: Raye | wywiad

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy