Reklama

Redakcja Rozrywki poleca

Gogol Bordello, Buddy Guy, Young Fathers. Czego słucha nasza redakcja?

/Ewelina Eris Wójcik /INTERIA.PL

Reklama

Większość osób pewnie myśli, że skoro duży serwis muzyczny, to interesują nas tylko duże nazwiska. Ale zapewniam, że po pracy też słuchamy muzyki i to już nie takiej, którą można usłyszeć w komercyjnym radiu. Poniżej znajdziecie po jednej płycie i jednym utworze wybranym przez każdego z naszych redaktorów i recenzentów. Mamy nadzieję, że wybierzecie coś dla siebie!

OLIWIA KOPCIK

Izzy And The Black Trees "Revolution Comes In Waves" - zespół ze stajni Anteny Krzyku. Przyznaję, że zdecydowanie bardziej wolę słyszeć na wokalu męskie głosy, a wokalistki, które lubię, mogłabym policzyć na jednej ręce i jeszcze zostałyby mi dwa palce. Ale wśród tych trzech jest Izabela "Izzy" Rekowska. Na koncercie to jest uosobiony ogień! "Revolution Comes In Waves" udowadnia, że rock (a nawet trochę punk) w Polsce żyje i ma się dobrze. "I Can’t Breathe" na bank kiedyś będzie bujało wielkimi stadionami.

RW Trio "Free Fall" - utwór z wydanej niedawno płyty "Sun". Nie jest łatwo opowiedzieć historię bez słów, ale trio złożone z Romana WróblewskiegoWeroniki Kulpy Luatiego Gonzalesa to potrafi. Do tego te wchodzące w drugiej minucie bębny, w których słyszymy hiszpańską naturę Luatiego! Będę to powtarzać do końca świata - uważam, że Roman to muzyk zupełnie nie z tej epoki. Artysta kompletny, który do swoich utworów tworzy też doskonałe teledyski, będące małymi dziełami sztuki. Sprawdźcie choćby klip do utworu "Kuba" albo starszy "Into Shadow". 

Reklama

Sprawdź utwór "Free Fall" RW Trio

MICHAŁ BOROŃ

Megadeth "The Sick, The Dying... And The Dead!" - thrash metal po czterech dekadach od pomnikowych albumów, które ustanowiły kanon gatunku, wcale nie musi nadawać się do śmieci. Dave Mustaine mimo rozlicznych problemów (rak gardła, wyrzucenie ze składu wieloletniego basisty Davida Ellefsona na ostatniej prostej i zastąpienie jego partii przez Steve'a DiGorgio z Testamentu, kilkukrotne przesuwanie premiery) przygotował wściekle chwytliwy materiał, który można postawić obok "Countdown to Extinction" sprzed 30 lat. "Generał Rudy" odpalił serię równo tnących riffów (a zarazem na tyle urozmaiconych, że przy płycie nie ziewa się z nudów) i melodyjnych partii wokalnych. Warto zwrócić też uwagę na to, co za bębnami wyprawia Dirk Verbeuren - dla Belga to dopiero studyjny debiut w Megadeth, choć u boku Mustaine'a wprawia się już od sześciu lat. Jest ogień, jest mięso, jest moc.

Gogol Bordello "Focus Coin" - gdybym miał takiego wąsa, jak Eugene Hutz, to bym się spod niego uśmiechał pełną gębą podczas słuchania takiego energetycznego numeru jak "Focus Coin". Szczególnie, że miałem okazję sprawdzić, jak ten utwór wypada w wersji koncertowej jeszcze przed premierą płyty "Solidaritine". Niech was jednak nie zwiedzie radosne "Laj laj laj laj" - w tekście mowa jest m.in. o niszczącym kłamstwie. "Czy zauważyłeś, że po prostu nie możesz się skupić? / Jeśli nie możesz się skupić, jak możesz to zauważyć?" - niezwykle celne w dzisiejszym rozedrganym świecie, atakującym informacjami w takim tempie, że nie sposób samodzielnie wszystkiego zweryfikować.

MATEUSZ KAMIŃSKI

George Michael "Older" - może nie kultowy, ale spowity wieloma legendami. Album "Older" ukazał się w 1996 roku i zawierał najdojrzalsze kompozycje George'a Michaela w całej jego karierze. Dzięki płycie artyście udało się zerwać z wizerunkiem przystojnego chłopca, którego kochały dziewczyny na całym świecie. Album zadedykował miłości swojego życia - Anselmo Feleppie, który zmarł na trzy lata przed wydaniem płyty. Muzycznie i tekstowo jest smutno, jest o stracie i bólu. Zamiast przebojowych rytmów mamy najlepszy rodzaj jazzującego, soulowego Michaela, który w tym repertuarze na zdominowanej przez dyskotekowe hity popowej scenie lat 90. nie miał sobie równych.

Nowa edycja nie zawiera nowego miksu oryginalnych ścieżek ani żadnych udziwnień - w ogóle nie różni się od płyty znanej przez ćwierć wieku. Oryginalna, limitowana winylowa edycja płyty wydana w 1996 roku osiąga zawrotne ceny. Ta reedycja to pierwsza od ponad dwudziestu lat szansa posiadania tego krążka w formacie winylowym. Aż dziw, że przez tyle lat nie był dostępny! 

Robbie Williams "Supreme (XXV)" - wydana w grudniu 2000 roku - jakoś w tej oryginalnej wersji nie mogłem Williamsowi uwierzyć. Minęły 22 lata, a Robbie wydał nową wersję ikonicznego “Supreme". Z nowym kontekstem -  z racji bagażu doświadczeń i kilkoma zmarszczkami więcej, a także starszym o dwie dekady głosem. Przez to stary numer dostał nowe, całkiem lepsze życie. Teraz mu wierzę.

IGNACY PUŚLEDZKI

Afghan Whigs "How Do You Burn?" - czy to dobry pomysł umieszczać najmocniejszy kawałek na samym początku płyty? Owszem, ale tylko jeśli jest się Gregiem Dulli i ma się tak wspaniały zestaw piosenek, jakim jest "How Do You Burn?". 9. krążek Afghanów to pokaz tego, że można po wielu latach kariery nagrywać płyty piękne i nie odbiegające poziomem od dawnych dokonań. Nazwać tę płytę "rockową", to nie powiedzieć o niej nic. Mamy tu oczywiście sporo gitar, ale fundamentem tego longplaya są także elektronika, klawisze i smyczki. No i ten głos... Jest mocarnie ("I'll Make You See God"), jest badzo spokojnie ("Please, Baby, Please"), transowo ("Jyja"), w pewnym sensie nawet tanecznie ("Catch a Colt", "Take Me There"). Przede wszystkim słychać jednak w tych piosenkach emocje i potrzebę grania, a nie kalkulowania. "How Do You Burn?" to krótki, ale jakże treściwy krążek - pokaz wspaniałego songwritingu i dobrej, wielopoziomowej aranżacji. Jestem zakochany.

Nawrocki "Dobrzy Ludzie" - kiedy BudyńSebastian Pikula wypuścili piosenkę "Dobro", pisałem gdzieś, że takich piosenek potrzebuje świat. Nie inaczej jest w przypadku nowego singla Grzegorza Nawrockiego (Kobiety), pt. "Dobrzy Ludzie". Piosenka wywołuje uśmiech na twarzy i sprawia, że zaczynamy wierzyć, iż "nie ma ludzi złych". Polecam także teledysk, zwłaszcza moment, w którym Nawrocki śpiewa, "Ale ja rozstroiłem się zupełnie i nagrobki widzę wszędzie", a na ekranach widzimy... No, to już sami sprawdźcie. Gorąco czekam na album "Moja mama ma depresję i siedem innych piosenek o miłości".

ALEKSANDRA CIEŚLIK

Buddy Guy "The Blues Don't Lie" - to 34. studyjny album tego artysty i pewna kontynuacja "The Blues Is Alive and Well". Na sklepowych półkach od 30 września. Dokładnie wtedy - 65 lat temu - Guy przybył do Chicago pociągiem z Baton Rouge. Ze sobą miał tylko gitarę. Najnowsza płyta opowiada historię jego życiowej podróży. 86-latek zaprosił do współpracy przy niej m.in. Mavis Staples i Elvisa Costello. Dźwięki sączące się z głośników jednoznacznie utwierdzają nas w przekonaniu, że Buddy wciąż jest w świetnej formie. Mogę to potwierdzić, gdyż całkiem niedawno widziałam go na scenie w jego własnym klubie Legends. Był ogień.

Wes Gałczyński & Power Train "Whiskey Woman" - po dobrych paru latach oczekiwania i wielu zapowiedziach, "że już blisko" kapela ze Stalowej Woli powróciła z nową płytą "Illegal". Wes z ekipą nie zawiedli, pozostając w klimacie brudnego blues rocka, czego doskonałym przykładem jest kawałek "Whiskey Woman". Na pierwszy plan wybija się mocny wokal Gałczyńskiego, który idealnie uzupełnia perkusja i znakomity Arkadiusz Rębisz. Ostrzegam, przy nowym taryfikatorze mandatów lepiej nie słuchać go w aucie.

ANNA NICZ

Arctic Monkeys "The Car" - od pierwszego opublikowanego w sierpniu singla, "There'd Better Be a Mirrorball", wiadomo było, że Artic Monkeys trzymają się mocno brzmienia znanego z ich poprzedniego albumu, wydanego cztery lata temu "Tranquility Base Hotel & Casino". I bardzo dobrze na tym wychodzą. Nowy album, "The Car", to loung popowe cacko, które brzmi świetnie i emanuje pewną niewymuszoną elegancją. Każdy drobny element jest tu dobrze dopasowany, zaś sam zespół pokazuje, że zamiast łatwych rozwiązań, woli rozwijać swoje brzmienie.

Weyes Blood "Grapevine" -  na 18 listopada zaplanowana jest premiera nowej płyty amerykańskiej artystki Natalie Mering, czyli Weyes Blood. Póki co można rozkoszować się świetnym, nieśpiesznym, idealnym do słuchania w podróży singlem "Grapevine". "Technologia odciąga naszą uwagę od siebie. Wszyscy mamy 'Winorośl' splecioną wokół naszej przeszłości z nierozwiązanymi ranami i bólem" - wyjaśniała znaczenie piosenki sama artystka. Z pewnością takich znaczeń, nawiązań do uniwersalnych tematów, na płycie znajdzie się znacznie więcej.

RAFAŁ SAMBORSKI

Mirt "Hiræth" - lubię się śmiać, że to prawdopodobnie ulubiony nieznany artysta twoich ulubionych znanych artystów - wiem, że jego płyty ma w swojej kolekcji chociażby Ten Typ Mes. Ba, warto dodać, że wszystkie okładki swoich krążków Mirt maluje samodzielnie! To człowiek, którego główna działalność skupia się na tworzeniu modułów do syntezatorów, co przekłada się na to, że ma pewność w tym, czego oczekuje od dźwięku i wie doskonale, jak to osiągnąć. "Hiræth" nie jest wyjątkiem w jego niszowej twórczości. Podobnie jak poprzednie płyty Mirta, to niesamowicie klimatyczny album, który z pewnością spodoba się osobom pamiętającym chociażby bardziej ambientowe momenty - skoro już wywołaliśmy jednego twórcę rapowego - solowej działalności Noona. Ujmuje słuchacza atmosferą, wielowarstwowością, przywiązaniem do detali, nietypowym podejściem do rytmiki. Podróż z muzyką Mirta nie zawsze jest podróżą łatwą, ale kiedy się jej oddamy - najlepiej o późnej porze i w samotności - potrafi być bardzo ubogacająca.

Young Fathers "I Saw" - jeszcze jakiś czas temu bałem się, że Young Fathers zwyczajnie się rozpadli. Na szczęście przerwali zdecydowanie zbyt długą ciszę twórczą, a "I Saw" zapowiadający nową płytę dostarcza absolutnie. Co więcej, zawiera w sobie wszystko, za co kocha się Młodych Ojców. Z jednej strony mamy popowy wręcz zmysł do melodii, z innej niesamowity groove, który nie pozwala stopom i głowie stać w miejscu. A przede wszystkim ten jedyny w swoim stylu kolportaż etnicznej muzyki zajumanej prawdopodobnie gdzieś z Afryki. Young Fathers doskonale radzą sobie z aranżem, budowaniem napięcia, a transowa, repetytywna końcówka to wręcz synonim katharsis.  

DAWID BARTKOWSKI

Roc Marciano & The Alchemist "The Elephant Man’s Bones" - spełnienie marzeń wszystkich tych, którzy mają dość miękkich raperów bez charyzmy przedłużających rymami swoje instagramowe życie na podkładach z internetowych paczek. (Nie)oczekiwana kooperacja Roca Marciano i The Alchemista to czysta klasyka - umiejętne połączenie nowojorskiego sznytu rapera i podkładów kalifornijskiego producenta, które są specyficznym mariażem eastcoastowego soundu z delikatnym soulowym zacięciem i alternatywnym, dość oszczędnym brzmieniem. Prawda i uliczne opowieści podane na beatach z duszą zaowocowały mrokiem "Quantum Leap", gęstością "Zig Zag Zig" i odrobiną chillu w "Stigmacie". A to tylko wycinek znakomitej całości, która idealnie sprawdza się wczesną jesienią.

Lil Yachty "Poland" - absurd goni absurd. Globalny viral, domniemana propozycja ściągnięcia rapera do Polski przez premiera. Poziom tego numeru to solidne 1 w dziesięciopunktowej skali, natomiast uderza do głowy tak samo, jak piosenka z reklamy Calgonu. Okrutna jest zaraźliwość tej kompozycji, mimo że nie dzieje się tu nic nadzwyczajnego w melodii, a całość nakręca przepełniony auto-tunem refren. Nie każda piosenka musi być przecież mądra, prawda? To trzeba w "Poland" cenić najbardziej i czekać na kolejne muzyczne memy.

PAWEŁ WALIŃSKI

Gospelheim "Ritual And Repetition" - w obrębie granka wywodzącego się z okolic Type O Negative, późnego Tiamatu, środkowego Paradise Lost czy The 69 Eyes, nie dzieje się specjalnie dużo. Ogrom cały dzieje się za to od dekady w obrębie occult rocka. Do tego stopnia, że każda wytwórnia chce mieć w swoim portfelu jakiś zespół tego nurtu, choćby nawet ów nic był niewart. Brytyjski Gospelheim żeni jedną scenę z drugą, dorzucając gdzieniegdzie wygrzewy bardziej thrashowe czy wręcz blackowe (tak, czasem są nawet blasty!). Ale nie w samym łączeniu skrajnie ogranych patentów (choć robią to naprawdę dobrze) tu cymes, ale w... naprawdę fajnych rockowych piosenkach. Dodawszy, że to ich debiut, macie nową kapelę, której dalsze ruchy zdecydowanie należy śledzić.

HOST "Tomorrow's Sky" - brakowało wam elektronicznego wcielenia Paradise Lost? W epoce za tę woltę stylistyczną i udawanie Depeche Mode na trzech płytach, fani prawie odesłali sympatycznych smutasów z Halifax w niebyt. Dwadzieścia lat po "Believe in Nothing" i ćwierć wieku od "One Second" Nick Holmes i Greg Mackintosh znów flirtują z mroczną ejtisową elektroniką, ale również z popem. Czy to wybitne? Z pewnością nie. Ale może zapełni pustkę w serduszkach tym, którym jak Holmes growluje, to się sąsiad denerwuje. Pełna płyta w lutym.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy