Reklama

Orange Warsaw 2013

Perfekcyjna pani stadionu

Pierwszy polski koncert Beyonce - zorganizowany w ramach Orange Warsaw Festival 2013 - ściągnął na Stadion Narodowy w Warszawie nieprzebrane tłumy, większe niż zjawiły się na Madonnie czy Coldplay. Niesamowity głos Beyonce niósł się po zakamarkach biało-czerwonego koszyka z wielką mocą i szkoda, że nagłośnienie stadionu nie zawsze sobie z tą mocą radziło.

Około 50 tysięcy widzów bawiło się w sobotni (25 maja) wieczór na koncercie, który rozpoczął się z małym, bo 10-minutowym poślizgiem. O 23.10 wybiegła na scenę pani Carter i już po kwadransie widzowie mieli prawo czuć się zaskoczeni. Szczególnie ci, którzy widzieli koncerty takich wokalistek, jak Madonna czy Lady Gaga.

Reklama

Beyonce - zupełnie inaczej niż koleżanki - sprezentowała swoim fanom show zaskakująco ascetyczny w formie - bez rozbudowanej scenografii, bez szpanerskich efektów wizualnych, pirotechnicznych i tak dalej (jedyny element, w którym Amerykanka sobie pofolgowała, to nieustannie zmieniane kreacje). Również choreografia, tak ważna dla Beyonce (ikoniczny układ "Single Ladies"), nie była obecna cały czas, nie wykorzystywała całej sceny, nie tworzyła fabuły i nie stanowiła kluczowego elementu widowiska.

Zespół akompaniujący Beyonce, nota bene złożony z samych kobiet, schowany był na tyłach sceny; często więc widzieliśmy samą wokalistkę oświetloną punktowym reflektorem, wokół której roztaczała się obszerna przestrzeń niczego. Stała zatem Beyonce, przyjmując jedną ze swoich perfekcyjnych póz, i dzieliła się z publicznością swoim perfekcyjnym wokalem.

Powtarzam to określenie nie bez powodu i zarazem bez ironii, jest bowiem w Beyonce ten pierwiastek ideału - zarówno w wizerunku, jak i w ruchach czy wreszcie w śpiewaniu. Idealnie stawia Beyonce kroki (jej chód to osobne arcydzieło) i idealnie stawia nuty.

Świadoma swoich atutów, lubi chwilę postać w świetle reflektora po zakończeniu piosenki i upajać się hałasem aplauzu.

A jeśli już przy hałasie jesteśmy... Nie od dziś wiadomo, że akustyka Stadionu Narodowego nie jest, nomen omen, doskonała, o czym mieliśmy już okazję przekonać się podczas poprzednich koncertów. Ponadto zasunięty w sobotę dach stadionu raczej nie przysłużył się muzycznym doznaniom.

Przy głośniejszym graniu i śpiewaniu powstaje efekt studni, pojawia się pogłos, a nawet echo, dźwięki zlewają się w trzask. Oczywiście, nie jest tak strasznie, żeby z koncertu zaraz uciekać, ale poczucie dyskomfortu jest silne, zwłaszcza jeśli ma się porównanie.

Mimo akustycznych niedogodności głos Beyonce robił wrażenie, choć nad niektórymi interpretacjami można dyskutować - nie podobało mi się to, jak zabawiała się Amerykanka ze swoim przebojem "If I Were a Boy". Ale już delikatne wykonanie "I Will Always Love You" było bardzo smaczne.

Największą furę zrobiły oczywiście - tu banał - największe przeboje. Cały stadion tańczył do "Single Ladies" czy "Crazy In Love", a kiedy nie tańczył, to śpiewał - choćby refren zamykającego koncert "Halo".

Perfekcyjna pani Carter, zachwycona przyjęciem w Warszawie, na pamiątkę zabrała ze sobą niebieski balonik. Jeden z tysięcy, które polscy fani wyciągnęli na dwie finałowe piosenki. Choć tzw. niespodzianki polskich fanów robią się z roku na rok coraz bardziej przewidywalne, to nie da się ukryć, że widok wzburzonego morza niebieskich baloników był po prostu śliczny.

Nie zapominajmy jednak, że Orange Warsaw to nie tylko Beyonce i baloniki. Jej koncert poprzedzili: polski, rockowy zespół OCN, brytyjski raper Tinie Tempah i jego rodacy z elektronicznej formacji Basement Jaxx. Z tej trójki najlepszy kontakt z publicznością złapał Tinie Tempah, głównie za sprawą chwytliwego repertuaru ("Written In The Stars" czy "Pass Out" weszły jak w masło) i scenicznej żywiołowości.

Ale jeżeli ktoś się uprze i oznajmi, że to wszystko były supporty Beyonce, a nie równorzędni artyści festiwalu, ostatecznie nie starczy argumentów, by to twierdzenie obalić.

To był dzień Beyonce.

W niedzielę natomiast, czyli drugiego dnia Orange Warsaw Festival 2013, na scenie Stadionu Narodowego zobaczymy: Lipali, Cypress Hill, The Offspring i Fatboy Slima.

Michał Michalak, Warszawa

INTERIA.PL

Reklama