Reklama

Orange Warsaw 2013

Niektórzy lubią siniaki

Drugi i zarazem ostatni dzień Orange Warsaw Festival 2013 upłynął na radosnym pogowaniu do muzyki amerykańskiej grupy The Offspring i innych przyjemnościach.

Dexter Holland i spółka od blisko 30 lat łomoczą w punkrockowym rytmie, i to doświadczenie było w niedzielny (26 maja) wieczór widocznym atutem The Offspring. Amerykanie doskonale wiedzą, jak wysadzić publiczność w powietrze, którymi numerami to zrobić i jakich riffów do tego użyć.

Reklama

Było głośno, ale nie kakofonicznie. Narzekaliśmy na akustykę Stadionu Narodowego, ale akurat The Offspring brzmieli stosunkowo nie najgorzej. Natężenie rytmicznego, melodyjnego łomotu wywoływało więc pożądane efekty.

Z góry stadionu świetnie było widać, jak w różnych miejscach płyty powstają "ściany śmierci"; wpadający na siebie z impetem fani The Offspring już od poniedziałku z dumą będą nosili siniaki po szalonym pogo i trudno o lepszą pamiątkę z tego koncertu.

Amerykanie wiedzą, jak układać setlistę, by napięcie rosło, ale jednocześnie po drodze nikomu się nie nudziło. Było oczywiście obowiązkowe skakanie na "Pretty Fly (For a White Guy)", "Why Don't You Get a Job" czy "The Kids Aren't Alright", natomiast pomiędzy tak zwanymi hitami... też było skakanie (i pogo).

The Offspring dali więc najbardziej czaderski koncert niedzielnego wieczoru. Z rywalizacji o ten tytuł wyeliminowało Cypress Hill niezbyt dobre udźwiękowienie koncertu - refren powracający podczas tegorocznej edycji Orange Warsaw. Jednak B-Real, Sen Dog i reszta składu dopilnowali, by marka Cypress Hill nadal kojarzyła się z alternatywnym, latynoskim rapem pierwszego sortu. Profesjonalizmu i dobrego kontaktu z publicznością nie można im odmówić, szkoda, że akurat oni potknęli się w niedzielę na podstępnej akustyce Stadionu Narodowego.

Tomasz "Lipa" Lipnicki, lider grupy Lipali, która rozpoczęła drugi dzień festiwalu, skonstatował, że czuje się, jakby występował w kościele (ze względu na pogłos).

Lipa trochę ponarzekał, publiczność nie dopisała ze względu na wczesną porę, ale i tak koncert był dobry, mocny, stanowczy, dużo lepszy niż występ OCN z poprzedniego dnia.

Na koniec Orange Warsaw Festival 2013 organizatorzy tradycyjnie zafundowali uczestnikom imprezę. Tym razem pod patronatem Fatboy Slima, który na tle efektownych wizualizacji wyczarowywał bity z konsolety i podnosił pierwszym rzędom żołądek do gardła, bezlitośnie wykorzystując możliwości subwooferów.

Drugiego dnia imprezy nie przybyło tyle ludzi co na Beyonce, ale i tak można spokojnie odtrąbić sukces frekwencyjny festiwalu. Festiwalu miejskiego, jak lubią go nazywać organizatorzy, sprytnie umieszczając siebie w odrębnej kategorii, oczywiście na 1. miejscu. Faktem jest, że OWF na dobre zadomowił się na festiwalowej mapie Polski i w kalendarzu fanów muzyki. Formuła imprezy wciąż jednak poddawana jest korektom. Ale wydaje się, że za rok organizatorzy znów spróbują ściągnąć wielką gwiazdę popu, dobry hip hop, gitarowych wymiataczy i cenionego DJ-a. To dobry przepis.

Michał Michalak, Warszawa

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Lubień | lubi | Offspring | Orange Warsaw | Lipali | Cypress Hill | Fatboy Slim