Reklama

OFF Festival 2014

The Jesus And The Mary Chain: "Tak wiele osób czekało na nasze potknięcie" (wywiad)

Przed katowickim koncertem na OFF Festival (1-3 sierpnia) jednego z najbardziej enigmatycznych zespołów w historii muzyki alternatywnej, jakim bez wątpienia jest The Jesus And Mary Chain, z wokalistą Jimem Reidem rozmawialiśmy o niechęci do udzielania wywiadów, bracie Wiliamie, z którym Jima łączą burzliwe relacje oraz o wspólnym występie z aktorką Scarlett Johansson. Z Jimem Reidem rozmawiał Artur Wróblewski.

Masz opinię artysty, który nie lubi udzielać wywiadów. Przyjąłem ją z pewnym zdziwieniem, bo choć rzeczywiście nie znalazłem zbyt wielu rozmów z tobą, to jednak każdy udzielony przez ciebie wywiad był bardzo interesujący.

Reklama

Jim Reid:- Szczere mówiąc, nie mam żadnych problemów z udzielaniem wywiadów. Czasami jednak, gdy udzielasz ich zbyt wielu w krótkim czasie, mówisz w kółko to samo i to samo. A poza tym nie jestem niechętny rozmowom z dziennikarzami. Rozumiem też, że oni w jakiś sposób muszą zdobyć informacje.

A czy opinia o twojej niechęci do rozmawiania z dziennikarzami nie bierze się z faktu, że jesteś głównie pytany o burzliwe relacje z bratem?

- Nie. Tak naprawdę nie ma tematu związanego z The Jesus And Mary Chain, którego nie jestem w stanie poruszyć. Także nie mam problemu rozmawiać o moich relacjach z bratem. To jest część tej roboty. Tworzę muzykę, ale też muszę udzielać wywiadów i tłumaczyć, w jaki sposób komponujemy, jaka jest dynamika w zespole i jak wygląda moja współpraca z Wiliamem. Tak jak powiedziałem, to część naszej pracy.

- Być może dawniej, kiedy byłem młodszy i arogancki, nie potrafiłem zrozumieć, że bycie muzykiem łączy się również z koniecznością kontaktów z mediami. Teraz po prostu wiem, że to nasz obowiązek.

Wkrótce będziecie prezentować na koncertach album "Psychocandy". 30 lat temu, kiedy ukazała się ta płyta, The Jesus And Mary Chain byli najgłośniejszym zespołem na świecie.

- Nie powiedziałbym, że tęsknię za tym okresem. To się wydarzyło wtedy i na pewno był to bardzo przyjemny okres w naszej karierze. Jednocześnie bycie muzykiem The Jesus And Mary Chain w 1985 roku wiązało się z ogromnym stresem. Mieliśmy tak wiele do udowodnienia, a jednocześnie tak wiele osób czekało tylko na nasze potknięcie.

- Z tego powodu jestem zaskoczony, że ludzie po tylu latach interesują się albumem "Psychocandy" i chcą przychodzić na koncerty, by posłuchać tej muzyki. To wspaniałe i satysfakcjonujące. Wiesz, ja już mam 52 lata, William będzie miał wkrótce 55 lat. Nie jesteśmy już młodymi kolesiami. Ale to w tym momencie nie ma znaczenia, bo wciąż przemawia nasza muzyka.

Powiedz mi szczerze, co tak naprawdę sądzisz o "Psychocandy"? To oczywiście klasyk i najsłynniejsza płyta The Jesus And Mary Chain. Ale czy najlepsza?

- Ja tak nie uważam, chociaż wiele osób tak właśnie sądzi. To płyta, która najmocniej wpłynęła na naszą karierę. To płyta, o której najwięcej się słyszy przy okazji The Jesus And Mary Chain. Jak dla mnie nasze pozostałe albumy są co najmniej tak dobre jak "Psychocandy". Z tym, że "Psychocandy" trafiła idealnie na swój czas. To był album, który definiował rok 1985.

- Jednocześnie nie mam ulubionej płyty The Jesus And Mary Chain. To zmienia się z dnia na dzień. Natomiast zawsze mam poczucie, że muszę stanąć w obronie "Munki" [ostatni studyjny album The Jesus And Mary Chain - przyp. AW], bo ten album nie poradził sobie zbyt dobrze. Premiera "Munki" miała miejsce w momencie, gdy zespół dosłownie się rozpadał. Zauważyłem wtedy, że ludzie przestali się interesować The Jesus And Mary Chain. W Wielkiej Brytanii po prostu umyli ręce w kwestii naszego zespołu. Wtedy naprawdę staliśmy się outsiderami. Ukazał się album "Munki", trochę osób kupiło płytę, ale niezbyt wielu, a według mnie to był tak dobry album, jak każda inna płyta The Jesus And Mary Chain. Niektóre utwory na tej płycie są wyjątkowo udane. Z tego powodu brak sukcesu "Munki" trochę mnie przygnębia i czuję ciągłą potrzebę wyróżniania tej płyty.

Na tym albumie znalazły się dwa utwory: "I Love Rock'n'Roll" i "I Hate Rock'n'Roll". To jak to jest z tą miłością i nienawiścią do rock'n'rolla?

- William napisał piosenkę "I Hate Rock'n'Roll" i uwielbiam ten utwór. Uważam, że jest wspaniały. Jednocześnie wiele osób skrytykowało przesłanie tego utworu, bo choć my może nie jesteśmy do końca zespołem rock'n'rollowym, to wiele osób pracuje na co dzień w fabryce i zabiłoby za szansę gry w rock'n'rollowej grupie. Z tego powodu ten utwór został odebrany jako negatywny manifest. Mnie też się tak wydawało, dlatego napisałem "I Love Rock'n'Roll", który miał pokazywać drugą stronę medalu. William opisał wszystko to, co jest złe w byciu w zespole. A ja opisałem to, co jest wspaniałe w byciu w zespole. To chyba była nawet trudniejsza robota (śmiech). William po latach wciąż uważa, że napisałem ten utwór tylko po to, by go wk**wić (śmiech). Nie chce słuchać moich argumentów i twierdzi, że napisałem "I Love Rock'n'Roll", by go zdenerwować. A to nie jest prawda. Napisałem ten utwór, by pokazać drugą stronę medalu i przywrócić równowagę.

- Prawda jest taka, że William i ja nie mieliśmy żadnego wykształcenia czy umiejętności, zmierzaliśmy donikąd, a gdy weszliśmy w rock'n'rollowy biznes, nagle staliśmy się kimś. Rock'n'roll zapewnił nam życie na pewnym poziomie i uważałem, że warto o tym powiedzieć.

Zapewnił też wam nieśmiertelność i masę naśladowców. Znasz zespół Black Rebel Motorcycle Club? Mają nawet takie same fryzury, jak The Jesus And Mary Chain 30 lat temu.

- (śmiech) Byłem kiedyś na ich koncercie, ale to było dawno temu. Myślę, że co najmniej 5 lat temu. I mieli nie tylko podobne fryzury. Wydaje mi się, że ich światła na scenie ustawione były identycznie, jak to było na koncertach The Jesus And Mary Chain w latach 90. A fryzury rzeczywiście mieli jak The Jesus And Mary Chain w latach 80. (śmiech). Wyglądali dosłownie jak The Jesus And Mary Chain w dawnych czasach.

- Jednocześnie dyskredytowanie ich za to jest trochę nie fair, bo ich muzyka jest całkiem niezła i wcale nie brzmi, jak piosenki The Jesus And Mary Chain. Są w porządku, naprawdę lubię ich.

Jeżeli już jesteśmy przy współczesnych zespołach... Słuchasz nowej muzyki?

- Z przykrością przyznam, że nie śledzę tego, co dzieje się na współczesnej scenie muzycznej. Być może zabrzmi to kontrowersyjnie, ale według mnie jeżeli słucha się muzyki od długiego czasu, w pewnym momencie dociera do ciebie, że słyszałeś już wszystko. Rock'n'roll to prosta forma sztuki. W pewnym momencie musi wrócić do miejsca, z którego wyszedł. Mam 52 lata i żyję już wystarczająco długo, by powiedzieć, że słyszałem już wszystko, a nowe rzeczy nie robią na mnie wrażenia.

- Jednocześnie wiem, że jeżeli pojawi się jakiś naprawdę dobry zespół, to w jakiś sposób zdoła się przedrzeć do mnie. Nawet jeśli ja żyję w bańce mydlanej i jestem nieczuły na to, co dzieje się na zewnątrz. Ktoś mi o nim szepnie kilka słów, chociaż przyznam, że dawno nie słyszałem od znajomych wieści na temat nowych i interesujących wykonawców.

The Jesus and Mary Chain to zespół z założenia antygwiazdorski. Jak doszło zatem do tego, że podczas festiwalu Coachella w 2007 roku na jednej scenie z wami zaśpiewała Scarlett Johansson?

- Być może nasi fani rzeczywiście mogli pomyśleć, że to była akcja bardzo nie w naszym stylu [Jim Reid użył sformułowania "very un-Mary Chain moment" - przy. AW]. Ale ten występ był wart świeczki. Ona była bardzo czarująca. Wspólny koncert był konsekwencją tego, że wytwórnia płytowa wydająca nasz katalog przygotowywała się do premiery solowego albumu Scarlett ["Anywhere I Lay My Head" - przyp. AW]. Pomyśleliśmy, że to może być zabawne, że taki zespół jak The Jesus and Mary Chain występuje na jednej scenie z kimś tak znanym. Ale tak jak powiedziałem, Scarlett była bardzo miła. I sporo się o tym pisało, więc także z tego powodu warto było to zrobić.

Kiedyś powiedziałeś, że "nikt nie jest wystarczająco dobry, by występować na scenie dłużej, niż 20 minut". Ile zatem potrwa koncert The Jesus And Mary Chain na OFF Festival?

- Powiedziałem to całe lata temu, ale wciąż twierdzę, że to jest szczera prawda! Jednocześnie ludzie oczekują, że zagrasz co najmniej przez godzinę i my właśnie tyle będziemy grać. Podkreślę jednak jeszcze raz, że przez całe moje życie nie widziałem koncertu, który nie znudziłby mnie po 20 minutach. To jest fakt. Niestety, cała reszta ludzi na świecie uważa, że muzycy powinni grać, i grać, i grać... Nie wiem, jak można wytrzymać na koncercie Bruce'a Springsteena, któremu chce się grać przez jakieś sześć godzin? Nie ma szans, by The Jesus and Mary Chain kiedykolwiek grali tak długo.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Scarlett Johansson | Jesus And Mary Chain | and