Reklama

Coke Live 2012

Radosny gość, ten Brandon

Uśmiech nie schodził z twarzy Brandona Flowersa, wokalisty The Killers, przez cały koncert w Krakowie. Zespół z Las Vegas był największą gwiazdą pierwszego dnia tegorocznej edycji festiwalu Coke Live w Krakowie.

30 tysięcy - taką frekwencję podali organizatorzy. Z tym że w ciągu dwóch dni, wychodzi więc kilkanaście tysięcy osób dziennie. Mniej niż w najlepszych latach, ale zarazem wystarczająco dużo, by pod sceną główną było gęsto i głośno.

Reklama

Było do czego skakać podczas koncertu gwiazdy wieczoru, amerykańskiej grupy The Killers. Już na dzień dobry pierwszy przebój "Zabójców" - "Somebody Told Me". Choć wykonany jakby od niechcenia. Nie zabrakło, ma się rozumieć, innych pewniaków - "Human", "Mr. Brightside" i "All These Things That I've Done" zmobilizowały fanów do euforycznego wysiłku fizycznego i wokalnego, co dobrze wszystkim zrobiło w ten chłodny wieczór.

Spektrum reakcji widowni było swoistym fenomenem. Od pogo w wykonaniu studentów (stereotypowo wnosimy po okularach, wieku, bladej cerze i wątłej posturze) po wesołe tańczenie nastolatek.

Wesoły był też sam Flowers, który szczerzył się uroczo właściwie od pierwszej do ostatniej piosenki. A jak ktoś się do ciebie uśmiecha, to i ty zaczynasz się cieszyć.

- Przerwa dobrze nam zrobiła, zregenerowaliśmy się, naładowaliśmy baterie. Myślę, że wróciliśmy mocniejsi - powiedział nam tuż przed koncertem Brandon Flowers.

Rzeczywiście wydali się mocni. Czy mocniejsi niż przed trzema laty, w tym samym miejscu? Na pewno o doświadczenie, dzięki któremu na scenie poruszają się teraz z gracją prawdziwych gwiazd rocka - tę cechę nabyli z czasem, nie od razu.

Ich koncertowe brzmienie nie jest tak monumentalne, jak mogłoby być, ale sugestywne wykonanie utworu Joy Division ("Shadowplay" - stały element reperturu The Killers), kompozycji "Jenny Was a Friend Of Mine" czy choćby nowego singla "Runaways" w pełni uzasadnia stwierdzenie, że na żywo więcej zyskują niż tracą.

A nawet jeśli nie dźwięczny wokal, nawet jeśli nie gitary, refreny, lasery, neony (rodzinne miasto zobowiązuje!), to szczery i niezmordowany uśmiech frontmana rozbroił chyba każdego marudę.

Narzekacze nie mieli co robić również po występie The Roots, zespołu uchodzącego za najlepszy hiphopowy skład na żywo.

Krótka wizyta w garderobie grupy dała nam jasny obraz stosunków w formacji: gromkie śmiechy wybuchały co chwilę, nieustannie też robili sobie psikusy.

Nic dziwnego, że wychodząc w takich nastrojach na scenę, złapali głodną dobrego rapu publiczność za bebechy i nie wypuścili już do końca występu.

- Dziś ostatnia noc naszej europejskiej trasy. Byliśmy w Portugalii, Chorwacji, w Budapeszcie, Londynie, w tylu miejscach... My absolutnie szczerze lubimy to, co robimy. To bardzo ważne, inaczej nie da się działać na takim poziomie, na jakim my działamy - powiedział INTERIA.PL Questlove.

The Roots kolejny raz potwierdzili klasę. 100 zamiast standardowych 60 minut i muzyczna uczta dowodząca, że kolektyw z Filadelfii to nie raper + liveband, ale zespół świetnych muzyków, z których żaden nie znalazł się tam przypadkiem.

Ciężko powiedzieć czy lepiej bawiła się publika czy sami artyści. Rootsi biegali po scenie, tańczyli, grali solówki i rywalizowali ze sobą nawzajem - czysty jam, bez żadnych ram i ograniczeń.

Usłyszeliśmy klasyczne "You Got Me" czy "Seed 2.0", przeplecione masą improwizacji i widoczne było, że filadelfijczykom po prostu nie chciało się schodzić ze sceny.

Gdybyśmy mieli pokazać komuś idealne zaprzeczenie stereotypu, że hip hop to muzyka łatwa i niewymagająca umiejętności, to wysłalibyśmy go na krakowski występ Rootsów - klasa sama w sobie.

Przed amerykańskimi asami rapu na głównej scenie poszalał zespół Mystery Jets, który wystąpił w Polsce po raz pierwszy. Mniej szaleństwa było na garażowo-rockowej odsłonie twórczości braci Waglewskich - Kim Nowak - a to ze względu na aurę. Precyzyjnie rzecz ujmując, padało nieprzyjemnie.

Mniej spektakularnych rzeczy działo się pod sceną namiotową, ale na pewno warto było tam zajrzeć.

Bracia Pezet i Małolat promowali świeżo wydany album "Live in 1500m2" ze wsparciem livebandu. Numery ze złotego "Dziś w moim mieście" przemieszane z pozycjami z solowych płyt obu braci odpowiednio rozgrzały szczelnie wypełniony hangar Coke Stage i stanowiły idealny aperitif przed tym, co chwilę później zdarzyć miało się na scenie głównej (a było to krótko przed występem The Roots).

Nie nudzili się również ci, którzy wpadli pod namiot zobaczyć najbardziej obiecujący polski zespół elektroniczny, czyli Kamp! oraz doskonale znanych od lat Cool Kids Of Death.

W niedzielę, a więc drugiego dnia tegorocznej edycji Coke Live zobaczymy m.in. Snoop Dogga (być może z Izą Lach) oraz słynne brytyjskie trio Placebo. Do zobaczenia na koncertach!

Z Krakowa Michał Michalak i Mateusz Natali

INTERIA.PL

Reklama