Reklama

W sprawie Miley Cyrus

Czekam na ten moment, kiedy Miley Cyrus zrobi Joaquina Phoenixa, kiedy wreszcie krzyknie: "Ha, nabrałam was! Ale z was łosie!". Jednak ten moment nie nadchodzi.

Na wypadek gdyby ktoś nie wiedział, o co chodzi: 20-letnia obecnie wokalistka Miley Cyrus została wypromowana przez wytwórnię Diseneya, grała w słodkim jak wata cukrowa serialu "Hannah Montana", śpiewała hity dla grzecznych dziewczynek, później jednak jej się odmieniło, ścięła włosy, strzeliła sobie tatuaż, jeden, drugi, trzeci, pokazała brzuch, wystawiła swój imponujących rozmiarów język i jęła zlizywać wszystko z wszystkiego oraz symulować seks na scenie. To Miley wylansowała ostatnio modę "twerking", czyli energiczne potrząsanie pupą.

Reklama

Każdy tydzień przynosi nowe popisy Amerykanki z pogranicza soft porno, co sprowokowało ogólnoświatową debatę na temat kondycji współczesnego show-biznesu i zdrowia psychicznego panny Cyrus.

Igraszki Miley z własnym wizerunkiem już dawno wkroczyły na obszar groteski i karykatury. No bo jak inaczej określić decyzję, by z okazji wywiadu z magazynem "Rolling Stone" wytatuować sobie na jednej stopie słowo "Rolling", a na drugiej "$tone"? Nie pamiętam też, kiedy ostatni raz widziałem zdjęcie Miley Cyrus bez wywalonego jęzora.

Odbiorca tych wszystkich ekscesów ma prawo czuć się jak ofiara już dawno zlikwidowanego programu "Mamy cię!". Tyle że tytułowa fraza wcale z ust Miley - ani tym bardziej Szymona Majewskiego - nie pada.

Strasznie przejęła się tym Sinead O'Connor, która wystosowała już cztery, a może i pięć listów otwartych do Miley Cyrus, wszystkie w konwencji dobrych rad starszej, mądrzejszej koleżanki.

Miley ani myśli tych dobrych rad słuchać i już kombinuje, co by tu oblizać i na której okładce się rozebrać. Przy okazji znalazła jeszcze czas, by obrazić irlandzką piosenkarkę, wypominając jej chorobę psychiczną.

Jest to spektakl ze wszech miar żałosny, a finału nie widać. Żałosny bynajmniej nie z powodu seksualnego rozpasania - wszystko już przecież widzieliśmy, w lepszym lub gorszym wydaniu. Jestem zresztą ostatnim, który miałby coś przeciwko smacznie przyrządzonej erotyce. Chodzi raczej o desperację wpisaną w każdy medialny ruch Miley: jakby ktoś za kulisami przystawił jej spluwę do głowy i kazał udawać królową burdelu, do czego predyspozycje ma średnie; przedstawienie "Niegrzeczna Miley Cyrus" wypada więc do bólu sztucznie i nachalnie.

Tuż przed swoją przemianą, jeszcze z długimi (upiętymi) włosami, w stonowanym stroju, bez wywalonego jęzora i wypiętego zadka, Miley zaśpiewała przebój "Jolene" swojej matki chrzestnej Dolly Parton. Wypadła co najmniej obiecująco i niejednemu odbiorcy przyszło na myśl, że mimo zaprzęgniętego w jej karierę wysokobudżetowego marketingu całkiem utalentowana z niej dziewczyna. Gdyby ktoś zakopał tę "wyzwoloną", zdesperowaną Miley Cyrus i odkopał tamtą od "Jolene", jako konsument popkultury byłbym niezmiernie zobowiązany.

INTERIA.PL

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Miley Cyrus | erotyka | skandal

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje