Tori Amos "In Times Of Dragons Tour": Koncert, który bardziej się przeżywa, niż ogląda [RELACJA]
Koncert 12 maja 2026 roku na warszawskim Torwarze stanowi część największej od dekady europejskiej trasy Tori Amos, promującej jej osiemnasty album studyjny "In Times of Dragons". Na nowej płycie amerykańska artystka ponownie splata wątki polityczne i osobiste, tworząc dzieło rezonujące z lękami współczesnych czasów. Sama Amos określa album jako swój najbardziej polityczny projekt - metaforyczną opowieść o walce demokracji z tyranią oraz reakcję na narastające napięcia społeczne i próby ograniczania wolności.

Nie przyznam się, że słucham Tori Amos jakoś namiętnie w zaciszu domu, bowiem jej muzyka nie jest do końca w moim stylu, ale występ na żywo absolutnie odczarowuje wszystko. Od pierwszych minut było już jasne, że tego wieczoru liczyć się będą niuanse i atmosfera. Tori Amos weszła na scenę bez zbędnego patosu, razem ze swoim bandem i z charakterystyczną dla siebie mieszanką skupienia i ciepła. Jej głos - dziś niższy, bardziej matowy, momentami wręcz szorstki - choć momentami mam wrażenie zanikał, to jednak nie stracił wiele ze swojej siły oddziaływania. Wręcz przeciwnie. Amos nauczyła się wykorzystywać dojrzałość swojego głosu jako dodatkowe narzędzie interpretacyjne, a nie ograniczenie. W tej "nieperfekcyjnej perfekcji" kryje się dziś największa siła jej występów - artystka nie ukrywa upływu czasu, zmian w barwie głosu ani emocjonalnego ciężaru swoich utworów, lecz świadomie wplata je w opowiadaną na scenie historię.
Tori Amos w Warszawie: "Uwielbiam przyjeżdżać do Polski"
Między fortepianem a keyboardami Amos za to poruszała się w błyszcząco niebieskim stroju jak gospodarz serwujący najlepsze muzyczne dania. Jej koncerty nigdy nie są identyczne - setlisty zmieniają się każdego wieczoru, a fani doskonale wiedzą, że pewne utwory pojawiają się niemal jak objawienia. W Warszawie takim momentem okazało się "Sister Janet". Sama artystka przyznała ze sceny, że to "najbardziej pożądana piosenka każdego wieczoru". Rzeczywiście - gdy tylko wybrzmiały pierwsze dźwięki, sala zareagowała natychmiast. Tori nie kryła także swojej sympatii do Polski. Ze sceny powiedziała: "Bardzo dziękuję za przybycie dziś wieczorem. Zawsze uwielbiam przyjeżdżać do Polski. Mamy tu kogoś tuż za mną [jej gitarzysta - przyp. red.], kogo przodkowie są Polakami, więc mamy tutaj być może rodzinę kogoś z was".
W zasadzie przez cały koncert powiedziała niewiele więcej, ale to krótkie powitanie wystarczyło. Amos od lat słynie z oszczędnych, ale szczerych interakcji z publicznością. Jej koncerty nie potrzebują stadionowej teatralności - wystarczy szczera rozmowa prowadzona przez jej fortepian.
Kulminacja koncertu przyszła na sam koniec. Gdy wybrzmiało "Precious Things", publiczność siedząca na płycie spontanicznie wstała z miejsc i rzuciła się pod samą scenę, chcąc pożegnać artystkę. Zrobił się taki szum, że przyznam - nie wiedziałem, co się dzieje. Na szczęście nie był to jeszcze definitywny koniec wieczoru. Tori Amos wróciła na bis i wykonała jeszcze trzy utwory (dla warszawskiej publiczności wybrała "Big Wheel", "Stronger Together" oraz "Cornflake Girl").
Koncerty Tori Amos od dawna działają właśnie w ten sposób - nie opierają się na efekcie "wow", ale na poczuciu uczestnictwa w czymś naprawdę autentycznym. Zamiast ciężaru legendy, publiczność mogła poczuć bliskość i przekonać się, że niektórych koncertów nie da się po prostu zrecenzować. Można je tylko przeżyć.






![Wodecki Twist 2026. Karen Edwards otworzyła festiwal. „Ten od pszczółki” [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MWXWFDN72N4LP-C401.webp)





