Jednym z gości wieczoru był Playboi Carti, który poza własnym krótkim setem pojawił się również obok The Weeknda podczas kilku numerów. Wspólne wejścia muzyków spotkały się z ogromnym entuzjazmem publiczności, usłyszeć mogliśmy bowiem "Timeless" oraz "Rather Lie".
Solowy występ Playboia Cartiego, będący swego rodzaju rozgrzewką przed występem głównej gwiazdy pozostawił jednak lekki niedosyt. Potężny pogłos PGE Narodowego sprawił, że słowa rapera ginęły w akustyce obiektu. Przebijał się głównie bas oraz głos hypemana. Gitarzysta, który zdaje się dodawać muzyce założyciela Opium na żywo sporo klimatu, również zniknął pod warstwą echa i przebijał się jedynie przygrywając wyższe partie. Wielka szkoda, bo uważam, że Carti ma na te występy fajny pomysł, a i sama energia wśród publiczności była wielka, ale odbiór samej muzyki momentami stawał się trudny. Dostaliśmy tylko i aż 9 utworów, wśród których znalazły się m.in. "Sky", "Type Shit", "TOXIC", czy "IloveUIHateU".
The Weeknd na Stadionie Narodowym: "Brzmicie pięknie, Warszawa"
Początek koncertu przywodził na myśl dystopijną ceremonię. The Weeknd wszedł na scenę z zakrytą twarzą, a towarzyszący mu tancerze ubrani w czerwone szaty i złote maski dodawali temu wszystkiemu mistycyzmu, przez co całość przypominała futurystyczny zakon albo postapokaliptyczny rytuał. W tle zobaczyć mogliśmy ruiny miasta, które budowały klimat opuszczonego świata znanego z estetyki całej trasy.
Dopiero po kilku numerach Abel postanowił odsłonić twarz. Nie zrobił tego jednak zupełnie bezinteresownie, publiczność musiała dobrą chwilę wiwatować, by zdecydował się na ten ruch. Gdy jego twarz ukazała się na wielkim ekranie, dopiero na dobre zaczęła się wielka zabawa. Zaobserwować mogliśmy również pierwsze z licznych wzruszeń muzyka. Artysta nie szczędził też fanom ciepłych słów: "Jesteście wspaniali, Warszawa" - podkreślił i przypomniał, że ostatni raz gościł u nas trzy lata temu.
Wzruszenie i czystą radość z dostarczenia tak imponującego show oglądać mogliśmy kilkukrotnie. Trudno się jednak dziwić, bo reakcje publiczności były pełne entuzjazmu i choć trzymał się długo, w pewnym momencie ciężko było już powstrzymać łzy.
The Weeknd nie ograniczył kontaktu z publicznością do krótkich rozmów między utworami. W trakcie występu schodził z wybiegu w stronę fanów, przybijał z nimi piątki, a przy "I Feel It Coming" dał nawet kilku szczęśliwym fankom pośpiewać. Mimo naprawdę gigantycznej skali, Abel potrafił stworzyć wrażenie bliskości z publicznością, która przez cały wieczór śpiewała z nim największe przeboje.
Ogromne wrażenie koncert robił również w warstwie wizualnej. Jednym z najbardziej imponujących elementów scenografii była monumentalna statua, która dominowała nad sceną, nadając całemu widowisku klimat gdzieś pomiędzy futurystycznym spektaklem a mroczną opowieścią. Warto zaznaczyć, że zaprojektowany przez Hajime Sorayamę, pokryty złotem pomnik, jest największym dziełem sztuk pięknych kiedykolwiek zamówionym na potrzeby koncertu. Ogrom figury dało się odczuć szczególnie w momentach, w których pojawiali się wokół niej tancerze sprawiający wrażenie, jakby czcili bóstwo.
Warunki pogodowe dały się we znaki
Nie obyło się jednak bez trudności. Na PGE Narodowym panowała ogromna duchota spowodowana upałami, co szczególnie odczuwalne było na płycie. Część fanów nie wytrzymała warunków i opuszczała swoje miejsca przed końcem wydarzenia, a inni walcząc z upałem mdleli. Organizatorzy - Live Nation zdają się jednak chyba w końcu otwierać na potrzeby publiczności - wnieść można było ze sobą butelkę wody lub litrowy kubek i jakby tego było mało, niewielką torebkę! Jedyne co pozostaje to modlić się, by stało się to standardem.
Niemniej jednak większość publiczności została do finału, nagradzając The Weeknda głośnym śpiewem i owacjami. Warszawski koncert był więc nie tylko wielkim popowym widowiskiem, ale też wieczorem, podczas którego emocje gwiazdora i publiczności spotkały się wyjątkowo blisko. The Weeknd po raz kolejny potwierdził, że należy do absolutnej światowej czołówki. Jego głos imponował swobodą, kontrolą i mocą, a momentami miało się wręcz wrażenie, że obcuje się z artystą, który dla pokolenia Z pełni podobną rolę, jaką Michael Jackson odegrał dla wcześniejszych generacji, łącząc widowiskowość, perfekcyjny popowy instynkt i sceniczny magnetyzm.
The Weeknd w Warszawie: setlista
The Weeknd nie oszczędzał warszawskiej publiczności także pod względem repertuaru. Zagrał wyjątkowo długi set składający się z niemal 40 utworów:
- Baptized in Fear
- Open Hearts
- Wake Me Up
- After Hours
- Starboy
- Heartless
- Cry for Me
- São Paulo
- Until We're Skin & Bones
- Take My Breath
- Sacrifice
- How Do I Make You Love Me?
- Eva
- Can't Feel My Face
- Lost in the Fire
- Often
- Given Up on Me (pt. 1)
- I Was Never There
- Given Up on Me (pt. 2)
- The Hills
- Timeless
- RATHER LIE
- Creepin'
- Niagara Falls
- One of the Girls
- Stargirl Interlude
- Out of Time
- I Feel It Coming
- Die for You
- Is There Someone Else?
- Wicked Games
- Call Out My Name
- The Abyss
- Save Your Tears
- Less Than Zero
- Blinding Lights
- Without a Warning
- House of Balloons
- Moth to a Flame











