Bogusław Mec przyszedł na świat 21 stycznia 1947 roku w Tomaszowie Mazowieckim. Jego rodzice, Janina i Adam Metzowie, wywodzili się z dwóch różnych kultur - matka była Polką, ojciec Niemcem i kościelnym w miejscowej parafii ewangelickiej. Powojenne realia sprawiły, że pochodzenie rodziny budziło niechęć części otoczenia. Bogusław i jego siostra Danuta mierzyli się z wyzwiskami, a dzieciom z polskich domów niekiedy zakazywano kontaktu z rodzeństwem. Z czasem ich ojciec został zmuszony do zmiany brzmienia nazwiska.
Łódź, Opole i "Jej portret"
Zanim trafił na wielką scenę, Mec działał w szkolnym zespole Szare Koty. Wymyślił nazwę grupy, występował jako perkusista i wokalista, a także pełnił funkcję lidera. Później związał się z Łodzią, gdzie ukończył projektowanie ubiorów w Wyższej Szkole Sztuk Plastycznych.
W 1969 roku zwyciężył na Studenckiej Giełdzie Piosenki, co otworzyło mu drogę do większej publiczności. Dwa lata później triumfował podczas opolskich Debiutów. Wspominał, że festiwalowa nagroda zapewniła mu wyjątkową podróż do Hiszpanii.
"Pojechałem tam ze swoją propozycją. Będąc debiutantem, byłem mile widziany i nie stanowiłem wówczas konkurencji. Zaśpiewałem tam piosenkę do wiersza Aleksandra Puszkina, której tytuł w polskim tłumaczeniu brzmiał: 'To nie był sen, to byłaś ty'. Piosenkę wybrzdąkałem na gitarce i spodobałem się. W nagrodę pojechałem wówczas do Hiszpanii. Otrzymałem na wyjazd 16 dolarów do ręki, co było wówczas majątkiem. Przepiękna podróż od Madrytu do Gibraltaru. Nie pamiętam, aby w tamtych czasach, ktoś otrzymał tak piękny prezent. Ufundowały go - jako studentowi - moje władze, czyli Rada Naczelna Związku Studentów Polskich" - opowiadał, wracając po latach do wspomnień.
Największy zwrot w jego karierze przyniosło Opole w 1972 roku. Wykonanie "Jej portret" uczyniło z niego jedną z najważniejszych postaci polskiej piosenki tamtego okresu. Co ciekawe, utwór najpierw proponowano Jerzemu Połomskiemu, lecz piosenkarz nie zdecydował się go nagrać. Mec otrzymał więc szansę, która na zawsze połączyła jego nazwisko z kompozycją Włodzimierza Nahornego i tekstem Jonasza Kofty.
Żona była jego największym wsparciem
W listopadzie 1972 roku w łódzkim klubie 77 Mec spotkał Jolantę, pielęgniarkę z dziecięcego oddziału onkologicznego. Ich znajomość rozpoczęła się po jednym z jego występów, choć artysta nie należał do miłośników parkietu.
"Poznałam go 28 listopada 1972 r. Pamiętam dokładną datę, bo wtedy były imieniny mojego brata Zdzisława. Przyszłam do klubu z nim i jego dziewczyną. Po występie Boguś podszedł do nas, bo znał dziewczynę brata, przedstawił się i spytał, kim jestem. Potem poprosił mnie do tańca, choć jak się okazało, nienawidził tańczyć. Mówił, że tańczący mężczyźni są śmieszni. Później zaprosił nas do wynajmowanego mieszkania na Dąbrowie. Wyszłam od niego o 4.16. Skąd to pamiętam? Dostałam jego zdjęcie z dedykacją po angielsku, z datą i dokładną godziną" - wspominała Jolanta Mec w rozmowie z "Dziennikiem Łódzkim".
Pobrali się, a w 1974 roku zostali rodzicami Luizy, nazywanej Lulu. Liczne wyjazdy koncertowe sprawiały, że większość codziennych obowiązków przejęła Jolanta. Nie kryła, że pierwsze lata rodzicielstwa były dla niej wyczerpujące, ale rozumiała, jak ważna dla męża jest muzyka.
Jolanta była obecna także w jego życiu zawodowym. Szyła estradowe kreacje, doradzała mu, a później wraz z córką jeździła na występy i pomagała przy sprzedaży płyt oraz materiałów promocyjnych.
Z estrady przed sztalugi
Wykształcenie plastyczne nie było w życiu Meca jedynie epizodem. Zajmował się również malarstwem, a jego obrazy trafiały na indywidualne ekspozycje w Polsce i poza jej granicami. W okresie finansowych problemów pod koniec lat 80. postawił właśnie na tę część swojej twórczości.
"Kupił blejtramy i jak z Lulu spałyśmy, całą noc malował. Kiedy rano wstałyśmy, pokazywał nam swoje obrazy, pytając, czy nam się podobają. Namalował 30 obrazów, pojechał do Sztokholmu i wszystkie sprzedał" - relacjonowała jego żona dla "Dziennika Łódzkiego"
Nie przestał pracować mimo choroby
W 2001 roku Mec zasłabł podczas pracy wokół domu. Badania przyniosły dramatyczną diagnozę: ostrą białaczkę szpikową. Artysta przeszedł transplantację szpiku, a dawcą została jego siostra Danuta. Później przyszły kolejne problemy zdrowotne, konieczność leczenia przeciwbólowego i diagnoza raka płuc z przerzutami.
Początkowo wokalista nie znał pełnego obrazu sytuacji. Bliscy mieli oszczędzać mu szczegółów związanych z chorobą.
"Powiedziano mi, że to rodzaj anemii, chwilowe osłabienie organizmu... Chyba żeby mnie nie straszyć. Wszelkie rozmowy na temat mojej choroby były prowadzone z żoną" - mówił w programie "Ludzie na walizkach".
Choć kolejne diagnozy zmieniały jego codzienność, Bogusław Mec nie zamierzał wycofać się z życia zawodowego. W czasie leczenia nagrał dwa albumy, nadal koncertował, gościł w programach radiowych i telewizyjnych, a także dwukrotnie wrócił na scenę festiwalu w Opolu. Nie chciał, by publiczność patrzyła na niego wyłącznie przez pryzmat choroby.
Najważniejsze oparcie znajdował w rodzinie. Córka Luiza, absolwentka łódzkiej ASP i graficzka pracująca wcześniej w Nowym Jorku, wróciła do Polski. Dbała o to, by jej ojciec mógł spędzać jak najwięcej czasu z wnukami, Ernestem i Franciszkiem. Jolanta Mec długo wierzyła, że mąż zdoła pokonać chorobę.
"Cały czas wydawało mi się, że mu się uda, że będzie tym pierwszym, tym jedynym, który zwycięży wszystko. Chciał wyzdrowieć" - mówiła w programie "Rozdroża kultury".
W 2008 roku lekarze rozpoznali u artysty raka płuc z przerzutami do kręgosłupa. Usłyszał wówczas, że pozostały mu około dwa miesiące życia. Rodzina nie traciła jednak nadziei, a żona przekonywała go, by walczył jeszcze o czas.
"Mówiłam mu: 'Pamiętaj Boguś, nie możesz umierać, nie możesz mi tego zrobić. Wytrzymaj jeszcze rok, może znajdą jakieś lekarstwo...'. Myślę, że ta nadzieja dała mu ogromną siłę. Widział ją też we mnie. Gdybym ja odpuściła, też by odpuścił. Dla siebie samego by nie walczył" - wspominała w "Dzienniku Łódzkim".
Z czasem świadomość, że leczenie nie przynosi już oczekiwanych rezultatów, silnie odbiła się na jego psychice. Jak relacjonowała żona w książce "Bogusław Mec. Bim, bam, bom, mogę wszystko!", nie była to powolna utrata sił, ale nagły kryzys: "To nie było tak, że życie z niego ulatywało każdego dnia po trochu. On po prostu któregoś dnia zapadł się w sobie".
Mec do końca nie chciał odwoływać zobowiązań koncertowych. Cztery dni przed śmiercią nagrał odcinek "Szansy na sukces" poświęcony swojej twórczości, a kolejnego dnia zaśpiewał w Kolbudach pod Gdańskiem z okazji Dnia Kobiet.
Po koncercie jego stan gwałtownie się pogorszył. Artysta miał problemy z oddychaniem i został przewieziony do szpitala w Zgierzu. Zmarł 11 marca 2012 roku, mając 65 lat.











