Reklama

Niewinna piosenka z kobiecą ekstazą w tle

"Ta muzyka jest bardzo niewinna. Po raz pierwszy w życiu napisałem piosenkę miłosną i od razu została źle odebrana" - w ten sposób Serge Gainsbourg z podszytym ironią żalem komentował skandal, jaki wybuchł z powodu niesławnego utworu "Je t'aime... moi non plus" ("Kocham cię... A ja ciebie nie").

Historię tej równie legendarnej, co kontrowersyjnej kompozycji przypominamy z okazji przypadającej 2 marca 2011 roku 20. rocznicy śmierci wielkiego francuskiego artysty.

Reklama

Piosenka "Je t'aime... moi non plus" nie była pierwszym utworem, w którym Serge Gainsbourg zbyt pikantnie jak na epokę - lata 60. zeszłego stulecia - opowiadał muzyką o seksie i miłości. Wcześniej były bardzo niepoprawne "Les Sucettes" ("Lizaki"), które wykonała nieświadoma podwójnego znaczenia słów piosenki nastoletnia France Gall. Wokalistka była przekonana, że śpiewa o dziewczynie, której bardzo smakują lizaki, mieszczańska Francja była oburzona, a kompozytor Serge Gainsbourg tryumfował, podobnie zresztą jak kompozycja "Les Sucettes", która została wielkim przebojem.

"Ciężkie pieszczoty"

Sukces i skandal, jakie stały się udziałem "Lizaków", pewnie dały Francuzowi sporo do myślenia. A kiedy uwodzicielska Brigitte Bardot poprosiła pewnego zimowego wieczoru 1967 roku Serge'a o skomponowaniu dla niej "najbardziej romantycznej piosenki, jaką tylko można by sobie wyobrazić", następnego ranka aktorka usłyszała właśnie "Je t'aime... moi non plus" (i skomponowane tej samej nocy "Bonnie and Clyde").

Gainsbourg i Bardot zarejestrowali "Je t'aime... moi non plus" w ciągu dwóch godzin. Jak wspomina inżynier dźwięku William Flageollet, podczas sesji nagraniowej para zamknęła się w szklanej kabinie w studiu, która ponoć szybko... zaparowała. Nic dziwnego, bo - jak twierdzi Flageollet - dochodziło tam do - tu cytat - "ciężkich pieszczot".

Szczegóły gorącego nagrania i romansu gwiazd - aktorka była wówczas mężatką - szybko dostały się do francuskiej prasy. W efekcie mąż aktorki, niemiecki przedsiębiorca Gunter Sachs, zażądał wycofania piosenki z dystrybucji. O to samo poprosiła Gainsbourga aktorka, która starała się unikać skandalu przed premierą kolejnego filmu ze swoim udziałem. W odpowiedzi na ich stanowcze groźby, prośby i żądania, Serge schował "Je t'aime... moi non plus" do szuflady.

Posłuchaj "Je t'aime... moi non plus" z Brigitte Bardot:


"Orgazm na szczęście udawany"

Po zakończeniu romansu z Brigitte Bardot, artysta usilnie poszukiwał młodej gwiazdy, z którą mógłby nagrać ponownie "Je t'aime... moi non plus". Odmówiły mu m.in. Marianne Faithfull, Valérie Lagrange i Mireille Darc. Wreszcie w życiu Gainsbourga pojawiła się młoda brytyjska aktorka Jane Birkin, którą czarujący Francuz poznał na planie filmu "Slogan". Choć początki znajomości nie były najszczęśliwsze...

Serge zaprosił Jane na nocny rajd po knajpach i spelunach Paryża, by później - ku zaskoczeniu Birkin - odurzony alkoholem zasnąć w apartamencie hotelu "Hilton" ("W recepcji spytano go, czy życzy sobie ten pokój co zwykle" - wspomina aktorka).

Jak wspominają świadkowie tamtych zdarzeń, po tej nieupojnej nocy Serge i Jane byli nierozłączni. Stało się oczywistym, że jeśli Gainsbourg zapragnie ponowne nagrać "najbardziej romantyczną piosenkę, jaką tylko można by sobie wyobrazić", to uczyni to ze swoją brytyjską dziewczyną. Stało się to po zakończeniu zdjęć do "Slogan". Sesja nagraniowa odbyła się w Londynie, a Birkin - po wysłuchaniu wersji z Brigitte Bardot - zaśpiewała oktawę wyżej.

"Serge chciał, bym zabrzmiała jak mały chłopiec" - twierdzi artystka, która również doskonale pamięta szczegóły nagrania niesławnych pojękiwań w tle. "Oddychałam tak głęboko, że w pewnym momencie kazano mi przestać. I przestałam oddychać, co zresztą wciąż słychać w nagraniu". Prasa spekulowała, że jęki Birkin wcale nie były udawane, co Francuz skwitował w swoim stylu: "Na szczęście były udawane. Gdyby tak nie było, nagralibyśmy całą płytę długogrającą".

Gotową kompozycję Gainsbourg zaprezentował publiczności w specyficznych okolicznościach. Po powrocie do Paryża, Serge i Jane poszli na kolację do jednego z hoteli. W restauracji stał gramofon, z którego płynęła spokojna muzyka, mająca kojąco wpływać na trawienie klientów lokalu. Zawsze skory do skandali Gainsbourg zaproponował gościom restauracji "Je t'aime... moi non plus". A później obserwował. "Wszyscy odłożyli noże i widelce. Nikt nie odważył się jeść. A on powiedział: 'Myślę, że mamy przebój'" - wspomina brytyjska aktorka.

Posłuchaj "Je t'aime... moi non plus" z Jane Birkin:


"Papież najlepszym PR-owcem"

Singel "Je t'aime... moi non plus", opakowany w kopertę z napisem "Interdit aux moins de 21 ans" ("Dozwolone od lat 21") ukazał się w lutym 1969 roku i stał się przebojem Numerem Jeden w Wielkiej Brytanii, Norwegii, Austrii i Szwajcarii. W Stanach Zjednoczonych rozerotyzowany utwór dotarł również do intrygującej, choć jedynie... 69. pozycji ("Superbe, superbe!" - tak brzmiał komentarz zachwyconego kompozytora). Jednocześnie piosenka z odgłosami kobiecego orgazmu została zakazana w Hiszpanii, Szwecji, Brazylii, Portugali, Polsce i we Włoszech. We Francji utwór prezentowano w rozgłośniach radiowych jedynie po godzinie 23.

Skandal był tak doniosły, że w sprawie ostro wypowiedział się Watykan, który... ekskomunikował dystrybutora singla Serge'a Gainsbourga i Jane Birkin we Włoszech! Francuz kościelne potępienie skwitował słowami, że "papież jest jego najlepszym PR-owcem".

Sam Gainsbourg również dbał o to, by nie tylko słuchano "Je t'aime... moi non plus", ale też pisano o piosence i o nim samym. I choć magazyn "The Observer" określił utwór jako "muzyczny ekwiwalent filmu 'Emmanuelle' [słynny francuski erotyk]", to artysta zarzekał się, że to piosenka potępiająca odartą z uczucia fizyczną miłość ("Anti-fuck song" - mawiał Serge).

"I chciał zerżnąć Whitney Houston!"

Choć Gainsbourg ma na koncie niezliczoną ilość przebojów i jest we Francji uznawany za popowego artystę wszech czasów, to jednak "Je t'aime... moi non plus" pozostanie jego najpopularniejszym dziełem. Zresztą samemu artyście wcale to nie przeszkadzało, bo "Kocham cię... A ja ciebie nie" to esencja Serge'a Gainsbourga: wspaniały przebój, który za uzależniającą melodią kryje obsceniczne i libertyńskie treści.

Nic dziwnego, że Francuzi wciąż wynoszą ponad wszystko twórcę "Je t'aime... moi non plus", a sam przebój doczekał się niezliczonej liczby interpretacji artystów na całym świecie (Wikipedia wyliczyła ich aż 25). Dlatego 20 lat temu Francja pogrążyła się w żałobie.

"Zapytajcie kogokolwiek w Paryżu, a dokładnie będzie pamiętał moment, w którym dowiedział się o śmierci Gainsbourga. To był potężny szok, bo on był zawsze z nami" - tak na łamach "Guardiana" słynnego artystę wspominał Nicolas Godin z zespołu Air, który z twórczości zmarłego artysty czerpie garściami.

"Był częścią naszej kultury. Był obecny w telewizji, gdzie robił różne szalone rzeczy. Był poetą. Był buntownikiem. I chciał zerżnąć Whitney Houston!". Co, przepraszam, chciał zrobić Whitney Houston? Tak tak... Zobaczcie zresztą sami:

Artur Wróblewski

INTERIA.PL

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje