Michael Patrick Kelly "Traces Tour": Życie jest trudne, ale warto walczyć [RELACJA]
Po dwóch latach Michael Patrick Kelly zawitał z powrotem do Polski. Koncert na Torwarze potwierdził, że muzyk ma w kraju bardzo oddaną publiczność. "Traces Tour" był dość długą, bo trzygodzinną, podróżą przez emocje, wspomnienia i - zgodnie z ideą najnowszego albumu "Traces" - życiowe ślady.

Już na początku artysta zapowiedział wyjątkowy charakter wieczoru. - "Będziemy łączyć nasze życiowe ślady… to bezpieczne miejsce, gdzie możecie być po prostu sobą, poczuć emocje, być jak dzieci" - powiedział, witając publiczność słowami "Kocham Cię, Polsko!". Te słowa szybko znalazły odzwierciedlenie w rzeczywistości. Przy drugim utworze, "The One", hala rozświetliła się tysiącami latarek, a na trybunach pojawił się napis "you are the one", co wyraźnie poruszyło Kelly'ego.
Setlista była mocno osadzona w najnowszym materiale - artysta wykonał wszystkie utwory z albumu "Traces", które świetnie się przyjęły. Nie zabrakło jednak powrotów do przeszłości. Publiczność mogła usłyszeć klasyki z wcześniejszych wydawnictw, takie jak "Beautiful Madness", "Blurry Eyes" czy "Throwback", a także utwory z poprzedniego albumu "B.O.A.T.S", w tym poruszające "Hope" wykonane a cappella niczym z koncertu Pentatonix. Szczególnym momentem był powrót do lat 90. i jedyny akcent z repertuaru The Kelly Family - "Fell in Love With an Alien". Pojawił się także cover "Run to You" z repertuaru Bryana Adamsa.
Jednym z najbardziej przejmujących momentów koncertu było wykonanie "Calcutta Angel". Kelly opowiedział wtedy historię swojej podróży do Indii i pracy w hospicjum prowadzonym przez siostry Matki Teresy, które zbierały ludzi z ulic i przywracały im godność. - "Zabawne, jak najbiedniejsi ludzie świata dali temu małemu bogatemu chłopcu coś, czego nie mógł kupić. W Kalkucie odnalazłem swoje serce." - wspominał, a w hali zapanowała cisza.
Kolejnym wyciskaczem łez był "The Day My Daddy Died", czyli najbardziej osobisty utwór z nowego albumu. Zadedykował go zmarłemu ojcu, Danielowi Jerome'owi Kelly'emu. Wzruszające słowa o wolności, pogodzeniu się ze śmiercią i życiowych lekcjach sprawiły, że publiczność niemal wstrzymała oddech, słuchając artysty grającego na gitarze.
"W dniu, w którym zmarł mój tata, miał na sobie koszulkę z napisem: 'Wiele osób pojawia się w twoim życiu, ale tylko nieliczni zostawiają po sobie ślady'. Moi rodzice to właśnie ci, którzy pozostawili we mnie najważniejsze ślady. Jedną z najważniejszych lekcji, jakie dał mi tata, było uwolnienie od lęku przed śmiercią. Pogodził się także ze swoim Stwórcą i stawiał czoła śmierci z pogodą ducha." - wspominał ze sceny.
Z kolei przy utworze "Home" na ekranie za artystą pojawiły się imiona bliskich zmarłych fanów - osób, które zostawiły "ślady" w ich życiu. - "Życie jest ograniczone, ale miłość wykracza poza granice życia" - mówił Kelly, oddając hołd pamięci tych, których już nie ma.
Symboliczny charakter miało też wykonanie "Symphony of Peace". W trakcie utworu nad sceną pojawił się ważący około tony Dzwon Pokoju, który został wykonany ze stopionych granatów i części czołgów z Ukrainy. Jego dźwięk otwiera minutę ciszy na rzecz pokoju. - "Pokój na Ukrainie, pokój na świecie, pokój w naszych sercach" - wybrzmiało ze sceny.
Ostatnim z takich tkliwych momentów, których jak widać nie brakowało, był utwór "K.H.A." zadedykowany Kevinowi Briggsowi - policjantowi z San Francisco, który na moście Golden Gate uratował setki osób przed samobójstwem. Myślę, że dla Michaela było to bardzo ważne, bo wszyscy znamy jego przeszłość. - "Świat jest trochę zepsuty, ale nie stracony. Życie bywa trudne, ale warto walczyć. Nie poddawaj się. Nie trać nadziei." - cytował słowa Briggsa.
Nie zabrakło też momentów bardziej rockowych (chociażby "America") czy lżejszych - w przerwach między utworami Kelly żartował, popijając "polską wodę z Zakopanego", co wywołało falę śmiechu na widowni. Interakcja z fanami była bardzo naturalna. W pewnym momencie kamera trzymana przez Michaela skierowana na publiczność pokazała transparenty i twarze fanów z flagami z różnych krajów - od Irlandii po Czechy. Jednymi z ciekawszych transparentów były "zostawiłam męża w domu, by móc ciebie przytulić" albo "nie znam dobrze angielskiego, ale zatańcz ze mną do "Wildflower"" - i właśnie obietnicę tej młodej fanki Kelly postanowił spełnić - pod warunkiem, że wejdzie na scenę i z nim zaśpiewa. Razem z nią spontanicznie dołączyli seniorka Bożena z Białegostoku, kobieta z dzieckiem na rękach oraz mężczyzna. Wszyscy razem śpiewali i tańczyli z muzykiem na scenie - to świetnie pokazało cały przekrój społeczeństwa na tym koncercie.
Razem z fotografką Eris (której zdjęcia z tego koncertu właśnie przeglądacie w galerii) nie mogliśmy się długo nadziwić po koncercie, w jak dobrej formie jest Michael. Głosowo pozamiatane. Finałowe "Thank You" było bezpośrednim ukłonem w stronę polskich fanów. - "Dziękujemy, że nasza muzyka stała się częścią Waszego życia. Jesteście też częścią naszego życia" - zakończył artysta











