Maryla Rodowicz gorzko o Fryderykach. "Było mi bardzo przykro"
Maryla Rodowicz po raz pierwszy w karierze otrzymała nominację do nagrody Fryderyka. Statuetka w kategorii Album Roku Pop powędrowała jednak do Zalii. Gwiazda nie kryje rozczarowania i wprost krytykuje sposób głosowania w muzycznym plebiscycie. "Często powtarzają się te same nazwiska" - wyznaje artystka.

Nominacja za album "Niech żyje bal" w kategorii Album Roku Pop była dla Maryli Rodowicz sporym zaskoczeniem. W rywalizacji o najpopularniejszą polską nagrodę branżową ikona sceny mierzyła się z Igo, Kubą Badachem, Wiktorem Dydułą oraz Zalią. Ostatecznie to właśnie ostatnia wymieniona, młoda wokalistka opuściła galę ze statuetką. Choć od rozdania nagród minęło już trochę czasu, Maryla Rodowicz wciąż odczuwa spory smutek.
W rozmowie z serwisem "Plejada" wokalistka przyznała, że śledziła ceremonię na bieżąco, mimo, że fizycznie nie mogła pojawić się na miejscu: "Było mi bardzo przykro, bo wiadomo, że każdy nominowany liczy na to, że dostanie tego Fryderyka. Byłam na koncercie w Poznaniu i miałam odpaloną transmisję z Fryderyków. Widziałam na żywo, że nie dostałam statuetki, więc przykro było" - wyznała.
Zobacz również:
Ostra krytyka Akademii Fonograficznej
Brak statuetki to jedno, ale gwiazda ma szersze pretensje do samego systemu oceniania artystów. Artystka przypomina, że była to jej pierwsza nominacja w karierze, co samo w sobie jest dla niej wielkim wydarzeniem. Zauważa jednak, że wcześniej wielokrotnie nagrywała świetnie wyprodukowane materiały, które były przez branżę całkowicie ignorowane.
"Wcześniej byłam bardzo rozczarowana, bo nagrywałam dobre płyty produkowane przez najlepszych: Smolika, Bogdana Dąbrowskiego. Niestety te płyty były niezauważone" - tłumaczy artystka, po czym uderza w osoby przyznające nagrody: "Mam taką teorię, zresztą potwierdza to wielu moich znajomych z branży, że tych płyt w ogóle nie słuchają ci, co głosują. Dlatego często powtarzają się te same nazwiska i co roku dostają statuetki. Może to wynika z lenistwa, że nie chce im się słuchać tych płyt?".
Prawdziwa nagroda to publiczność
Mimo rozczarowania tegorocznym werdyktem, Maryla Rodowicz zaznacza, że ostateczną weryfikacją wartości artysty pozostaje publiczność, a nie branżowe statuetki.
"Najważniejsze dla mnie jest to, że ludzie przychodzą tłumnie na moje koncerty. Wyprzedaję sale koncertowe w ciągu paru minut. To jest dla mnie wielka nagroda. Okazało się, że moja muzyka jest ponadpokoleniowa. Na moich koncertach jest bardzo dużo młodych ludzi. To dla mnie ogromne wyróżnienie" - podsumowała wokalistka.









