Pod koniec sierpnia do sieci trafiło nagranie z występu Małgorzaty Ostrowskiej w Białymstoku. Widać na nim, jak artystka traci równowagę podczas korzystania z urządzenia wyrzucającego sprężony dwutlenek węgla. Ponieważ stała tuż przy krawędzi sceny, sytuacja szybko zrobiła się niebezpieczna.
Ostrowska opowiedziała później, że sprzęt niespodziewanie otworzył się w jej rękach, a strumień uderzył ją w twarz. Siła odrzutu przewróciła wokalistkę, jednak technicy zdążyli ją złapać.
Małgorzata Ostrowska: Gdybym spadła na głowę, to koniec
W rozmowie z "Wysokimi Obcasami" artystka przyznała, że dopiero po wszystkim dotarło do niej, jak poważnie mógł zakończyć się ten koncert.
"Moja giwera, taki rodzaj pistoletu do miotania mgły, zepsuła się i wystrzeliła mi w twarz, a byłam tuż przy krawędzi sceny, półtora metra nad ziemią. Straciłam równowagę i gdybym spadła stamtąd na głowę, to koniec" - wspominała.
Publiczność nie zdążyła w pełni zorientować się, co się wydarzyło. Ekipa Ostrowskiej zareagowała natychmiast, a sama wokalistka szybko wróciła do występu i dośpiewała utwór do końca.
Na scenie może liczyć na zaufaną ekipę
Ostrowska od lat pracuje z tymi samymi ludźmi, dlatego, jak mówi, podczas koncertów może czuć się bezpiecznie. Jeden z techników towarzyszy jej od początku kariery, czyli już od 45 lat.
"To są zalety pracy w tym samym zespole od dekad. Znamy każdy swój ruch, mamy do siebie zaufanie, dbamy o siebie wzajemnie" - tłumaczyła.
68-letnia wokalistka nie zamierza rezygnować ze sceny. Choć żartuje, że "niebezpiecznie zbliża się do siedemdziesiątki", nadal ma siłę i ochotę koncertować. Wypadek w Białymstoku tego nie zmienił.











