Punktualnie o czasie wielkie show zaczęło się od hucznego "LA MuDANZA", które - choć zamyka ostatnio wydany krążek "Debí Tirar Más Fotos" - tutaj doskonale sprawdziło się w roli wprowadzenia do koncertu. W pierwszej części występu zostaliśmy w klimatach salsy, której doskonałym podsumowaniem była koncertowa wersja numeru "Callaíta". Ciężko było nie zachwycać się tym utworem, który na żywo zyskał zupełnie nową energię - to dokładnie jeden z tych hitów, który doskonale wpasował się w ciepły, letni warszawski wieczór, porywając do tańca dosłownie każdego zgromadzonego na stadionie.
Kontynuując brzmienia z "Debí Tirar Más Fotos", w dalszej części usłyszeć mogliśmy "PIToRRO DE COCO", "TURiSTA", "NUEVAYoL", "BAILE INoLVIDABLE" i "WELTiTA", która zrobiła na mnie największe wrażenie. Często porównywana do nieśmiertelnego hitu "Ojitos Lindos", wykonana na żywo wprowadza niepodrabialną atmosferę lata, która na tym koncercie była wręcz pożądana. Cudownie zaprezentowali się również sami Chuwi, którzy oprócz dbania o support i rozgrzanie warszawskiej publiczności, zagrali wspólnie z Bad Bunnym wspomniany numer, w którym udzielają się gościnnie. Bezdyskusyjnie jeden z lepszych momentów tego wieczoru.
O ile co do występów na głównej scenie byłem pewien, że nie zawiodą, o tyle zastanawiałem się, jak spisze się warszawska La Casita. Choć przed koncertem w mediach pojawiało się sporo dyskusji o tym, jak polscy influencerzy się w niej zaprezentują, to na szczęście finalnie obyło się bez kontrowersji i wstydu. Przejście Bad Bunny'ego na tę legendarną małą scenę rozpoczęło drugą część koncertu, która stała pod znakiem perreo.
Wraz z nią pojawiły się starsze numery, bezpośrednio nawiązujące do nieco bardziej reggaetonowej części dyskografii artysty. "Diles", "No me conoce", "Safaera" czy "Si veo a tu mamá" to tylko niektóre z nich, które rozbujały cały Narodowy. Choć scenografia La Casity nie była zbytnio rozbudowana, a połowę numerów Benito grał na jej dachu solo - bez tancerzy czy muzyków - energia, jaką udało mu się wytworzyć, była naprawdę spektakularna. Trzeba przyznać, że muzyka latynoamerykańska to zupełnie inny poziom.
Przed koncertem niewiadomych było sporo - oprócz obsady La Casity, wielu zastanawiało się, czy w Polsce pojawią się jacyś goście specjalni oraz który z utworów okaże się tym ekskluzywnym, granym tylko u nas w ramach całej trasy. Co do gości możemy mówić o małym rozczarowaniu, ponieważ nikt poza wspomnianymi Chuwi i Los Pleneros de la Cresta (którzy towarzyszą mu przez całą trasę) się nie pojawił. Ekskluzywnym numerem okazał się natomiast singiel "La zona" z wydanego w 2020 roku "YHLQMDLG" - i choć nie każdy go dobrze znał, to każdy świetnie się bawił.
Na ostatnią część koncertu Bad Bunny ponownie wrócił na główną scenę, gdzie postawił na swoje największe hity: "Ojitos Lindos" i "El apagón" z "Un Verano Sin Ti", "DÁKITI" z "El Último Tour Del Mundo" i na koniec dwa numery z "Debí Tirar Más Fotos", dla których wszyscy tu przyszli. Najpierw "DTmF", podczas którego Bad Bunny wygłosił naprawdę wzruszającą przemowę o czerpaniu z życia garściami. Koncert zamknęło "EoO", które na koniec wykrzesiło z każdego resztki sił do tańca i skakania.
Przyjazd Bad Bunny'ego do Polski był czymś, czego - powiem szczerze - zupełnie się nie spodziewałem. Natomiast jak już w końcu przyjechał, dał występ, który zapamiętam na zawsze. Jakość show, kontakt z publicznością i atmosfera, jaka panowała od pierwszego do ostatniego numeru, to coś, za co naprawdę należą się brawa. Artysta zdecydował się na wyjazd z rodzinnego Portoryko i propagowanie swojej kultury na całym świecie, a wczorajszy wieczór tylko pokazał, że było warto. Gracias Benito!









![Dom Zły na OFF Festivalu: "Nie możemy schować się w mroku" [WYWIAD]](https://i.iplsc.com/000LOGE4DN72N5SJ-C401.webp)




