Polacy do dzisiaj śpiewają jego utwory. Marek Grechuta długo ukrywał chorobę
Twórczość Marka Grechuty po latach wciąż porusza kolejne pokolenia słuchaczy. Już wkrótce jego utwory ponownie zabrzmią przed wielotysięczną publicznością podczas koncertu "Zostawili nam piosenki" na Polsat Hit Festiwalu 2026 w Sopocie. To kolejny dowód na to, że autor "Dni, których nie znamy" pozostaje jedną z najważniejszych postaci polskiej muzyki. Artysta przez całe życie szedł własną drogą, konsekwentnie tworząc świat, w którym poezja spotykała się z muzyczną odwagą.

Marek Grechuta urodził się 10 grudnia 1945 roku w Zamościu. Już jako dziecko uczył się gry na fortepianie, jednak przez długi czas nie planował zawodowej kariery muzycznej. Po ukończeniu liceum wybrał architekturę i rozpoczął studia na Politechnice Krakowskiej. To właśnie przeprowadzka do Krakowa okazała się momentem przełomowym.
Debiut podczas Studenckiego Festiwalu Piosenki w Krakowie w 1967 roku przyniósł natychmiastowy rozgłos. Utwór "Tango Anawa" zdobył uznanie jurorów, a sam Grechuta zaczął być postrzegany jako artysta zupełnie inny niż ówcześni wykonawcy bigbitowi.
Publiczność była zahipnotyzowana
W czasach scenicznej ekspresji i głośnego rockowego grania Grechuta pojawiał się na scenie niemal nieruchomo. Nie wykonywał gwałtownych ruchów, nie próbował kokietować publiczności. Skupiał się wyłącznie na słowie i emocjach.
"Próba nadinterpretacji poezji poprzez jakieś ruchy byłaby niewłaściwa" - tłumaczył po latach. "Poezja jest sferą wyobrażeń. Skoro publiczność stara się siedzieć w skupieniu, żeby wysłuchać piosenki, podobnie powinien zachowywać się wykonawca".
Ta powściągliwość stała się jego znakiem rozpoznawczym. Jak wspominał Zbigniew Wodecki, koledzy namawiali Grechutę, by poszedł na zajęcia z choreografii, bo scena muzyczna wyglądała wtedy zupełnie inaczej. On jednak pozostał wierny własnej wizji.
"Korowód" zmienił historię polskiej muzyki
Na początku lat 70. Marek Grechuta był już jednym z najważniejszych artystów młodego pokolenia. Album "Korowód", nagrany w 1971 roku, do dziś uznawany jest za jedno z najwybitniejszych osiągnięć polskiej muzyki popularnej.
To właśnie na tej płycie znalazły się utwory "Dni, których nie znamy", "Chodźmy" czy "Świecie nasz". Grechuta połączył wówczas poezję z elementami rocka progresywnego, jazzu, muzyki ludowej i klasycznej. Krytycy podkreślali później, że podobnych eksperymentów w Europie było wówczas niewiele.
Janusz R. Kowalczyk, autor książki "Wracając do moich Baranów", mówił o artyście: "Kulturą twórczą i wykonawczą Marek Grechuta rzucał estetyczne wyzwanie estradowej tandecie i artystycznej bylejakości".
Z kolei Pawluśkiewicz określał przyjaciela jako "artystę, który zatrzymał ulotny świat poezji i potrafił uczynić z niego potęgę".
Dalsza droga Marka Grechuty
W kolejnych latach powstały albumy "Droga za widnokres" oraz "Magia obłoków", oparte między innymi na tekstach Leszka Aleksandra Moczulskiego, Stanisława Śliwiaka i Ryszarda Krynickiego.
Artysta współpracował też z teatrem. Wielkim sukcesem okazała się "Szalona lokomotywa", musical przygotowany wspólnie z Pawluśkiewiczem i Krzysztofem Jasińskim na podstawie twórczości Stanisława Ignacego Witkiewicza. W spektaklu występowała również Maryla Rodowicz.
To właśnie z tego projektu pochodził przebój "Hop, szklankę piwa", nagrodzony Grand Prix podczas festiwalu w Opolu w 1977 roku.
Gwiazda, która wolała tramwaj niż luksus
Mimo ogromnej popularności Grechuta prowadził bardzo spokojne życie. Związał się z legendarną Piwnicą pod Baranami, choć wielu uważało, że jako uznany artysta nie potrzebował już takiego miejsca.
Janusz R. Kowalczyk wspominał swoje zdziwienie, gdy zobaczył Grechutę jadącego krakowskim tramwajem. Jeszcze większym zaskoczeniem było dla niego to, że artysta dopiero po sukcesie "Szalonej lokomotywy" robił prawo jazdy.
Grechuta nie przypominał typowej estradowej gwiazdy. Ubierał się elegancko i staroświecko, często nosił charakterystyczny trencz kojarzony z Humphreyem Bogartem. Biografka Marta Sztokfisz podkreślała, że był symbolem dobrego tonu i artystycznej klasy.
Dramat rodzinny mocno odbił się na jego zdrowiu
Choć publiczność widziała w nim człowieka spokojnego i harmonijnego, jego życie prywatne naznaczone było trudnymi doświadczeniami. W 1999 roku media obiegła informacja o zaginięciu syna artysty, Łukasza.
Grechuta i jego żona Danuta wystąpili nawet z dramatycznym apelem telewizyjnym.
"Łukasz, wróć do domu! Przysięgamy ci z mamą, że nie będziemy ingerować w twoje sprawy. Nasz dom jest twoim domem" - mówił poruszony wokalista.
Syn artysty wrócił dopiero po dwóch latach. Jak później tłumaczył, samotnie pielgrzymował i szukał własnej duchowej drogi. Danuta Grechuta przyznawała po latach, że mąż bardzo ciężko przeżył całą sytuację.
Choroba przez lata pozostawała tajemnicą
W ostatnich latach życia stan zdrowia Grechuty wyraźnie się pogarszał. Artysta coraz rzadziej koncertował, a jego wygląd i zachowanie budziły niepokój znajomych. Oficjalnie informowano jedynie o problemach zdrowotnych i leczeniu silnymi lekami.
Dopiero po śmierci ujawniono, że zmagał się z chorobą afektywną dwubiegunową. Marta Sztokfisz mówiła w radiowej Dwójce:
"To rujnowało jego życie rodzinne i artystyczne. Widzom czasem mogło się wydawać, że Marek jest nietrzeźwy, a on w tym czasie przeżywał atak choroby".
Także Bogusław Kaczyński zauważał, że artysta z każdym rokiem coraz bardziej się zmieniał. Mimo problemów Grechuta nie rezygnował jednak z pracy. W 2003 roku nagrał album "Niezwykłe miejsca", a także utwór "Kraków" z zespołem Myslovitz.
Do końca pozostał wierny sobie
W 2006 roku podczas festiwalu w Opolu Grechuta otrzymał Grand Prix za całokształt twórczości. Ze względu na chorobę nie pojawił się jednak osobiście na scenie.
Zmarł 9 października 2006 roku w Krakowie. Oficjalną przyczyną śmierci była niewydolność krążeniowa.
Pozostawił po sobie repertuar, który dla kolejnych pokoleń stał się czymś więcej niż tylko zbiorem przebojów. Jego piosenki do dziś funkcjonują jako poetyckie opowieści o tęsknocie, nadziei i przemijaniu. Grechuta udowodnił, że można być wielką gwiazdą, nie rezygnując z wrażliwości i artystycznej niezależności.
Piosenki Grechuty znów zabrzmią w Sopocie
O sile jego twórczości przypomni także Polsat Hit Festiwal 2026. Podczas sobotniego koncertu "Zostawili nam piosenki" w Operze Leśnej w Sopocie zabrzmią utwory artystów, których nie ma już wśród nas, ale których muzyka wciąż pozostaje żywa. W programie znalazły się nowe wykonania przebojów przebojów m.n Violetty Villas, Grzegorza Ciechowskiego, Kory oraz Grechuty. Koncert, prowadzony przez Olka Sikorę, ma być nie tylko sentymentalną podróżą, lecz także dowodem na to, że klasyka polskiej piosenki nadal potrafi porwać publiczność.










