Orange Warsaw Festival 2026. Dzień drugi: "Jeśli nie tańczysz, będziesz mieć pecha" [RELACJA]
Za nami Orange Warsaw Festival 2026, który w piątek i sobotę zawitał do stolicy, a wraz z nim jedne z największych gwiazd polskiej i zagranicznej muzyki. Drugiego dnia nie zabrakło folkowo-elektronicznych brzmień inspirowanych ukraińską kulturą, polskiego rapu, popowych melodii, alternatywnego R&B z gitarową wirtuozerią, tanecznego spektaklu, szalonej imprezy, a na koniec soulowych brzmień rodem z dawnych lat, które zaserwowała nam headlinerka, Olivia Dean. To właśnie ten koncert zgromadził prawdopodobnie największą publiczność z całego festiwalu. Co jeszcze działo się w sobotę na terenie Toru Wyścigów Konnych Służewiec?

Jako pierwsza Warsaw Stage przejęła Ganna, czyli ukraińska wokalistka i kompozytorka, której niestraszna była wczesna pora. Choć frekwencja w późniejszych godzinach dopisywała o wiele bardziej niż w piątek, artystka nie mogła liczyć na pokaźne tłumy. Pod sceną zgromadziła się zaledwie garstka osób - ale jak zaangażowanych. Każdy dźwięk wydobywający się z głośników prowokował ich ciała do tańca, a każde słowo wypowiedziane przez Gannę było dla nich jak natchnienie.
Artystka - podobnie jak otwierające tę scenę dzień wcześniej Sarah Julia - wprowadziła folkowy klimat, lecz tym razem ze sporą domieszką elektronicznych sampli i bitów. Przez cały koncert stała za konsolą, nie tylko dając popis swojego przeszywającego, białego śpiewu, ale także doskonałej umiejętności miksowania melodii. Pomiędzy piosenkami opowiadała anegdotki dotyczące kultury i tradycji swojego narodu, jednocześnie tłumacząc, że większość z jej kompozycji oparta jest na dawnych pieśniach ludowych. Takim sposobem przed "Mermaids" usłyszeliśmy o "Tygodniu Syren", który w ukraińskiej tradycji zaczyna się już w następny poniedziałek i jest związany z wywoływaniem duchów (nazywanych w tym przypadku syrenami) oraz tańcem. "Jeśli nie tańczysz, będziesz mieć pecha" - zaznaczyła ze sceny artystka, aby nie tylko przestrzec słuchaczy przed możliwym nieszczęściem, lecz także zachęcić do zabawy. Później opowiedziała o jeszcze jednym rytuale, który zainspirował kolejną piosenkę, zatytułowaną "Kupala". Ten będzie miał miejsce już 21 czerwca, a podczas niego świętujący ubiorą się w białe, odświętne stroje i zatańczą przy ogniskach. Mowa tutaj o Nocy Kupały, czyli dniu przesilenia letniego w kulturze Słowian. Jeśli po tym koncercie ktoś choć trochę nie poczuł się natchniony albo chętny do zgłębienia tajników innych kultur, to uważam, że nic go do tego nie przekona.
Scenę główną drugiego dnia OWF-a ponownie otworzył raper - tym razem z pokolenia nieco młodszego niż Pezet. Tłum rozbujał bowiem Jan-Rapowanie, który o dziwo nie potrzebował DJ setu, aby rozkręcić publikę. Rzucił się na głęboką wodę, co nie jest tradycją dla współczesnych raperów, i wraz z Szymanem wbiegł na scenę w rytm energicznego "W dresach". Co prawda DJ Felipe ukazał się oczom publiczności już około 3,5 minuty wcześniej, prezentując inny kawałek Janka, lecz na większe popisy za konsoletą nie było czasu. "Łapy!" - krzyczał raper już podczas pierwszej piosenki, zachęcając ludzi do wspólnej zabawy. "Dzień dobry, Warszawo! Ja mam na imię Janek. To jest mój człowiek Szymon" - przedstawił po chwili siebie i hypemana, dodając, że towarzyszy im wspomniany wcześniej Filip, nazwany "najlepszym DJ-em na świecie, a na pewno ulubionym Janka". Artyści zaznaczyli wspólnie, że zaliczają właśnie hat tricka, występując na Orange Warsaw Festivalu po raz trzeci w swojej karierze. Chwilę później przeszli do dalszego grania, prezentując widowni utwory zarówno z "Układanki", "Uśmiechu", jak i nowszych albumów rapera. W setliście znalazło się nawet miejsce dla kawałka "JAK MASZ", który Janek nagrał w ramach współpracy z Coca Colą, a który na scenę OWF-a wniósł słoneczną energię - tego dnia zdecydowanie jej brakowało. Przez cały koncert strasznie głośne basy aż trzęsły ziemią, a w stabilności tłumu nie pomagały także kolejne zachęty artysty do machania rękami i skakania.
Nieco bardziej statycznie zrobiło się na Warsaw Stage, gdy oczom publiczności ukazał się Daniel Godson. Młody wokalista, którego peek popularności przypada właśnie na ten moment, wykonał przed publicznością serię autorskich piosenek - do pobujania się, zreflektowania nad swoim życiem i zyskania nadziei. W całym koncercie królowały kompozycje melancholijne, zwracające się do Boga i okazujące wdzięczność za najmniejsze rzeczy w życiu. Wybrzmiały "I'm in love", "Pomiędzy" czy mój faworyt "Jest jak jest", podczas którego piosenkarz wziął w ręce gitarę, nadając utworowi wielowymiarowości. "Przyznam szczerze, że jesteśmy już po mojej trasie albumowej" - mówił ze sceny wokalista, podkreślając, że jest podekscytowany możliwością zagrania tego samego materiału właśnie na OWF-ie.
Później usłyszeliśmy jeszcze utwór "Talent", podczas którego Godson zadał publiczności jedno, proste pytanie: "Czy ktoś zna Lanę Del Rey?". Chwilę później wyjaśnił, że skopiował po niej melodię hitu "Summertime Sadness" i użył w jednej ze swoich piosenek. Nauczył jednocześnie uczestników imprezy śpiewania "la la la" w rytm właśnie tego numeru, co wykorzystał przy refrenie - aby wszyscy nucili razem z nim. Boży syn o anielskim głosie zabrał mnie w podróż przez sentymentalne melodie, ale też taneczne kawałki, dzięki którym miałam ochotę potupać nóżką raz czy dwa.
Przenosząc się na Orange Stage, usłyszałam następnie Blood Orange, czyli artystę (a raczej artystów), który nie potrzebował fajerwerków, tancerzy i buchającego dymu, aby zrobić na mnie piorunujące wrażenie. Gdy Devonte Hynes, bo tak nazywa się piosenkarz, wyszedł na scenę w nausznych retro słuchawkach, z elektroniczną wiolonczelą w ręce, zaczynając od coveru "How Soon Is Now?" The Smiths, wiedziałam, że będzie dobrze. Pod koniec sennego utworu do wokalisty dołączył pełnoprawny zespół - człowiek od pianina, człowiek od bębnów i niezwykle charyzmatyczny chórek, złożony z wokalistki i wokalisty, którzy w dalszych częściach show odgrywali rolę niemal tak ważną, jak sam Dev. Muzycy wspólnie rozkręcili funkową imprezę, popisując się m.in. wirtuozerią na gitarze. Pokazali, że muzyka może obronić się sama, pomijając zbędne przemowy. Główny sprawca całego zdarzenia - Hynes - zabrał głos tylko jeden raz, aby pomiędzy piosenkami wyznać, że "show w Polsce jest niesamowite" i podziękować zgromadzonym uczestnikom. W całym koncercie nie brakowało dźwięków rodem z alternatywnego R&B (wobec którego czuć coraz wyraźniejszy zwrot w światowej muzyce), letniego klimatu, a także tanecznych melodii, które wprawiły w ruch nawet najbardziej zagorzałych fanów stania w miejscu.
Tego dnia na scenie głównej zobaczyliśmy jeszcze zupełne przeciwieństwo wcześniej opisanego koncertu Blood Orange. Publiczność tłumnie zgromadziła się pod barierkami w oczekiwaniu na FKA Twigs i choć artystka niespełna rok temu zachwyciła Polaków podczas Open'er Festivalu, nie dała o sobie zapomnieć na długo. Zaprezentowała zupełnie nowy set, z bardziej energicznymi utworami i wciąż delikatnym głosem, idąc ze swoim pierwotnym pomysłem o wiele dalej. Był to artyzm przez duże "A". Z głośników wybrzmiewały klubowe rytmy, pod które poprowadzona została cała historia spektaklu stworzonego przez FKA Twigs i jej tancerzy. Już podczas pierwszej piosenki, "meta angel", wokalistka wiła się w pościeli, będąc ubraną w minimalistyczny kostium, symbolizujący nagość, i tańcząc zmysłowy taniec, a chwilę później dołączył do niej anioł ze śnieżnobiałymi skrzydłami. Choć zaczęło się balladowo i niewinnie, kolejne piosenki, takie jak "Drums of Death", "honda" czy "Techno Ballet" pokazały, że to nie czas na smęty, a na taniec. Scenografia, złożona głównie z rusztowań i łańcuchów, posłużyła tancerzom oraz głównej gwieździe do skomplikowanych układów tanecznych. Były choreografie z krzesłami, voguing, akrobatyka w powietrzu na łańcuchach, a nawet pole dance, którego FKA Twigs podjęła się w około 30-centymetrowych szpilkach."Co słychać, Warszawo?! Czujecie dziś eusexuę w powietrzu?" - pytała Brytyjka, na co tłum pod sceną zareagował błyskawicznie.
Muzycznie był to koncert pełen basów, tanecznych melodii rodem z największych imprez w Berlinie i artystycznego autotune'a. Gwiazda kilkukrotnie zmieniała swój strój, aby dopasować każde kolejne wcielenie do dalszej historii opowiadanej za pomocą tańca i muzyki. W pewnym momencie, gdy na scenie wybrzmiały pierwsze dźwięki ballady "Home With You", artystka zebrała się na wyznania. Poruszyła temat rodziny i społeczności, którą sami często wybieramy sobie jako "drugą rodzinę". Wróciła wspomnieniami do dzieciństwa, podkreślając, że wówczas w żadnych filmach science fiction nie dostrzegała bohaterów takich jak ona. "Czułam się samotna i jakby nikt mnie nie rozumiał" - mówiła. W 2011 albo 2012 r., gdy wydała swoją pierwszą piosenkę, wreszcie poczuła, że nie musi być samotna. W trakcie opowieści brytyjska wokalistka założyła na siebie pelerynę i wyznała, że teraz czuje się jak bohaterka. "Tak wiele cudownych, pięknych twarzy!" - krzyczała, przyglądając się publiczności w pierwszych rzędach, a następnie zaapelowała do fanów, aby poczuli, że każdy z nich "może robić cokolwiek tylko zechce". Po emocjonalnej przemowie i poruszającym kawałku ponownie przyszedł czas na imprezę, która trwała aż do końca koncertu.
Scenę w namiocie przejął następnie BBNO$, który już na samym wstępie rozwiał wszelkie wątpliwości dotyczące swojej nazwy. Jeszcze przed jego wyjściem na scenę na telebimach wyświetlono kompilację fragmentów nagrań z YouTube'a, gdzie przypadkowi twórcy internetowi próbowali rozczytać tajemniczy pseudonim - oczywiście wszyscy błędnie. Artysta wkroczył na scenę, niosąc w rękach polską flagę z doklejonymi zabawnymi obrazkami - w tym logiem sklepu Żabka. Wraz z nim na scenie pojawił się DJ oraz muzyk, który następnie akompaniował głównej gwieździe m.in. na pianinie elektrycznym czy basie. Obaj spełniali także rolę hypemanów, gdy BBNO$ prezentował akurat bardziej hip-hopowe numery. Już pierwsze piosenki były w stanie pobudzić publikę do skakania i tańczenia, dzięki czemu na Warsaw Stage rozkręciła się wówczas prawdopodobnie największa impreza z całego festiwalu. Nie zabrakło momentów zaskakujących - z czego znany jest BBNO$. Jednym z nich było pojawienie się na scenie książki "Kuchnia Polska", z której kanadyjski piosenkarz próbował przeczytać jeden z przepisów. Zamiast "muszelek z kiełbasy z zielonym groszkiem" wyszło mu coś na kształt "muzelek z kielbazi z zielonym grozkiem", "masło" zostało przechrzczone na "maslo", a kilka innych składników przeczytane tak niewyraźnie, że trudno stwierdzić, co autor miał na myśli.

Kolejną niespodzianką okazał się gościnny występ Bedoesa i dzieci, które znajdują się pod opieką fundacji Cancer Fighters - z piosenką "Ciągle tutaj jestem (diss na raka)". Koncert na OWF-ie nie obył się również bez zapewnień o świetności naszej publiczności. "Za każdym razem, gdy gram w Polsce, zawsze jest to najlepsze show" - krzyczał ze sceny BBNO$, pytając następnie publiczności, jak się dzisiaj czuje. Zrobił też małą ankietę, kto z zebranych był już kiedykolwiek na jego występie. Szybka matematyka pozwoliła mu na zliczenie 17 rąk w górze (dam sobie swoją uciąć, że było ich znacznie więcej), dla których nakazał szybko zaklaskać.
Headlinerką drugiego dnia Orange Warsaw Festivalu 2026 była Olivia Dean, która wkroczyła na scenę z ogromną energią, od razu prezentując jeden ze swoich największych hitów - "Nice To Each Other". Retro kanarkowa sukienka, scenografia jak z dawnych lat, inspirowana największymi koncertami jazzowych gwiazd i rozbudowany zespół, z doskonale bawiącym się chórkiem - to wszystko składało się na klimat, który nie sposób oddać słowami. Na scenie wybrzmiewały utwory takie jak "So Easy (To Fall In Love)", "Carmen" czy "The Hardest Part", a z każdą kolejną piosenką na twarzy młodziutkiej Olivii było widać coraz większą radość. Klasyczne soulowe melodie, mieszające się z popem, sprawiały, że miałam ochotę jednocześnie kołysać się, tańczyć i zanurzyć myślami gdzieś bardzo daleko.
Moje serce skradła standardowo sekcja dęta, lecz cała ekipa będąca z artystką na scenie robiła niesamowitą robotę. Sama Olivia - naturalna, roztańczona, ciesząca się z bycia na scenie - sprawiła wrażenie gwiazdy młodego pokolenia, która stara się dorównać dawnym standardom i pokazać, że nie wszystko w muzyce musi być dzisiaj zapętlone, przebodźcowane i takie samo. W trakcie koncertu zmieniła swój outfit, aby największy przebój "Man I Need" odśpiewać już w błyszczącej, złotej sukience z frendzelkami - nadal w stylistyce retro. Pod koniec wystrzeliło nawet konfetti, które dodało koncertowi uroku. Na moje oko patrząc, Olivia zgromadziła pod sceną największy tłum z całego festiwalu i zdecydowanie rozumiem dlaczego.







![Wodecki Twist 2026. Karen Edwards otworzyła festiwal. „Ten od pszczółki” [RELACJA]](https://i.iplsc.com/000MWXWFDN72N4LP-C401.webp)





