Bartek: Razem z Weroniką, już w drodze na pierwszy koncert, ustaliliśmy, że tym zaufaniem musimy obdarzyć i siebie nawzajem - postawiliśmy na rozdzielenie jaźni, zaklepanie innych koncertów i poszerzenie tej openerowej atmosfery do maksimum, bo przecież, mając dwie pary oczu, możemy sprawić, że przeczytacie u nas, w Interii Muzyce, więcej, zaskoczycie się bardziej. Tak więc rozdzieliliśmy nasze drogi, tak jak samo, jak rozdzieliliśmy pomiędzy siebie pomoc naszych festiwalowych kompanów - Pawła (wideo) i Eris (foto). Jak nam wyszło?
"Nigdy nie sądziłem, że zaczniemy Open'era od koncertu Heli" - rzuciłem do Weroniki, gdy sprawdziłem już vipowskie łazienki, które, swoją drogą, zrobiły na mnie spore wrażenie. Ostatnio cieszę się nawet z ostatniej kostki do prania, więc nieciężko mnie zadowolić. Inaczej jest oczywiście z debiutantami, a tym bardziej z twórcami, którzy swój pierwszy koncert - i tak, pierwszy koncert w życiu - mają na tak wielkim wydarzeniu jak Open'er. Heli się jednak to udało, a więc zastanawialiśmy się z ekipą, jak będzie wyglądał jej występ. Czy będzie złożony z trzech utworów na krzyż, będzie wypełniony remiksami i coverami, a może wokalistka odda pałeczkę publiczności, rozmawiając z nią dłużej niż w zamyśle chciała rzeczywiście śpiewać? Poszliśmy. Zaufaliśmy. I zgodnie z Weroniką przyznajemy, że Hela wiedziała, co robi. Miała prezencję, miała głód typowy dla dążących do sławy artystów, wodziła choreografią, którą zapewne wymyśliła w pokoju (i to jest jakby okej). Choć teksty niektórych piosenek zdawały nam się oklepane, Hela zauroczyła nas przekornie produkcją i DJ-owym wkładem w całość. A i mówić czasem śmiesznie potrafiła: "Pokaż stopy? Nie stać was", "Niektórzy nie chcą słuchać mojego gadania", "Teraz się czuję jak lesba. I to dobrze", "Jaki budżet, taka przebiórka". No i fajnie. Zadyszka była, ale i my złapaliśmy ją, idąc na Flow Stage, więc wybaczamy. A hejterskich komentarzy pod adresem Heli już serio wystarczy - niech dziewczyna idzie po swoje, skoro tego chce. Zaufanie, czy coś.
Weronika: Po Heli połowa naszego dziennikarskiego składu popędziła za kulisy jednej ze scen na wywiad, a ja postanowiłam wreszcie zobaczyć show, na które tak długo czekałam. Tego dnia Tent Stage otworzył zespół Kneecap, który Polska publiczność pokochała już podczas zeszłorocznego OFF Festivalu w Katowicach. To tam zbuntowani Irlandczycy pokazali na co ich stać, aby niedługo później potwierdzić swoją moc jesiennym koncertem w warszawskiej Stodole. Okazuje się więc, że ich zaufanie do naszej widowni jest na niezwykle wysokim poziomie - w przeciągu niespełna roku postanowili po raz trzeci wystąpić w Polsce, licząc na to, że jeszcze się nimi nie znudziliśmy. I mieli rację. Biegnąc na scenę pod namiotem już z oddali widać było wystających po bokach uczestników, którym trudno było zmieścić się pod daszkiem. Być może była to wina rozpychających tłum moshpitów, które tworzyły się w tłumie niemal na każdej piosence, a być może po prostu zainteresowanie Mo Charą, Móglaí Bapem i DJ Próvaíem nie maleje, a wręcz wzrasta z każdym kolejnym popisem. Ubolewam, ale była to moja pierwsza przygoda z Kneecap na żywo, lecz - mówiąc o zaufaniu - nie zawiodłam się ani trochę. Chłopaki potrafią zachęcić do zabawy widzów, jak mało kto. W setliście nie zabrakło energetycznych hitów, takich jak "Get Your Brits Out", "Sayonara" czy finałowe "THE RECAP". Znalazło się także miejsce dla kilku przerywników - najpierw raperzy popisali się przed publicznością znajomością języka polskiego, wykrzykując "dziękuję", a następnie podjęli temat polityki. Znani ze swoich mocnych statementów Irlandczycy podkreślili na scenie, że ich ojczyzna od ponad 800 lat jest kolonizowana, więc doskonale zdają sobie sprawę z tego, co mogą czuć narody będące obecnie pod opresją. Okazali wsparcie dla Palestyny, wraz z widownią skandując pokojowe hasła. Nie zapomnieli wspomnieć także o polityce naszych sąsiadów, Węgrów, z którymi jakiś czas temu weszli w konflikt, gdy Viktor Orbán zakazał im wstępu na festiwal muzyczny Sziget odbywający się w Budapeszcie. Wyklinanie byłego premiera wjechało na pełnej, w czym oczywiście Kneecap nie pozostali osamotnieni.
Bartek: Uczestników koncertu Zary Larsson wypatrzyłem już na Dworcu Głównym, co jakoś specjalnie mnie nie zaskoczyła. Chmury cały dzień biegały po niebie, groźnie patrząc na plastikowe kwiaty, wplecione we włosy fanek i fanów wokalistki, ale skończyło się tylko na kiwaniu palcem. Nie lało, nikt nie upadł twarzą na podmokłe wertepy, a "Midnight Sun" już wyszło na początku setu Zary i oświetliło jej piękny makijaż (autorstwa Sophii Sinot), przypominając nam o zaufaniu również w kontekście pogodowym. Po prostu wszyscy tłumnie postanowiliśmy, że nie będzie padać. I tak właśnie zbiorowa manifestacja zadziałała.
Po "Midnight Sun" Zara przypomniała o singlu "Can't Tame Her" - w tym momencie wiedzieliśmy, że otrzymamy przekrój starszych utworów. Przekornie, nowy "SHE DID IT AGAIN" pomachał Tylii z pozdrowieniami z Polski, a przy "Hot & Sexy" było tak gorąco, że chłopakowi obok mnie nagle się zemdlało. Gdy trochę go ocuciliśmy - i tak, przydała mi się do tego apaszka, której miałem nie brać - ochrona zareagowała migiem, więc mogliśmy ruszać tyłkiem do kultowego "Ain't My Fault" bez żadnych wyrzutów sumienia.
Było "Stateside" (czekamy na ciebie, PinkPantheress), było "Eurosummer", a więc i "Never Forget You" znalazło swoją rolę. Po tym, gdy Zara zaśpiewała swój pierwszy wydany utwór, "Uncover", wiedzieliśmy, że wyczekany moment zbliża się wielkimi słońcami. Do zatańczenia przy finalnym refrenie "Lush Life" piosenkarka zaprosiła Piotrka z Polski. Wypatrzyła go z tłumu i zaprosiła na scenę. "Zara, jesteś w TOP3 moich ulubionych artystek!" - rzucił Piotrek, a wokalistka szybko zażartowała. "Tak? A kto jest numerem jeden?".
Rzuciła nawet wyzwanie ze sceny: "Polska, chcecie być najlepsi?" - krzyknęła, a odpowiedź była chyba dla wszystkich zebranych jasna. Choć nie jestem fanem "Symphony" Zary, bo jest to singiel nijaki, prawdopodobnie wręczony jej na sucho przez wytwórnię, na żywo oczywiście robi wrażenie. Klamrą stała się spokojniejsza wersja "Midnight Sun". "Była cudowna" - ktoś rzucił za moimi plecami, gdy już zaczynałem drogę do Wero, i trudno się nie zgodzić. Szwedki (i Szwedzi) ogólnie są cudowni.
Weronika: Po kolorowej i tanecznej Zarze Larsson, wybrałam się na Alter Stage, gdzie szaleli już Viagra Boys. Znam osoby, które specjalnie dla zespołu przybyły na festiwal i zajęły miejsce pod barierkami na długo wcześniej niż zaczął się sam koncert. Gdy poczułam energię Szwedów na własnej skórze, dopiero wtedy zrozumiałam - dlaczego. Wytatuowany od stóp do głów facet, kilku innych muzyków, punk-rockowa energia i brak konwenansów. Tarzanie się po podłodze z mikrofonem, popis umiejętności sportowych dzięki męskim pompkom, wykrzykiwanie wraz z tłumem tekstów piosenek i performans, który po prostu działa. W tym wszystkim nie brakowało także organicznych instrumentów, które żyły wraz z muzykami. Nie mówię tu tylko o oklepanych gitarach, ale też m.in. o saksofonie, który skradł moje serce przy niektórych utworach. Widać było, że tłum obecny na koncercie żyje swoim najlepszym życiem - bawili się zarówno młodzi, jak i starsi, ci którzy znali Viagra Boys od podszewki oraz ci, którzy pierwszy raz widzieli ich na oczy. Alter Stage był dla nich zdecydowanie za mały i osobiście apeluję o to, aby organizatorzy zaprosili ich na kolejną edycję - tym razem chociaż na Tenta. Błagam, zaufajcie.
Bartek: Z setem "The xx" nie wiązałem większych oczekiwań, bo i tak wiedziałem, że będę zadowolony z samego pobujania. Mam po prostu słabość do londyńskich zespołów, a to przecież legenda, więc zaufanie wysłałem im w ciemno. Zaczęliśmy mrocznie, tajemniczo i z pomocą światła na scenie, którego było tyle, ile kot napłakał. "Crystalised" i "Say Something Loving" najlepiej wybrzmiewają w skromnym anturażu, więc spoczko. Po "Islands" i "Angels" wpadłem w trans, więc kolejne utwory zaczęły zlewać mi się w całość. Jaźń przebudziła mi się pod koniec, przy "I Dare You". Jak dobrze, że przy "Intro" (tutaj robiącym właściwie za outro), byłem już świadomy. Potem zacząłem rozmawiać z Weroniką o tym, że właściwie zamienilibyśmy miejscami set The xx i Florence. Alter Art, zaufajcie i nam, to by miało sens!
Weronika: Z The xx problem był taki, że dali nam trochę za mało jak na headlinerów. Zgodnie stwierdziliśmy, że utwory są świetne do posłuchania w domowym zaciszu, żeby odciąć się od świata i zanurzyć w sennej atmosferze ich kawałków, oczyszczając głowę ze wszystkich myśli. Na festiwalu pewnie dla niektórych to działa - widziałam masę osób chillujących na trawie, wsłuchujących się w koncert z zamkniętymi oczami - ale na nas zrobiło jednak trochę zbyt małe wrażenie. Nie ujmując muzykom, których warsztat jest niepodważalny, wygrał tu klimat, w który nie każdy dał radę się wczuć. Nostalgiczne melodie podbił na szczęście fakt, że dla The xx obecna trasa to swoisty powrót do przeszłości - po ośmiu latach znów razem na scenie, a dodatkowo na Open'erze udało im się wystąpić przed Florence and The Machine, jak za dawnych lat, gdy supportowali muzyczną wiedźmę i jej zespół.
Po występie Brytyjczyków wpominanym wcześniej zaufaniem obdarzyłam naszego operatora Pawła, gdy wręcz ze łzami w oczach, klękając na środku pola festiwalowego, błagalnym tonem mówił, żebym po The xx pobiegła na Tenta, bo tego, co będzie się działo pod namiotem nie da się opisać słowami. Oczywiście przesadzam - Paweł podkreślił jedynie, że David Byrne to legenda i na jego koncercie po prostu trzeba być, a ja grzecznie posłuchałam. To, co stało się później, sprawiło, że pierwszy dzień Open'era wspominać będę przede wszystkim tym koncertem. Czego spodziewać się można po 74-latku, który niesie za sobą ogromny bagaż życiowych i scenicznych doświadczeń, dawno okrzyknięty został legendą i nie musi już zbyt mocno się starać? A no wiele. Były lider legendarnego Talking Heads zabrał mnie w świat, w którym muzyka opowiada historię lepiej niż obraz. Był to jednocześnie spektakl i koncert; solowy występ Byrne'a i wspólne śpiewanie z chórem; show, w którym królowała prostota, ale nie brakowało też przesytu. Artysta, wraz z muzykami, chórkiem i tancerzami - wszyscy ubrani w identyczne czerwone kombinezony, jakby pięć minut temu urwali się z fabryki - odgrywał wręcz musicalowe sceny, których nie powstydziliby się na Broadwayu czy West Endzie. Był w tym smak, kunszt i wielowymiarowość, a jednocześnie balansowanie na granicy kiczu. Królowały dopracowane choreografie i rytm, a melodyjne piosenki, takie jak "What Is the Reason for It?" czy "Everybody Laughs" wybrzmiały wręcz magicznie, gdy cały Open'erowy tłum kołysał się razem z artystą i jego towarzyszami. Dla wszystkich zagorzałych miłośników Talking Heads były też "Houses in Motion", "This Must Be the Place (Naive Melody)" czy słynne "Psycho Killer", przy którym niejeden uczestnik festiwalu uronił łzę wzruszenia.
Bartek: Nadszedł czas na królową. Florence Welch (and the Machine) w ogóle powinna już dawno dostać od Polski jakąś odznakę stałej bywalczyni, matrony rodziemej sceny, koncertowej matki narodu. Przyjeżdża do nas od lat i za każdym razem mówi: "Jak dobrze być tu z powrotem". Jak dobrze, Florence, że i ty jesteś! Widać, że dzielimy się obopólnym zaufaniem.
Wbiegła na scenę i nakreśliła: "Everybody Scream". A więc i ona krzyczała, biegała, starała się zabiegać o nasze serca od samego początku. "Shake It Out" rozkręciło słuchaczy, "Which Witch" dodało im mistycznej energii, na tyle, że ktoś za moimi plecami rzucił: "Boże, ona jest taką szeptuchą. Naczelna wiedźma Polski". Spodobało mi się to określenie - faktycznie jest tutaj naczelną wiedźmą. Było oczywiście "Spectrum", "You Got the Love", które za każdym razem kojarzy mi się ze szczęśliwym zakończeniem serii "Seks w wielkim mieście", było też moje ukochane "Hunger" (Weronika podpisuje się pod tym wszystkimi palcami, które teraz zaciekle piszą o Davidzie Byrne'ie).
Weronika: Bosa Florence tradycyjnie sprawiała wrażenie, jakby fruwała nad sceną, a jej mroczna, a jednocześnie przepełniona miłością do całego świata aura roztaczała się na całe pole festiwalowe - od bramy aż po Tenta. Namawiała ludzi do unoszenia się nad tłum - oczywiście za pośrednictwem ramion znajomych, lecz niezaprzeczalnie miało to magiczny klimat. Śmiem twierdzić, że artystka rzuciła urok na polską publiczność, bo tak dużo siły do tańca i zaangażowanie w całe show jest wręcz nielegalne o godzinie 1:00 w nocy. W dalszej części setu nie zabrakło utworów z najnowszej płyty "Everybody Scream", takich jak "Buckle", "One of the Greats" czy "Sympathy Magic", których tekstów widzowie zdążyli dawno wyuczyć się na pamięć. Było też energetyczne "Dog Days Are Over", bez którego nie wyobrażam sobie żadnego występu angielskiej wiedźmy. Klaskanie ludzi do refrenu z pewnością było słychać w całym Trójmieście, a euforyczne "Free" na finał uleczyło dusze wszystkich zgromadzonych. Zaufajcie mi, Florence jeszcze nie raz wróci do Polski zaczarować nas swoim urokiem i to naprawdę nigdy się nie ma prawa się znudzić.































