Bartek: Drugi dzień Open'era zaczęliśmy z nową energią, tak jakby Zara Larsson spuściła na nas jakąś dodatkową wiązkę światła, racząc nas niekończącą się energią. Nawet mój ból brzucha minął szybko, gdy weszliśmy na teren festiwalu. A może to pokłosie Sobla? Może jego głos ma jakieś lecznicze zastosowania? Tego nie wiem, ale wiem na pewno, że zatrzymałem się na jego secie.
Zobacz również:
Sobel, jako jeden z nielicznych na rynku, doskonale opracował sobie syntezę hip-popu i popowego zacięcia. To zacięcie właściwie dominuje, bo za każdym razem widzę u niego więcej, mocniej, twardziej, czulej, bardziej emocjonalnie, a zarazem totalnie z dbaniem o szczegół. Ma kapsułowe okulary, skórzaną kamizelkę, "dziary na pół ryja" i dwa rękawy zapisane w tatuażach - i to jest jego mocą. To wystarczy. Choć nigdy nie byłem fanem jego liryki, a nawet podrasowanego głosu, choć uwielbiam dobrze zmajstrowany auto-tune, jest w nim coś takiego, co przyciąga. To chyba ten głód na "więcej", więc go lubię, bo zawsze wspieram pogoń, jakkolwiek irracjonalna by nie była.
Gdy na scenę wbiegł nagle Oki, już bez kultowego jeżyka, a w zdobiącej glacę łysinie i z pryszczem na czole, którego na wizji raper chciał wydusić, publiczność poderwała się tak energicznie, jakby zapomniała o tym, żeby zostawić sobie trochę energii na kilka kolejnych godzin. Hasło "47" stale robi wrażenie. "On tu wkrótce zagra po północy, tylko musicie w niego wierzyć" - zwizualizował Oki, kreśląc Soblowi przyszły set w najgorętszych godzinach Main Stage'u. Przy "Bandycie" zbiłem pionę z jego klonem, a nawet dostałem trzy łyki darmowego piwa. I skoro tacy "bandyci" do mnie podchodzą z uśmiechem na secie Sobla, wszystko jest na swoim miejscu.
Weronika: Otwarcie festiwalu należało do naszych rodzimych artystów, bowiem tuż przed 17:00 na Tent Stage rozstawiono wielką tęczę i podest, pod którą za chwilę pojawił się My Best Band In The World oraz przewodniczący mu Ralph Kaminski. Artysta zaserwował widzom moc wzruszeń - w końcu właśnie z tego jest znany. Rozpoczął set utworami z najnowszego krążka "Góra", na którym nie brakuje piosenek o miłości - zarówno tej szczęśliwej, jak i tej mniej - tęsknocie oraz samotności. Po policzkach niejednego uczestnika Open'era polały się łzy, a doświadczenie takiego show na sam początek wieczoru było jak katharsis. Obok Tenta standardowo stanął telebim, na którym można było oglądać koncert spoza namiotu. Spora część uczestników zdecydowała się na przeżywanie spokojnych, melancholijnych piosenek Ralpha na kocyku, z zamkniętymi oczami lub będąc wpatrzonym w uciekające chmury na niebie. Doskonale rozumiem tę decyzję - kawałki takie jak "Pocałunki w deszczu" (które przewidziały późniejsze wydarzenia tego dnia), "List z wielkiego miasta" czy "Ania" nie do końca są do słuchania i śpiewania, a raczej do przeżywania.
W drugiej połowie setu nie zabrakło jednak żywszych i starszych utworów Kaminskiego, które zadowoliły tę część publiczności, która zakupiła bilety dla Calvina Harrisa i czekała na wielką wiksę. Podczas "Nie bój się na zapas" na scenę wkroczyła Kobieta Rakieta - bohaterka teledysku, w którą wciela się tancerz i drag queen Sweetie - i zatańczyła choreografię, po której oczy publiczności wręcz wyszły z orbit. Jej vogueing pod barierkami był majstersztykiem, ale kocich ruchów nie można też odmówić samemu Ralphowi. Usłyszeliśmy jeszcze "2009", podczas którego cała widownia "zmuszona została" do skakania, a na finał artysta zaprezentował znane i lubiane "Kosmiczne Energie", po których nikt nie miał już wątpliwości, że właśnie w taki sposób powinno otwierać się scenę. "Kochajcie się!" - wykrzyknął do publiczności Kaminski na pożegnanie. A ja wreszcie przekonałam się, że ten materiał naprawdę pasuje też na festiwale.
Po drodze z Tenta wstąpiłam na Flow Stage, gdzie okazało się, że jazz i klasyczny hip-hop are not dead. Nazwę zespołu Błoto gdzieś już słyszałam, ale jak to zwykle bywa - dzwoniło, choć nie wiedziałam, w którym kościele. Spodziewałam się raczej punkowej grupy, która zmusi mnie do przebrania butów na glany i skakania w moshpicie na środku wielkiej kałuży. Błota i tak by nie było, bo scenę rozstawiono pod namiotem na betonie, ale i tak liczyłam na ostrą jazdę. Okazało się, że ją dostałam, ale w zupełnie innej odsłonie. Formacja pokazała, że Polacy potrafią w jazzowe improwizacje, choć nie pochodzą z Nowego Orleanu. Jednocześnie pamiętają lata 90. i najlepszy czas dla klasyki hip-hopu. Pokochałam energię Błota, ich bezkompromisowość i zjednoczenie. Na scenie widać było porozumienie między muzykami, które zachodziło w powietrzu, bez słów. Brudne, a jednocześnie melodyjne brzmienia, oparte na mocnym basie i perkusji, sprawiły, że z pewnością będę wracać do tych kawałków. Zespół pokazał mi wtedy, że gdyński festiwal ma moc nie tylko spełniania koncertowych marzeń i oglądania takich występów, na które czeka się latami, lecz także odkrywania nowości i showcase'owych poszukiwań. Dzięki, Open'er, za takie perełki.
Bartek: Drugi dzień miał mieć na imię Halsey. I tak też się stało, z tym że szybko okazało się, że wokalistka rzeczywiście nie jest kobietą, tylko samowystarczalnym bogiem. Jeszcze niedawno pytała fanów ze sceny, w której odsłonie ją wolą: rockowej czy popowej, twierdząc, że lubi w sobie syntezę tych dwóch wilków. Jasnej odpowiedzi nie dostała, nie było recepty, ale wygląda na to, że zadecydowała sama - jej set był dziki, rockowy, był ogniem patrzącym na początkowe lata swojego płomyka. W Halsey wstąpiła energia, którą rozdawała na prawo i lewo, już przy openerze "Nightmare". Gdy wybrzmiało "I am not a woman, I'm a god" nie widziałem osoby dookoła mnie, która nie chciałaby wejść w tę religię, gdzie bóstwem jest Halsey, a wyznawcami jej fani. To w końcu trasa "The Girl in the Tower", czyli opowieść o uciśnieniu, walce nie tylko z tymi "wyższymi", ale i walce z samym sobą. Okej, Halsey, może i jesteś "dziewczyną w wieży", ale sama przyznaj, że finalnie na scenie ostało ci się tylko jedno sklepienie dwóch kolumn.
Musiało być "Castle", a więc było, swój czas znalazł też "Dog Years" z "The Great Impersonator", "You Asked for This" i "Experiment on Me" - już było wiadomo, że szybko nie staniemy w miejscu, a wizja bujania się do jakiejś ballady była w tamtym momencie nierealna. Po "honey" Halsey zaśpiewała ciekawą wersję "Closer". To ciekawe, że gdy tylko pojawia się wielki hit, ręce same rosną w górze, telefony biegają nad głowami i próbują uchwycić fragmenty, których w formie wideo już i tak nigdy więcej nie zobaczą.
Akustyczne wejście w "Without Me" było tylko pretekstem przed wielkim dropem, który wymagał od nas, uczestników show tej "dziewczyny w wieży", wiele zaangażowania. Sama Halsey wielokrotnie krzyczała ze sceny: "Kocham tu przyjeżdżać. Gdy lecę do Londynu, zawsze robię sobie tutaj przystanek", "Jesteście niesamowici", "Co za piękny naród, jesteście zwariowani". I tak też się czuliśmy - końcówka, czyli "Lie" i "Gasoline", wyciągnęła ze mnie jakieś ostatki energii, ale głód na więcej nie odpuszczał.
"Polska, rozwaliliście mi łeb" - krzyknęła ze sceny po tym, gdy miała do fanów jedną prośbę. Halsey poprosiła nas, abyśmy skulili się jak najniżej, aby po chwili wyskoczyć w górę i nadać tej rockowej historii troche rave'owego klimatu. Udało się. Halsey zadowolona, ja też, ale niebo zaczęło robić się coraz ciemniejsze. Nagle zaszło chmurami, a na czole poczułem pierwsze krople deszczu. Wizja ewakuacji nie bardzo mi pasowała, a więc Halsey postawiła na "Lonely is the Muse", skutecznie odganiając to, co tam na górze pogroziło trochę palcem. Jej moc udzieliła się wszystkim. Właściwie ucieszyłaby się, gdybym nazwał ją źródłem owej mocy. She's a rockstar!
Weronika: W międzyczasie - gdy ja i Bartek żyliśmy naszym najlepszym życiem pod Mainem, wsłuchując się w rockowe wcielenie Halsey - w ramach wcześniej wspomnianego przeze mnie "showcase'owego poszukiwania" nasz operator Paweł wybrał się na Alter Stage. Tam na scenie pojawił się Don West, po którym żadne z nas nie wiedziało, czego się spodziewać. "Petarda. Motownowe slow granie i mięśniak przy mikrofonie. Laski zachwycone, chłopy liczą na swoją szansę wieczorem" - powiedział Paweł, gdy wrócił z koncertu. Artysta pokazał więc, jak wielką moc ma wygląd i ile można zdziałać w muzyce, będąc australijskim przystojniakiem. Oczywiście żartuję - z pewnością nie wszyscy przyszli na Don Westa, aby zobaczyć jego umięśnioną klatę w obcisłej koszulce i doskonale zarysowaną szczękę. Pod sceną znaleźli się też miłośnicy soulu, zmysłowych melodii, saksofonu i twórczości legend takich jak Marvin Gaye i Curtis Mayfield, od których Don West od dawna czerpie inspiracje, dodając do klasycznej muzyki nowoczesnego sznytu.
Ja po koncercie Halsey wybrałam z kolei Flow Stage, gdzie rozpoczął się koncert supermodel*. Po zobaczeniu na scenie chłopaka ubranego, jak uliczny gangster, bez muzyków, jedynie z laptopem i wizualizacjami wyświetlanymi na ekranie za nim, pomyślałam: "Oho, kolejny autotune'owy raper dla małolatów". Już pierwsza piosenka była dla mnie solidnym uderzeniem w twarz, po którym odrzuciłam wszelkie założenia. Artysta z Los Angeles poruszał się na granicy rapu, choć było to bardziej soft i melodyjne granie. Tracki brzmiały, jakby skręcił je dosłownie chwile temu w piwnicy i był z tego tak dumny, że postanowił zaprezentować je przed Open'erową publicznością. Oczywiście w dobrym tego stwierdzenia znaczeniu - chodzi mi tu o koncept DIY i samowystarczalności w muzyce, do której tak wielu artystów dąży. Produkcja tych utworów była niesamowita, a rapowanie nie było podsycone sztucznym autotune'em. Chwilami czułam, że supermodel* wręcz bełkota do mikrofonu, ale dzięki temu show zyskiwało na naturalności. Nie mogę nie wspomnieć o jego tanecznych ruchach, którymi mnie kupił, przepadłam. Jedna z piosenek sprowokowała artystę nawet do twistu, co było perfekcyjnym kontrastem do jego gangsterskiego wyglądu. "Totalny solo act, chłop sobie sam włączał na laptopie podkłady, a potem do nich rapował. Z biegiem koncertu tracił garderobę. Gdyby Blur grał hip-hop, to tak by to brzmiało" - skomentował Paweł, który wracając z Don Westa wstąpił na kilka utworów i tradycyjnie trafił w samo sedno.
Bartek: Jakoś błogo mi na sercu z faktem, że w trakcie tej lataniny i sprawdzania swoich możliwości kardio, udało się na chwilę przysiąść i posłuchać klasyki. Gdyńska scena Open'era po raz pierwszy wybrzmiała muzyką Chopina. Na głównej scenie stanął Yehuda Prokopowicz, czyli jeden z półfinalistów XIX Międzynarodowego Konkursu Pianistycznego im. Fryderyka Chopina. Koncert fortepianowy e-moll op. 11 Fryderyka Chopina nie był wcale przerywnikiem, przecinkiem w kolejnych przystankach. Dla mnie był koniecznością, a zresztą nie tylko dla mnie. Prokopowicz i Sinfonia Varsovia pod batutą Marty Kluczyńskiej odsunęli w kąt złudzenie braku miejsca klasyki na takim wydarzeniu jak Open'er. Chopin na pewno się teraz gdzieś tam chichra pod nosem.
Weronika: Hasłem naszego drugiego dnia Open'era okazała się "moc", do czego przyczynił się też koncert Idles. Choć nie są to do końca moje klimaty, namówiona przez naszą fotografkę Eris pojawiłam się pod namiotem, aby sprawdzić, co w rockowej trawie piszczy. Już na start przywitały mnie ciężkie brzmienia i headbanging publiczności, która z wielkim zaangażowaniem uczestniczyła w występie brytyjsko-irlandzkiego zespołu. Wytrzymałam zaledwie kilka piosenek, ale ze śmiałością mogę stwierdzić, że to nie wina muzyków, a moja. Dla fanów musiało to być niesamowite przeżycie; dla osób, które nie obracają się w tak mocnych klimatach i nie są zaznajomieni z twórczością formacji - już trochę mniej. Mało śpiewu, więcej krzyku, melorecytacji i wystawiania środkowych palców do wszystkich złości tego świata. Nie zabrakło miejsca na gitarowe solówki. Rozkręcane przy każdej kolejnej piosence moshpity podczas "I'm Scum" powiększyły się kilkukrotnie i zaprosiły do środka gitarzystów zespołu. Doskonale patrzyło się na obijających się o słuchaczy artystów, dla których scena nie jest barierą, a pomostem. "Chcę tylko powiedzieć, że dziękuję, że przekazujecie nam tyle energii" - krzyczał do publiczności wokalista, ale dla mnie energia osiągnęła już poziom przekraczający normę, więc zostawiłam Idles w ich świecie.
Bartek: Nick Cave & The Bad Seeds powrócili z nowym albumem "Wild God" w zeszłym roku i zaczęli swój set mocnym wejściem - od ostatniej, już 18. w ich dorobku płyty. Przy "Get Ready for Love" czułem, że to będzie długa podróż, ale nie spodziewałem się, że potrwa aż dwie godziny. W zasadzie to prawdziwa gratka dla fanów, bo jak upchać twarde intro z późniejszym zagłaskaniem słuchacza, przechodząc w międzyczasie z gospelowego sznytu do szczerej spowiedzi? Nick Cave doskonale wiedział, jak to zrobić, i udowodnił nam to, choć wcale nie musiał przecież nic udowadniać.
Był rock and roll, były momenty nostalgii ("O Children"), powrót żyznego rocka w "Tupelo" i bluesowy "Red Right Hand". Najbardziej ujmowały mnie jednak momenty, o czym przypomniał mi nasz wideo-Paweł, srogich kazań i kaznodziejskiej gadki. To było trochę jak ponowne narodzenie kultu, który od lat ma się świetnie. Cave spędził czas na scenie w kontakcie fizycznym ze swoimi wiernymi, a nawet wyznawcami.
Gdy deszcz całkowicie się już zadomowił, jakoś w okolicach przedostatniego kawałka "Hollywood", nie wiadomo było, czy krople na twarzy Cave'a zwiastują emocjonalne pęknięcie czy raczej zwykłe tarcie się po mokrej scenie nad gołym niebem. Wierzę, tak jak reszta naszego zespołu, że pierwsza opcja jest tu najbardziej prawdopodobna - piosenka jest zmaganiem się gwiazdora z tragiczną śmiercią jego 15-letniego syna, stąd wizja szczerego płaczu Cave'a przybiera jeszcze bardziej na wadze i prawdopodobieństwie. "The World Is Coming" - zewsząd pokazywały telebimy, a "Into My Arms" zamknęło dwugodzinne zmaganie się Australijczyka. To był piękny moment. Deszcz okazał się tutaj płatnym aktorem i kurtyną, której każdy z nas potrzebował.
Weronika: W trakcie Nicka Cave'a w namiocie odbywał się koncert, którego nie mogłam przegapić - głównie z queerowego obowiązku. Postanowiłam na kilka chwil urwać się z Maina i popędziłam do Tenta, gdzie na scenie szalała już Reneé Rapp. Mocą amerykańskiej artystki tego dnia okazała się naturalność - bez zbędnych ozdobników, rozbudowanej scenografii i narracji show potrafiła zatrzymać przy sobie cały namiot ludzi, którzy mieli też przecież do wyboru legendę na głównej scenie. Znana z potężnej skali głosu piosenkarka pokazała, że emocje i siła wokalu potrafią zdziałać cuda. Większość setlisty złożyła się z utworów z drugiego albumu Reneé - "BITE ME". Było więc "I Can't Have You Around Me Anymore", "I Think I Like You Better When You're Gone" czy "Good Girl". Powrót do przeszłości nastąpił z kolei dzięki numerom "Snow Angel", "Talk Too Much" czy "Tummy Hurts", którymi artystka przypomniała swój debiut. Każdy fan mógł być więc zadowolony - Reneé postawiła na przekrojówkę, nie zapominając o żadnym etapie swojej kariery. Pop-rockowe klimaty, zahaczające chwilami o R'n'B, były przyjemne w odbiorze i nie wymagały zbyt dużego wysiłku od słuchaczy. Koncert był trochę jak zupa pomidorowa - każdego ulubiona, komfortowa, ale bez polotu. Razem z Bartkiem zgodnie stwierdziliśmy, że zawiedliśmy się na show Amerykanki. Liczyliśmy na większego powera i jakąś historię. Dostaliśmy jedynie żywą energię, melodyjne piosenki i mocny głos Reneé Rapp. Ale czy to nie powinno wystarczyć?
Bartek: Zapukałem na chwilę na set Darii ze Śląska i spotkałem się z blokowiskiem, wielką smugą czerwonego światła i nostalgią, która ciągnęła się i ciągnęła. To chyba nie był dla mnie idealny moment na odlot, podróż w głąb. Ludzie dookoła byli zaczarowani, każdy w swoim świecie, i ja też tego świata szukałem, bo poczułem presję. Po jakiejś trzeciej piosence uświadomiłem sobie, że przecież nic nie muszę, a presja na Open'erze to jak chrabąszcz atakujący Weronikę - niepotrzebny i nieprzyjemny dodatek.
Weronika: Tego dnia chętnie powracałam na Flow Stage, więc nie mogło zabraknąć mnie też na koncercie finałowym sceny. Choć tak naprawdę już w momencie ogłoszenia Maksa Tachasiuka na Open'erze wiedziałam, że to występ, na którym mam obowiązek być. Śledzenie jego rozwijającej się kariery od pierwszego koncertu na Next Feście (byłam tam, historia się pisała) daje mi wyjątkową satysfakcję i wiarę w to, że na polskiej scenie wciąż jest miejsce dla komfortowych pop songów, tworzonych z ogromną uważnością i szczerością. Każdą kolejną piosenką artysta udowadnia, że slogan "chłopaki nie płaczą" już dawno odszedł w zapomnienie - chłopaki teraz śpiewają o emocjach, nie boją się swoich słabości i potrzebują miłości, tak jak każdy. Show oparło się więc na wzruszeniach i nostalgicznych melodiach, choć nie brakowało w tym gitarowego zacięcia.
Debiutancki album Maksa - "Wieje" - wyszedł zaledwie kilka miesięcy temu, więc bardzo czekałam na usłyszenie nowości na żywo. Utwory takie jak tytułowy czy "Zły, najgorszy sen" wybrzmiały magicznie i nie dało się nie dostrzec dumy w oczach artysty, gdy wreszcie mógł zaprezentować coś nad czym tak długo i skrupulatnie pracował, tak dużej publiczności. Jak sam przyznał, Open'er ma w jego sercu szczególne znaczenie, bowiem w 2017 r., gdy miał 13 lat, to tutaj przyszedł na swój pierwszy świadomy koncert. Do pokołysania się i pośpiewania były z kolei "Psy", "Firdygałki" czy moja ukochana "Czerwień" - doskonale znane już przez słuchaczy artysty. Publiczność klaskała, bujała się i widać było, że Maks może liczyć na ich wsparcie. Choć z pewnością stresował go pierwszy raz na tak dużym festiwalu, na scenie pokazał pewność siebie i kunszt muzyczny, którego mogliby pozazdrościć mu niejedni znani artyści. Niezmiennie życzę mu jeszcze więcej największych scen, bo o taki pop na polskim podwórku walczyłam.
Bartek: Deszcz hulał w najlepsze, a ferajna fanów Calvina Harrisa, a może raczej - nie oszukujmy się - po prostu muzyki klubowej, wybiegła na pole i oddała się zabawie w deszczu. No był to dość kinowy obrazek, muszę przyznać. Normalnie dołączyłbym, ale już i tak byłem przemoczony, a los ofiarował mi jeden wygodny fotel, który o tej porze w vipowskiej strefie brzmi jak bajka, a może i nawet legenda. Tak więc założyłem nogę na nogę i zacząłem nią bujać. Bo do Harrisa trzeba po prostu się bujać, trzeba tańczyć, trzeba skakać do remiksu "This Is What You Came For" Rihanny i trzeba nie dbać o mokre włosy, nawet gdy na stopach ma się tylko letnie rzemyki. Uznaliśmy z ekipą, że to było mocne zakończenie - w końcu na słowo przewodnie drugiego dnia, "moc", wpadliśmy, opuszczając już bramy. Skoro taka była nasza ostatnia myśl nocy, nie mogło być lepiej.
























