Weronika: Pierwszy z koncertów na Alter Stage należał tego dnia do przedstawicieli polskiej sceny. Słońce ogarniające Gdynię, przepędzające wczorajszą wichurę i deszcz, namówiło mnie do tego, aby trochę poeksplorować, więc wybrałam się na koncert, o którym nie wiedziałam prawie nic. Spodziewałam się jedynie saksofonu i ciekawych produkcji, bo m.in. po Męskim Graniu wiem, że Kuba Więcek właśnie w tym się specjalizuje. Ostatecznie dostałam to plus jeszcze dynamiczny rap, pianino, elektroniczne dźwięki i klimat rodem ze starego garażu, w którym z pewnością muzycy odbywali swoje próby. Nieco chaotyczny hip-hopowiec i skrupulatny aranżer razem na scenie - czy to mogło wyjść?
Koza i Kuba Więcek pokazali, że muzyki opartej na saksofonie i pianinie wcale nie trzeba słuchać ubranym w garnitur, siedząc w filharmonii, ale można też na Open'erze, w luźnej atmosferze, w towarzystwie ostrych tekstów. Raperowi nie można odmówić skilla - opowiada szybko i dosadnie, a jedyne chwile na oddech znajdywał dzięki solówkom swojego scenicznego partnera. Kuba z kolei nie tylko grał, ale też na bieżąco miksował całość brzmienia. Widać było, że panowie długo pracowali nad swoim projektem i stworzyli coś, czego na polskiej scenie wciąż jest mało. Jak sami przyznali - nagrali razem aż trzy płyty - w związku z czym musieli naprawdę dobrze się dogadywać. Podczas występu widać było między nimi porozumienie i to, że spędzili razem w studiu niemało czasu. Choć byli osobno, to jednak zawsze zgrani, zawsze dopełniający się nawzajem. Takie duety to czysta przyjemność.
Zobacz również:
Bartek: Wero bawiła się na Kozie i Kubie Więcku, a ja od razu, tuż po sondzie, którą już niedługo się z wami podzielimy, pobiegłem w stronę Maine'a na Addison. Ta dziewczyna od lat mnie fascynuje, choć tak naprawdę nie wiem, skąd ta fascynacja się bierze. Może wpływa na to jej głód sławy, może chce zburzyć oczekiwania kładzione na nią od lat, a może być też tak, że po prostu lubi muzę. Nie musi być jej wizjonerką, nie musi działać na niezliczonej ilości oktaw. Może być tą śmieszną Addison z TikToka po rebrandingu i to jest wystarczające.
Set składał się oczywiście z materiału krążka "Addison", było też "I got it bad" z pamiętnej EP-ki czy "Von dutch a.g. cook remix", podczas którego Ad wyłapała z tłumu fana, który musiał krzyczeć tyle, ile sił w płucach. "Jesteś gotowy na przeraźliwy krzyk?" - zapytała z fosy. To przecież stały fragment show, a ekscytuje za każdym razem tak, jak wybranie szczęśliwca przez Zarę Larsson w "Lush Life".
"Gdy dorastałam, moja mama zawsze mówiła mi, żebym dbała o swoje finanse. Mówiła, że właśnie wtedy nie będę musiała polegać na żadnym mężczyźnie z nadzieją opieki" - opowiedziała Addison przed "Money is Everything" i stwierdziła tym samym, że nie zabierze pieniędzy do nieba. W istocie cały set Addison był skonstruowany na podobieństwo dążenia do rozgłosu, popularności, mitycznej wizji sławy. Hołd oddany Britney Spears, jako całość, też bardzo mnie wzruszył. To pierwszy koncert, a zdarłem gardło. Słońce było pewne w swoim miejscu na niebie, więc wpłynęło na atmosferę, której nie miała dość sama Ad - po zakończeniu chodziła jeszcze chwilę po scenie, rozmawiała z fanami, paliła papierosa (jak i w trakcie występu) i zapowiedziała, że wróci. Polska stała się ostatnim przystankiem na jej trasie, dlatego musiała się godnie pożegnać, to jasne. Nie wiadomo przecież, kiedy i na jaką scenę wróci w przyszłości.
Przypominam, że recenzję albumu "Addison" przeczytacie o tutaj. "Ostatnio w lodziarni dostałem sorbet mango zamiast truskawkowego" - piszę w niej, więc jeśli to was nie zachęci, nie wiem, co jest w stanie to zrobić.
Weronika: "What's up, Poland?" - krzyknęła LP, wkraczając na Tenta, wraz ze swoimi muzykami. Choć promienie słońca nie docierały pod namiot, piosenkarka wprowadziła gorącą atmosferę i wręcz pustynny klimat - cały koncert miałam wrażenie, jakby na scenę wszedł jednak kowboj z amerykańskich westernów i postanowił zabawić strudzonych upałem towarzyszy swoim ukulele. "Girls Go Wild" wybrzmiało z przytupem, wzbogacone na koniec niczym innym, jak popisem gwizdania - jak na rasowego westernowca przystało. Muzycy towarzyszący LP dopełniali atmosferę zarówno swoją aparycją, melodiami, jak i stylówkami - królowały w nich hipisowskie dzwony, welury i koronki. No i oczywiście kowbojski kapelusz głównej gwiazdy - choć, gdyby go zabrakło, wciąż nie miałabym wątpliwości, że LP naoglądała się dużo Johna Forda i Sergio Leone w swoim życiu.
Amerykańska artystka już nieraz odwiedzała Polskę, więc fani doskonale wiedzieli czego spodziewać się po jej koncercie. LP zaserwowała potężną dawkę pop-rockowych brzmień, dojrzałej energii i mocnego wokalu. Na Tencie wybrzmiały hity takie jak "When We're High", "Everybody's Falling in Love" czy uwielbiane "Lost On You". W pewnym momencie artystka przyznała, że poprzedniego dnia, gdy kładła się spać, nie czuła się najlepiej. Rano w dzień koncertu wstała chora, lecz polska publiczność dała jej tyle ciepła i wsparcia, że kłopoty ze zdrowiem odeszły w zapomnienie. "Tak dawno was nie widziałam!" - mówiła uradowana LP, gdy cała publiczność piszczała na jej widok. "Kocham was" - dodawała ze sceny. Występ ten naładował mnie pozytywną energią na resztę wieczoru i sprawił, że naprawdę doceniłam twórczość amerykańskiej artystki, dotychczas kojarzonej przeze mnie raczej jako "on- hit wonder".
Bartek: Zdążyłem na fragment występu Luvcat, czyli na ciekawy projekt Sophie Morgan. Jej romantyzm, mądry alt-pop, teatralność połączona z nowoczesnym przekazem i chętka na więcej sprawiły, że po ubiegłorocznym debiucie "Vicious Delicious" artystka szybko zapowiedziała EP-kę "Lovebites", która ukazała się 22 maja br.
"Lipstick", "Alien", "Matador", czyli wielka trójka, wybrzmiała najpierw. Szkoda, że na nią nie zdążyłem, ale w zamian dostałem "Electric Chair" i utwór "Emma Dilemma", więc najs. Sophie kojarzy mi się ze zdrową wersją Amy Winehouse - nie wiem, czy to dobrze, ale rzeczywiście tak jest. Słońce jeszcze było w górze, nadzieja na mocny ostatni dzień nie słabła, i choć nie zostałem na cały set Luvcat, dodała mi trochę energii w połowie drogi do punktu medialnego. Dzięki Luvcat zapomniałem też na chwilę, że strasznie chciało mi się siku. Misja udana.
Weronika: O 20:00 na terenie festiwalu było już tak dużo osób, że z trudnością poruszałam się między scenami - tworzyły się korki co najmniej tak duże, jak w centrum Warszawy w godzinach szczytu. O kolejkach do wszelkich stref i trucków z jedzeniem nawet nie wspomnę. Przedarłam się jednak przez tłum Openerowiczów i dotarłam pod scenę główną dosłownie w tej samej sekundzie, w której Teddy Swims rozpoczynał swój set. Najpierw na telebimach pojawił się specjalny filmik, a dopiero później artysta wkroczył na scenę, wraz ze swoim zespołem, w rytm "The Door". Wyglądał jak rasowy bad boy, choć jego soulową duszę słychać było już od pierwszych dźwięków. Amerykańskiego artystę wokalnie wsparł chórek, dzięki któremu niektóre z kawałków wybrzmiały wręcz gospelowo. W całości wyczuć się dało zamiłowanie Swimsa do rytmu, bluesa i gitar oraz wpływy największych nazwisk R&B. Królował jednak przede wszystkim charakterystyczny, zachrypnięty głos wokalisty, którego potęga rozchodziła się po całym terenie festiwalu.
Zachodzące wówczas słońce doskonale dopełniało atmosferę panującą na koncercie. Właśnie przy takiej okazji najlepiej słuchało się utworów takich jak "Are You Even Real" czy "Bad Dreams". Gdy pod koniec zaprezentował znane "Lose Control" widownia wręcz odpłynęła, wraz ze złotymi promieniami odchodzącymi za horyzont. Oprócz hitów, Teddy zadbał o każdy szczegół scenografii, dzięki której jego show był opowieścią. Na scenie znalazły się m.in. lampy, ramki z obrazkami, sofa, na której chwilami zasiadał chórek artysty, stare, obdrapane drzwi, a gdzieś w tle dostrzegłam nawet wiszącą, wypchaną kaczkę. Można powiedzieć, że piosenkarz zaprosił nas więc do swojego domu - komfortowego miejsca, w którym każdy mógł odnaleźć cząstkę siebie i to właśnie dzięki jego muzyce. Nasza fotografka, Eris, przyjęła zaproszenie muzyka - była zachwycona nastrojem koncertu i kunsztem Swimsa. Mnie tego wieczoru bardziej przekonał jednak kolejny występ, który był czymś nieoczekiwanym i przyćmił wszystkie dotychczasowe. Ale o tym więcej opowie Bartek...
Bartek: Koncert Jade był najlepszą chwilą, jaka spotkała mnie na Opene'rze 2026. Czekałem na jej występ od miesięcy, bo kocham "That's Showbiz, Baby!", kocham jej głos, dzielę z nią przekonania, no po prostu kocham ją całą. W recenzji jej debiutanckiego albumu, którą przeczytasz tutaj, pisałem, że do twarzy jej we własnych zasadach. To nadal aktualna prawda.
"Jestem pierwszy raz w Polsce i zmurowało mnie", "Jesteście najlepszą publicznością, jaką miałam", "Nie wiedziałam, że Polska tak wymiata", "Wasza energia mnie powala", "Polska, bijecie na łeb inne kraje" - krzyczała ze sceny Jade, a jak tylko zabierała się za pochwalny ton, wyciągałem telefon, żeby zapisać jej słowa. Szkoda, że nie da się jakoś na twardym dysku zapisać tajemnic jej głosiska, bo to, co Jade robi z wokalem, nie ujmując tym samym choreografii i show, powinno być naukowo badane.
W setliście nie zabrakło hołdu dla Little Mix, co uznałem za urocze, ale nie jakoś bardzo potrzebne. Wolałbym usłyszeć "Unconditional" z "TSB!" albo "Lip Service", jednak to zrozumiałe, że fani kochają throwbacki. Tent wypełniony był po brzegi, a znajomi, których zaciągnąłem na jej show, przyznali, że nigdy tak dobrze się nie bawili. A nie mówiłem?!
"'Angel Of My Dreams' stał się lead singlem ponad rok temu, a nadal robi mi dobrze. Ciary to mało powiedziane. Produkcja jest po prostu mistrzostwem, a struktura utworu, czyli mocny, klubowy bit, przeplatany chóralnością, przesadą, idealnie pasuje do zamysłu historii Jade. Mowa tu o blaskach i cieniach popularności, "dealach" i kontraktach, które potrafią zamknąć artystę w złotej klatce - "Angel Of My Dreams" to kartka wyrwana z pamiętnika Jade, to wdzięczność i wylanie żalu, to zapomnienie o sobie i własnych wartościach, polubienie nowych szans i zmiażdżenie starych" - pisałem w recenzji i zazdroszczę teraz temu Bartkowi, który pisząc ją jeszcze nie wie, że za kilka miesięcy straci głos do tego kawałka. Powiedzieć, że było warto, to jak przemilczeć całą sprawę.
Po Jade, której długo nie zapomnę, rozpoczęliśmy solidny bieg na Jennie. O odległości pomiędzy Main Stage i Tentem krążą legendy, ale prawda jest taka, że można ją zrozumieć tylko wtedy, gdy się ją przejdzie, szczególnie po koncercie, na którym zdarło się gardło i wyjątkowo mocno obciążyło nogi.
Bartek: Nie jestem jakimś wybitnym fanem k-popu, ale wyszło na to, że wcale nie musiałem być. Set Jennie był wypełniony popowymi produkcjami i krążył wokół scenariusza, którego nie powstydziłyby się największe nazwiska wypełniające stadiony. Jasne, BLACKPINK może się pochwalić wielkim fandomem, jednak nigdy nie wiadomo, jak koncertowanie solo wpłynie na bieg kariery. Były lightsticki (potwierdzimy to w sondzie), byli ojcowie z córkami na barkach, były nawet hity, które laik gdzieś słyszał, nawet mimochodem. Usłyszałem "One Of The Girls" z "The Idol" (nadal nie rozumiem, dlaczego show The Weeknda z Lily-Rose Depp zebrał takie bęcki) i remiks "Draculi", więc moja popowa dusza została zaspokojona. Gdy Tame Impala pojawia się nawet jako wspomnienie i dodatek, jestem w siódmym niebie. Odkryłem "Starlight", czyli piosenkę z krążka "Ruby", i od razu po skończeniu koncertu dodałem ją do playlisty. Nie było czasu na rozwodzenie, bo musieliśmy wracać na Tenta. PinkPantheress już rozgrzewała się na backstage'u. Ten jeden raz poszliśmy za tłumem.
Weronika: Nie mogłam odpuścić sobie koncertu naczelnych fanów Open'er Festivalu, czyli zespołu Lordofon. W końcu kilka lat temu nagrali nawet piosenkę "Opener" sprytnie manifestując sobie występ na gdyńskiej imprezie. To był ich drugi raz tutaj, więc szok i nostalgia były może trochę mniejsze, ale wciąż obecne. W odróżnieniu od Huberta - grającego w zespole na klawiszach - który tego wieczoru wybrał jednak koncert w Niemczech, ze swoją pierwszą formacją. Na Alter Stage pojawili się więc Maciek i Michał, którzy w swoim stylu przeprowadzili publiczność przez twórczość Lordofonu, dodając do mieszanki hitów sporo żartów i elementów stand-upowych. I właśnie między innymi za to ich uwielbiam - za luz, za autentyczność i za zabawną konferansjerkę. Bo o trafiających w samo sedno tekstach i wielowartswowych melodiach wspominać chyba nie muszę.
Chłopaki z Lordofonu już na samym wstępie wymyślili, że chcieliby nieco zmienić zasady panujące na festiwalu i porposili publikę o niekrzyczenie. Za każdym razem, gdy wołali "Zróbcie wielki hałas", publiczność miała w zamian pozostawać w absolutnej ciszy i jedynie podnosić kciuki do góry. "Ale to jest głupie" - stwierdził ze śmiechem po kilku piosenkach wokalista, lecz fani trwali w nowo wymyślonej tradycji aż do samego końca. W formie przerywnika zespół wprowadził też grę w "Co? Jajco" - na znak lewa strona widowni pytała, a prawa odpowiadała. Żarty żartami, ale Lordofon naprawdę dał świetny występ na Open'erze, ponownie udowadniając, że nie tylko dzięki odpowiedniej piosence się tu dostali. Tradycyjnie najbardziej podobały mi się melodyjne kawałki, takie jak "Francoise Hardy", ale nie zabrakło też tzw. "ostrej jazdy" przy "Grawitacji" czy "Figaro". W środku setu wybrzmiał "Opener", ale Michałowi i Maćkowi wyraźnie było mało, bowiem na sam finał powtórzyli - wraz z rozśpiewaną publicznością - kultową już piosenkę. "Bo kiedyś wciąż trwał letni dzień, wciąż zachodziło sło" - lepszymi słowami nie mogłam zakończyć tego festiwalowego czasu.
Bartek: Na PinkPantheress trochę się zawiodłem. Nie wiem, czy to pokłosie lekkiego zmęczenia i ciężkiej od chłodu głowy (znów stałem się babuszką za sprawą chusty na głowie, tym razem żółtej), czy może kwestia niedopchania się w głąb tłumu. Kontakt z publicznością znikomy, choć Pink i tak z niego nie słynie. Robi swoje i robi to dobrze - outfit na piątkę, charyzmatyczny DJ za plecami i w punkt podkręcony auto-tune. Zaskoczyła mnie zawarciem "Another life" z "Heaven knows", a potem już poleciało taśmowo. Usłyszałem "Angel", więc już byłem spełniony, jednak to dopiero "Stars" rozkręciło finalną imprezę. Sporo dance break'ów, a 23 utwory to tylko liczba - większość z nich trwa niewiele więcej niż dwie minuty. Wszystko dążyło do finału z "Illegal" - PinkPantheress nie zachowała dynamicznego intro, ale to nic. Niewiele już mogło mnie znużyć, bo gdy wyszedłem z Tenta, dowiedziałem się, że słońce już dawno opuściło teren festiwalu. Podsumowując - Pink jest fajna do pobujania, bardzo ją lubię również przez zabawną osobowość. Lepiej być na secie Pink, aniżeli nie być. Szybkie ogrzanie, kebs i transfer na Peggy Gou. Słońce uratowało wszystko - nadal uważam, że to wszystko dzięki "Midnight Sun". Open'er, buźka, pa!




















