Weronika Figiel, Interia Muzyka: To twój pierwszy raz na Open'erze. Jak się z tym czujesz?
Maks Tachasiuk: - Super się czuję! Tym bardziej, że przypomniałem sobie wczoraj albo przedwczoraj, że na Open'erze był mój pierwszy koncert, na jakim byłem. Miałem 13 lat, Open'er 2017, przyszedłem ze starszym bratem, bo byłem za młody. To było moje pierwsze doświadczenie koncertowe w życiu, więc super tu grać.
Historia zatacza koło! Masz taką nietypową godzinę na granie, bo wpół do pierwszej w nocy. To wyzwanie?
- Tak, to prawda, już po dobranocce. Ale czy wyzwanie? Nigdy nie graliśmy jeszcze tak późno, ale zdarzało się blisko tej godziny (śmiech). Mam nadzieję, że damy radę. Napój odpowiedni przyjmiemy - energetyzujący. Nie no, mam nadzieję, że publiczność dopisze, ale sam fakt, że tutaj gramy...
To było od zawsze twoje marzenie?
- Jako osoba całe życie z Pomorza, a od około czterech lat stricte z Trójmiasta, czuję taki kulturalny impact tego festiwalu. Nie wiem, czy on nie jest przypadkiem największy w Polsce - mogę się mylić, ale na pewno jeden z największych. Także tak, mega!
To lato jest dla ciebie dosyć festiwalowe, bo nie tylko Open'er, ale też BitterSweet, Męskie Granie, dużo innych koncertów plenerowych. Co robisz, żeby zatrzymać przy sobie tę festiwalową publiczność, która nie zawsze jest łatwa?
- Staramy się utrzymywać delikatny kontakt z publicznością. Wiem, że niektórzy tego nie lubią, a niektórzy to bardzo lubią - jak artysta, zamiast śpiewać, coś tam gada ze sceny. Staram się nie przeginać z tym i staramy się robić wszystko, żeby dać się polubić. Staram się też wierzyć w moją muzę, mimo tego, że czasami mam kryzysy, szczególnie przed jej wydaniem. Zespół jest super! Zapraszamy i postaramy się nie zawieść na koncertach.
Jak wyglądają kulisy takiej letniej trasy? To tylko zupki chińskie na kolację i spanie w samochodzie czy dajecie radę pogodzić to z normalnym życiem?
- Nie, my w zespole bardzo dbamy o zdrowie, bardzo dbamy o sport. Artur chodzi na siłownię, ja zacząłem biegać - tak jak większość osób, które nie wiedzą, co zrobić ze swoją osobowością (śmiech). Także u nas jest sport. Między próbą a koncertem zazwyczaj gramy w zośkę, mamy poziom światowy. Ostatnio udało nam się, między trzema członkami zespołu, dobić do siedmiu odbić, więc będziemy startować w olimpiadzie, jeżeli już otworzą konkurencję.
Poza byciem artystą jesteś też studentem. Jak godzisz te dwie role?
- To dużo ciężej pogodzić. Działa to na zasadzie sinusoidy - czasami bardziej się trzeba skupić na muzie, czasami bardziej się trzeba skupić na studiach. Wydaje mi się, że to jest w miarę jasne, czemu moje serce jest bliższe. Ale studia zacząłem zanim zacząłem wydawać muzykę, więc nie myślałem, żeby je rzucać ani nic z tych rzeczy. Jestem już całkiem blisko końca, więc zobaczymy, jak to będzie później, gdy zostanie tylko muza w zasadzie i będzie głównym projektem.
Jesteś kilka miesięcy po wydaniu debiutanckiej płyty, ludzie już od pewnego czasu mogą jej słuchać. Jak się z tym czujesz, kiedy ten album jest już czyjś, a nie tylko twój?
- Bardzo czekałem na moment jej wydania. I rzeczywiście, było w tym materiale coś takiego, że chciałem go z siebie... może nie wyrzucić, pozbyć się, ale doprowadzić do takiego stanu, gdzie ludzie mogą słuchać, przeżywać. Nie tylko ja. Bo te piosenki długo kisiły się we mnie - te myśli, które potem przeradzały się w utwory. Odzew był fantastyczny - bardzo dużo miłych wiadomości dostałem po premierze. Sam proces pisania, szczególnie pod koniec tworzenia i finalizowania wszystkich produkcji, wiele mnie nauczył. W zasadzie każdy kawałek był czymś, czego uczyłem się o sobie, ale też o muzyce. Bardzo cenny był to etap. Ta debiutancka płyta daje też fajny wstęp - jestem trochę bardziej otwarty na to, co dalej. Bo miałem gonitwę myśli, ale finalnie zamknąłem ją w koncepcie piosenek skupionych wokół mnie i mojej głowy. Z tym tematem w większości się rozprawiłem i mogę szukać czegoś delikatnie innego, może trochę poza mną, mniej osobistego. Zobaczymy, to jest jeszcze niewiadoma. Paradoksalnie jest uczucie nie wypalenia, ale takiej większej wolności.
Które piosenki najlepiej gra ci się na żywo?
- Bardzo lubię grać "Wieje". Tytułowy numer z płyty to jest chyba mój ulubiony numer. Może na równi z piosenką "Morze" - to też lubię grać. One powstały z potrzeby serca - stricte tekstowo - ale też z potrzeby delikatnego rocka, żeby coś bardziej gitarowego wprowadzić, i do repertuaru koncertowego, i ogólnie do repertuaru artystycznego. Ja lubię się w ten sposób wyrażać i te dwa utwory są mi bardzo bliskie.
Jesteśmy mniej więcej w połowie roku - jak podsumowałbyś ostatnich sześć miesięcy swojej kariery?
- Szaleństwo, szaleństwo! Mnóstwo pozytywnych zaskoczeń, mnóstwo rzeczy, na które mam wrażenie, że nie zasługuję... Jestem tak wdzięczny za wszystko, co się dzieje wokół mojej muzyki, za cały odzew, za wyróżnienia, za zaproszenia na festiwale. To jest wszystko tak duże, tak poza moją głową, że szok.
Co przewidujesz na kolejne pół roku?
- Na jesień mamy plany wydawnicze - to mogę zdradzić. Będzie fajna muza. Także wracamy, a może nawet jeszcze pod koniec wakacji uda się coś wydać. Tego bym wyczekiwał na miejscu słuchaczy. Może też uda się troszkę solowych koncertów, ale nie chcę nic obiecywać, bo wiesz...










