Tymoteusz Hołysz, Interia Muzyka: "Well, actually...", o którym rozmawialiśmy już przy okazji premiery, wyszło w zeszłym roku. Jak przez ten czas ten materiał w was ewoluował? Znalazłyście coś nowego, coś odkryłyście, coś się zmieniło?
Kateryna Ziabliuk: Na pewno jesteśmy zespołem, który na scenie brzmi zupełnie inaczej niż na płycie. I za każdym koncertem pojawiają się nowe aranżacje, których dzisiaj też będzie dosyć sporo, zakładam. Dużo będzie również improwizacji.
Kamila Drabek: Jak to mówią, kreatywni ludzie się nie nudzą, więc znajdujemy coraz to nowe pomysły na wykorzystanie tych utworów.
Patrycja Wybrańczyk: Tak jest. Dodatkowo, jak na wielu koncertach w tym sezonie mogłyśmy te utwory z płyty pozmieniać i przearanżować, tak ostatnio idziemy w tak ekstremalną stronę, że wracamy do formy płytowej. Różne rzeczy się dzieją. Historia zatacza koło.
Jak wygląda proces znajdowania tych elementów, które należy rozbudować, a które troszkę rozebrać?
Monika Muc: Jest to proces albo zamierzony, albo spontaniczny. Szukamy, dużo o tym dyskutujemy. Często przed koncertami mamy takie krótkie rozmowy i dziewczyny - ja czasem też - znajdujemy nowe pomysły, nowe koncepty. Potem je proponujemy, wykorzystujemy i sprawdzamy. Właśnie dzisiaj pomyślałam sobie, że jednak tyle razy grałyśmy już ten materiał, a on miał całkowicie różne kształty. To jest ciekawe. Ciekawe jest też to, że najpierw nagrywa się płytę, a dopiero potem tak naprawdę poznaje ten materiał. To po prostu interesujący proces i możliwość obserwowania tego.
Kateryna Ziabliuk: Wiele nowych rzeczy powstaje dzięki temu, że mniej więcej znamy kolejność tego, co ma się wydarzyć. Ale kiedy coś się wysypie - albo może lepiej powiedzieć: pójdzie w inną stronę - wszyscy po prostu to podłapują i nikt się nie obraża. Każdy jest otwarty.
Patrycja Wybrańczyk: Myślę też, że matką naszych zmian w materiale jest to, że musimy grać coś, co cały czas trzyma nas w napięciu i niepewności, dostarcza nam emocji. Jesteśmy szczęśliwe, że możemy wykonywać muzykę, która nie jest powtarzalna na każdym koncercie i na każdej scenie. Czy to scena klubowa, festiwalowa, eksperymentalna, czy bardzo jazzowa i ułożona - zawsze wpływa to w drastyczny wręcz sposób na kształt kompozycji. To jest nasz atut. W dzisiejszym świecie chyba więcej jest projektów, które mają ustalony set, często nawet kolejność i formę.
Grając na OFF Festivalu, który jest taką dużą mieszanką gatunków, myślicie bardziej o publiczności obcującej z jazzem czy raczej o tych osobach, które na co dzień nie mają z nim styczności?
Kamila Drabek: Chyba nie myślałyśmy o tym aż tak bardzo.
Monika Muc: Przepraszam, tutaj wtrącę, mówiłyśmy jednak, że pozwolimy sobie na więcej swobody i eksperymentu, bo OFF rządzi się tymi prawami, czyli bezprawiem.
Kateryna Ziabliuk: Prawda, prawda, tylko prawda.
Kamila Drabek: Myślimy, że publiczność będzie się najlepiej bawić, jeśli my będziemy się dobrze bawić, czuć się swobodnie i grać to, co nam w duszy gra. Nie będziemy niczego sztucznie ograniczać ani porządkować. Wtedy wszyscy będą się dobrze bawić.
Patrycja Wybrańczyk: Mamy też doświadczenia z OFF-u - czy to z Ciśnieniem, czy z MIDI 4, czy z Ninja Episkopat. Niektóre z nas stawiały stawiały tam pierwsze kroki. Wiemy, że celujemy w super publiczność, która odpowie olbrzymią energią. Mamy też nadzieję, że wszyscy zmieszczą się w namiocie, bo to nie zawsze jest oczywiste.
Wydałyście już trzy albumy. O ostatnim troszeczkę rozmawialiśmy, a co dzieje się z kolejnym materiałem? Powstaje? Jest na etapie kiełkowania?
Kamila Drabek: Jakoś tam kiełkuje. Pomysły się klarują, koncepcje. Gotujemy się do podjęcia kolejnych kroków, inspiracja już powoli w nas kipi. Jest dużo pomysłów. Rozważamy nagranie kolejnej płyty live, żeby zachować tę żywą energię, która jest podczas koncertów. Może pojawi się też jakiś gościnny smaczek. Takie są pomysły.
Na poprzedniej płycie pojawia się też sporo pytań i kontemplacji na przeróżne tematy. Jakie pytania zadajecie sobie teraz, tworząc ten materiał?
Kateryna Ziabliuk: Myślę, że mocno eksplorujemy siebie jako jednostki i szukamy różnych twórczych miejsc, w których możemy się w tym zespole otworzyć. Często mówimy o tym, że jesteśmy taką swobodną przestrzenią, w której zależy nam, żeby każda czuła się bezpiecznie i nie bała się dzielić swoimi przemyśleniami, obawami, pomysłami czy inspiracjami. Ja przynajmniej mogę powiedzieć, że dzięki temu jestem zupełnie innym człowiekiem niż przed dołączeniem do zespołu. To jest droga dla każdej z nas, każda się rozwija i wspieramy się w tym. Myślę, że ostatnia płyta "Well, actually..." jest zwieńczeniem całego tego procesu.
Monika Muc: Wczoraj miałam takie przemyślenia, że aż się wzruszyłam. Katowice są mi bardzo bliskie, ponieważ się tutaj urodziłam. To moje rodzinne miasto, mieszkam w Tychach. Fantastycznie, że możemy pojawić się na OFF-ie z tym składem.
Jestem bardzo wdzięczna, że mam dziewczyny w swoim życiu. Nasz skład jest nabuzowany emocjami. Wszystkie jesteśmy bardzo emocjonalne i wrażliwe, ale uważam, że to jest nasza turbo siła. Te płyty i to, co tworzymy, są chyba zawsze o życiu, o prawdzie i o szukaniu dobra, o zmienianiu czegoś na lepsze. Może trochę frazesowo, ale tak czuję. Jesteśmy kulą pozytywnej energii.
Kareryna Ziabliuk: Przede wszystkim jesteśmy cool.
Czy doświadczenie bycia stricte kobiecym kwartetem wpływa na to, jak funkcjonujecie w przestrzeni koncertowej czy w branży? Zmienia to odbiór waszego zespołu i procesu twórczego?
Patrycja Wybrańczyk: Odpowiedź nie będzie chyba krótka, bo zespół powstał zupełnie nie z takim zamiarem. To miał być jednorazowy koncert z okazji Dnia Kobiet dla znajomych. Potem stwierdziłyśmy jednak, że chcemy razem grać, bo po prostu miło spędzało się czas na scenie i poza nią. Zespół ewoluował. Dzisiaj mamy finalny, super dograny skład. Funkcjonujemy już trochę lat na scenie, z dziesięć na pewno. Zajęło nam chwilę wydanie pierwszej płyty, ale właśnie po niej pojawiło się dużo komentarzy i rozgłos, że jesteśmy pewnym zjawiskiem na polskiej scenie, ważnym elementem rozwijającej się polskiej sceny jazzowej.
Wtedy była ona jeszcze dosyć uboga, jeśli chodzi o sylwetki polskich instrumentalistek jazzowych i improwizujących. Byłyśmy częścią tej zmiany i nadal nią jesteśmy, z czego jesteśmy bardzo dumne. Cieszymy się też, że sytuacja na scenie polskiej, ale również międzynarodowej, jest dynamiczna. Polska jeszcze trochę nadrabia względem niektórych krajów. Cieszymy się, że zaczynamy coraz częściej funkcjonować po prostu jako zespół grający ten rodzaj muzyki, mający własne, wykształcone brzmienie, a nie tylko jako zjawisko kobiecego zespołu. To dla nas bardzo ważne, żeby w naturalny sposób trochę odchodzić od tej definicji. Żeby więcej rozmawiać o muzyce, inspiracjach i naszym podejściu. Cieszymy się, że powoli to się dzieje.
Co chciałybyście, żeby widz wyniósł z waszego koncertu?
Monika Muc: Kulę pozytywnej energii.
Kamila Drabek: Serduszko.
Kateryna Ziabliuk: O wow, efekt!
Kamila Drabek: "Co to było?" efekt!
Patrycja Wybrańczyk: Nie wiem, co powiedzieć, naprawdę.
Kamila Deabek: Żeby każdy znalazł tam to, czego szuka. Będzie dużo różnych rzeczy.
Patrycja Wybrańczyk: Będzie dużo rzeczy. Tak jak już chwilkę temu powiedziałam, ostatnio funkcjonuje gdzieś słowo "patchwork". Nasza muzyka jest złożona z wielu różnych elementów, jak mozaika. Zarówno miłośnicy free jazzu i takiej energii znajdą coś dla siebie, jak i ci, którzy poszukują bardziej przestrzennych, spokojnych skandynawskich brzmień. Coś znajdą też miłośnicy polskiej jazzowej melodii, zaśpiewu, lirycyzmu i pewnej dramaturgii. Ale również ci, którzy po prostu lubią się dobrze bawić i mają poczucie humoru, które od nas odbiorą. My też bardzo często śmiejemy się i żartujemy muzycznie. Także wszystkiego po trochu.











